| lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com | 

 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |

Część IV  
26
 
 
                    LEKCJA III.
                    POWRÓT.
          Po powrocie odwrotnie niż przy wyjeździe. Zakładamy, że żona
          kogoś  miała,  ewentualnie,  że  kogoś  ma.   Założenie   to
          oszczędzi  nam  stresów,   rozczarowań,   a   czasem   ocali
          małżeństwo. Błędy robi każdy, i  jak  nam  w  wojsku  mówili
          "człowiek to nie jest urządzenie techniczne, mięśnie mu drżą
          i nie  wcelowuje".  Dotyczy  to  również  kobiet,  które  są
          istotami słabymi  -  mimo,  że  się  ostatnio  do  tego  nie
          przyznają. Nie aż tak może  słabymi  jak  my,  ale  słabymi.
          Wychodząc z tego założenia:
          1. Ostrzegamy o przyjeździe co najmniej dwa miesiące naprzód
          i organizujemy listownie komitet powitalny na lotnisku.
          2. Kiedy dziecko zaczyna: "czy wiesz, tatusiu,  że  mama..."
          Mówimy: "nie  garb  się szczylu,  nie  wypinaj  brzucha"  i
          pytasz, co z lekcjami.
          3. Kiedy obszczymur przychodzi i teatralnym szeptem  zaczyna
          coś mówić, mówcie ostro "wiem wszystko!" lub od razu w pysk.
          4.  Metodą  Odysa  po   powrocie   z   podróży   przeganiamy
          zdecydowanie wszystkich najbliższych sercu  obszczymurów  na
          czas nieokreślony.
          5. Mówicie żonie, że jeżeli coś było, to nie chcecie  o  tym
          słyszeć. Niech idzie do spowiedzi.
          Deklarujecie  dozgonną  miłość.  Kupujecie  jej   kwiaty   i
          wybieracie się z  prezentami  do  żon  obszczymurów,  kiedy
          obszczymury są w pracy. Zalecamy wspólny wyjazd rodzinny bez
          względu na koszty. Nastawiamy się na  sporo  zgrzytów,  gdyż
          wkładamy buty, które od nienoszenia zeschły się i skurczyły.
          A  które  trzeba  rozchodzić.   Zapominamy   o   przymusowym
          celibacie w  U.S.A.  Przypominamy  sobie  natomiast  Halinę,
          Grażynę i Bubę z wakacji.  Jeżeli  wasza  ciekawość  i  wasz
          samczy  instynkt  własności   względem   żony   przeważy   -
          przechodzimy na lekcję IV.
 
 
  
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
27
 
 
                    LEKCJA IV
                    MAŁŻEŃSTWO A ENTROPIA
          Małżeństwo  jest  niejako  sztucznym   stanem   w   naturze.
          Wyobaźcie sobie małżeństwo szczęśliwe, z dziećmi,  z  bardzo
          ładną żoną i przystojnym,  dowcipnym  mężczyzną.  Przypomina
          ono zamek obronny, gdzie dwie osoby chcą wyjść,  a  tłum  na
          zewnątrz chce wejść do środka i stale atakuje. Panie faceta,
          a  panowie  panią.  Chcą  nie  tylko   do   łóżeczka,   chcą
          przechwycić tę atmosferę radości, jaką szczęśliwy  dom  jest
          wypełniony, a która może istnieć tylko  w  tym  układzie,  o
          czym nie wiedzą. PREZES, ja wiem, że to trudne, ale słuchaj,
          bo jak nie, to do bafarki. Do  tego  trzeba  nauczyć  dzieci
          walki z entropią. Myć nogi, zęby, brać prysznic, sprzątać za
          sobą,  uważać  na  tramwaj,  nie  palić  paierosów   (wektor
          niszczący zdrowie), przychodzić punktualnie itp. -  nasączać
          skorupkę. Jednej osobie jest to bardzo trudno zrobić. Choćby
          z braku czasu. Dochodzą geny i obca osoba nie zastąpi ojca w
          tej szkole, tak samo matki. Pamiętajcie o  tym  panowie,  bo
          dla uczestnictwa w tej właśnie szkole wyjechaliśmy tutaj.
          Teraz: panowie, dowiadujemy sił, że żona kogoś  ma.  Czujemy
          się bardzo kiepsko, układ  boli  i  chcemy  z  niego  wyjść.
          Dochodzi duma, instynkt posiadania itp.  Entropia  w  pełnym
          galopie.  Idziemy  po  pomoc  .  Najpierw  do   sąsiadów   -
          obszczymurów. Nikomu oczywiście  nie  zależy  na  utrzymaniu
          waszego układu, mimo, że mówią  coś  innego.  Każdy  dokłada
          swoje. Jak to jest? Kiedy psuje  się samochód,  idziemy  do
          warsztatu. Kiedy psuje się małżeństwo, idziemy do sąsiadów?!
          W końcu  wybieramy  się do  fachowców.  Są  trzy  warsztaty
          naprawcze: kościół, psycholog i seksuolog. Żeby zaoszczędzić
          wam czasu:
          ksiądz - za walką z entropią zdecydowanie - nie rozwodzić się!
          psycholog - chce zrobić tak, żeby WSZYSCY byli szczęśliwi  i
          tańczyli na zielonej łące, bez względu na to,  czy  w  kółku
          rodzinnym, czy osobno. Ale raczej osobno.
          Seksuolog - mówi,  żeby  się rozwieść.  Z  punktu  widzenia
          gruczołów, sprawa według niego przegrana.
          We wszystkich tych miejscach mało mówią o dzieciach. Te  nie
          mają swojego przedstawiciela, a same nie  umieją  powiedzieć
          tego, co czują. Decyzja zależy  od  was.  W  momencie  kiedy
          wszystkiego macie dosyć, a już na  pewno  własnej  małżonki.
          Którą dla ciekawości dalej kochacie,  więc  należy  stosować
          taktykę czasu. Rozciągać w czasię  jak  się da,  nie  robić
          nagłych decyzji i zbierać  punkty.  Panowie!  Pamiętajcie  o
          dzieciach! Nikt wam nie będzie mówił o dzieciach, a  to  one
          zapłacą  cenę  za  waszą   dumę   i   gruczoły   wydzielania
          dokrewnego. Entropia! Im bardziej się kocha,  tym  bardziej
          boli, tym bardziej  chce  się dopieprzyć  kochanej  osobie.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
28
 
  
          Entropia w galopie, panowie! Trzeba przetrzymać etap,  gdzie
          na matę wchodzi duma, a właściwie wchodzą dwie dumy: żony  i
          męża. Tak zwany syndrom czapli  i  żurawia.  Kto  lektury  w
          szkole czytał, to tego... nie powinien mieć mieć kłopotów ze
          zrozumieniem.
 
          Wchodzi DZIADEK w ubraniu spadochroniarza i ze spadochronem.
          Osłupienie.
                    DZIADEK;
           - Nu co takie zdziwione? Polatać sobi  ni  można?  Na  kurs
          "Sky Diving" poszydł ja!
                    TŁUMACZ:
           - Skoki spadochronowe.
                    DZIADEK:
           - ...nu, zapisał si.
                    PREZES:
           - Po co?
                    DZIADEK:
           - Uczycielka  ładna  bestia.  Dziwczyna  jak  malina!
            (z rozbawieniem)
          Ciągly mi klamry sprawdza! Dużo ni kosztuji  -
          zabawa  po  pachi.  Na  starość  polatam  sobi   trochi   za
          dziewucho! A i ciśnienie mi podskoczyło,  bo  za  wolno  już
          pompa (wskazuje na serce) chodzi.
                    PREZES:
           - Najpierw praca w prosektorium, a teraz to?!
                    DZIADEK:
           - Umrzyków myim tylko w czwartki. Zawsze  pary  dolarów.  A
          wprawy nabiram i będy si mógł potym sam po śmierci umyć.  Bo
          na was polegać ni mogim. Władek, idzisz skakać zy mnom?
                    WŁADECZEK:
           - Get out of here (i żegna się).
                    DZIADEK macha reką z rezygnacją.
          Drzwi się otwierają i ku zdziwieniu  wszystkich  w  drzwiach
          staje Tłumacz - zmiety, szary (WSZYSCY  ubrani  od  poczatku
          sztuki kolorowo, tzn. osoby przyjeżdżajace sa na szaro, a  w
          trakcie sztuki  ubieraja  się  coraz  bardziej  kolorowo)  i
          wyraznie zrozpaczony, włosy  zmierzwione,  poważny.  WSZYSCY
          sztywnieja. Cisza. Scena przy śniadaniu posiłku.
 
                    FIZYK:
           - PREZES! Szybko! Wódka!
                    PREZES zaskoczony automatycznie sięga za pazuchę i
          wyjmuje piersiówkę.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
29
 
 
                    FIZYK nalewa kieliszek i podaje Tłumaczowi.
                    TŁUMACZ pije.
                    Cisza.
                    WSZYSCY  dosyć  sztywno  zaczynają  się   poruszać,
          słychać szczęk łyżek, napięcie.
                    TŁUMACZ  stoi  w  drzwiach,  wychodzi  na  środek.
          Zaczynaja mu się trząść ramiona, pochyla głowę,  i  nagle  z
          wsciekłością i bólem ryczy:
           - Oooodeszła odeee mnieeeee!
                    FIZYK:
           - Nie ostrzegałeś? Nie dzwoniłeś? I to tyyyy?!
                    TŁUMACZ:
           - Niespodziankę chciałem!! Tak jej ufałem! (ciszej) Tak jej ufałem.
                    FIZYK:
           - No to masz niespodziankę! Zasrany  wyjątek  się znalazł!
          (zrezygnowanym tonem) Intelektualista!
          FIZYK  nalewa  jeszcze   jeden   kieliszek.   TŁUMACZ   pije
          automatycznie. Cisza.
                    TŁUMACZ zrywa się nagle i krzyczy:
          Żeby choć na chwilę zapomnieć! Nic  gorszego  już  mnie  nie
          może spotkać!
                    Zrywa się i krzyczy:
           - Na chwilę zapomnieeeć! (wrzeszczy)
                    PRZEZES podnosi się i nagle kopie Tłumacza  prosto
          w jądra. Nikt nie zdażył zareagować. WSZYSCY  robią  ruch  w
          kierunku PREZESa, ale już za późno. PREZES spokojnie siada i
          zaczyna jeść.
                    TŁUMACZ leży na podłodze, kaszle, zwija się.
          WSZYSCY zakłopotani.
                    ŚWIATOWY:
           - No, PREZES za ludową złotą  rybkę  dziś,  widzę,  robi  i
          spełnia życzenia. No proszę, na chwilę  to  on  zapomniał  o
          niewierności szanownej małżonki.
                    DZIADEK podchodzi do leżącego Tłumacza i stawia na
          nim jedna nogę (jak myśliwy) i mówi:
           - A kamerę kto ma?
                    ŚWIATOWY podchodzi:
           - Można? - (mówi  i  stawia nogę na leżącym Tłumaczu)
            (Ktoś robi zdięcia ) można robić zdjęcia polaroidem.
                    WARSZAWIAK:
           - I przekonał się, że może być jeszcze gorzej!
                    FIZYK:
           -  PREZES  odnalazł  niejako  nowe  znaczenie   dla   słowa
          fizykoterapia. Brawo!
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
30
 
 
          Podnoszą Tlumacza i sadzają na krześle. FIZYK  nalewa  trzeci
          kieliszek. Po  chwili  Tlumacz  wychyla.  Kaszle,   WSZYSCY   jedza   w
          milczeniu.
                    TŁUMACZ:
           - O Jezu! Trochę lepiej teraz. Trzy doby nie spałem,  tylko
          ryczałem jak dzik. (zaczyna jeść)
                    FIZYK:
           - Schemat?
                    TŁUMACZ:
           - A jak!
                    FIZYK:
           - Przyjaciel?
                    TŁUMACZ:
           - Lepiej....spowiednik.
          Kompletna cisza. Zaskoczenie. Cisza.
                    DZIADEK:
           - Ksiunc!!! (żegna się)
          Cisza.
                    DZIADEK:
           - To na pewno z zakonu księnży przytulianów. U nas we Lwowi ...
          (zawiesza,  cisza,  tylko   słychać   parskanie   tłumionego śmiechu)
          Po pewnym czasie TŁUMACZ toczy wsciekłym wzrokiem, ale  kąciki  ust
          zaczynają mu drżec. W końcu: lawina śmiechu. TŁUMACZ śmieje
          się też. Ale na pół przez łzy.
                    DZIADEK
           - Nu, u nas we  Lwowi  na  Kliparowi  Antoś  taki  był.  Un statter..
                    TŁUMACZ:
           - Jąkał sił.
                    DZIADEK:
           - No właśni był. Ale węch miał. Rano było, a on zawienszył,
          budzi si, a tu si pali jak chuliera. Zyrwał si  chłop,  gaci
          założył i biegni do telifona. Biegni, biegni, biegni... A tu
          si pali jak chuliera, mówi wam.  Nu  dobieg.  śapi  telyfun.
          giemby otwiera, a tu...
                    CHÓR:
           - A tu si pali jak chuliera.
                    DZIADEK:
           - Ni!!! Nic nie wychodzi, no bo un tego...  jąkał  sił.  Nu tak...
                    CHÓR: A tu si pali jak chuliera
                    DZIADEK:
           - Strażaki śpiom, a un si jonka! (CHÓR: A tu si pali jak chuliera)
           W końcu na pomys wpad i śpiwać zaczun, bo wtedy ni
          jonkał si.
          (A tu si pali jak chuliera - znudzony CHÓR)
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
31
 
 
                    DZIADEK:
           - A un śpiwa:
                    DZIADEK (śpiewa niesmialo):
           - A u nas pali si tu na Kliparowi.
          (A tu si pali jak chuliera - znudzony  lecz  rozbawiony  już
          lekko CHÓR)
                    DZIADEK:
           - A tu cisza! Strażaki śpiom, szubrawcy pokr‘cune!
                    CHÓR (rozbawiony):
           - A tu si pali jak chuliera pani!
                    DZIADEK:
           - A un śpiwa: " A u nas pali si tam na Kliparowi."
                    DZIADEK:
           - Cisza... strażaki si budzom.
          Nagle WSZYSCY  wstaja,  podpieraja  sie  pod  boki  i  ryczą
          dziarsko:
          - "To i hola hola laaa to i hola hola laa!"    
          (Dla podkreślenia efektu  może  się  ukazać  grupa  ubrana  w
          czerwone "pajacyki" w hełmach strażackich - lub obraz w TV.?)
 
          TŁUMACZ oglupiały stoi dalej na środku. DZIADEK podchodzi do
          niego i układa  mu  ręce  na  biodrach  -  ten  poddaje  się
          wszystkiemu biernie.
                    DZIADEK odchodzi i śpiewa:
           - "Żunka ma kuchana lepsza niż sumsiada  w  dziń  wcale  ni
          grzeszy w nocy sim spowiada!"
                    CHÓR (energicznie):
           - "To i hola hola laaa to i hola hola laa!"
 
                    DZIADEK (spokojnie do TŁUMACZA):
           - Słuchaj, tłumacz! A oni te sutanny to na wszystki  guziki
          zapinajo? Toż to tyli guzików!
          TŁUMACZ nadal w szoku, ale próbuje ruchów toiholowania.
                    TŁUMACZ (po chwili mówi drżącym głosem):
           - Co piąty  zapinają. Reszta to lipa.
                    DZIADEK napiera:
           - A bielizny jako majo? Damsko czy męsko?
                    CHÓR (ze zgorszeniem):
           - DZIADEK!!!
                    DZIADEK napiera w dalszym ciągu:
           - A opowidz jak ucikał?
                     TŁUMACZ uśmiecha się przez łzy i mówi:
           - Ciemno na schodach było. Pamiętam tylko,  jak  migały  mu
          białe pośladki.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
32
 
 
                    DZIADEK (z zachwytem):
           - Toż jak u sarny! Toż i nogi owłosiony mus miał!
                    DZIADEK śpiewa:
           - Ni boi si żonka być w piekielny męce!
              Przeci ni ma grzychu z facetem w sukience!
                    CHÓR
           - To i hola hola laaa to i hola hola laaa.
                    TŁUMACZ uśmiecha sie i dość energicznie spiewa
           toiholowanie.
                    WSZYSCY siadają, gwar, dość wesoło.
                    TŁUMACZ (ożywiony do FIZYKa):
           - Prywatnie u  psychologa  też  byłem!  Powiedział  mi,  że
          Eskimosi...  Jak  gość  się  z  żoną  nie  prześpi,  to  się
          obrażają! Chwyciłem jego żonę za kolano... Bracie, a on  dał
          mi po ryju! (coraz bardziej żewliwie, żałośnie, gęba mu  się
          krzywi) No i tak, bracie, chodzę po tym  świecie.  Od  życia
          dostanę w  lewy  policzek...  nadstawiam  prawy...  (zaczyna
          histeryzować coraz głośniej. Morda cala spuchnięta,  zaczyna
          robić  podkówkę  i  płakać.  PREZES   zrywa   sie.   TŁUMACZ
          błyskawicznie też się zrywa  i  od  razu  przestaje  płakać.
          Pomału obaj siadają. TŁUMACZ trwożliwie patrzy  na  PREZESa.
          Po chwili wzruszony:
                    TŁUMACZ:
           -  Dziękuję  wam,  chłopaki   (podkowka).   Tylko   wy   mi zostaliście.
                    PREZES zrywa sie. TŁUMACZ też.
 
          tutaj prawdopodobnie lekcja MAŁŻEŃSTWO A ENTROPIA
          Na  scenie  Władeczek,  DZIADEK,  Tłumacz,   FIZYK.   Dialog
          pomiedzy Dziadkiem i Władeczkiem. Telewizor miga  reklamami.
          Po raz dziesiąty widać słodką dziewczynkę reklamującą chleb.
                    WŁADECZEK do Dziadka:
           - Grines?
                    DZIADEK podniecony:
           - Gram.
                    WŁADECZEK:
           - Pokaż.
                    DZIADEK wyjmuje dolara i mówi:
           - Mam.
                    WŁADECZEK oburzony:
           Toż zielony life... żywe być musi, Zeniu!
                    DZIADEK:
           - A ty co taki nerwowy?  (daje WŁADECZKOWI dolara)
          Po chwili podenerwowany patrzy w TV z reklamą i mówi:
           - Aaa, kurwiszon mały! Znów si chliebka zachciało!
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
33
 
 
          Drzwi się otwierają i od strony sklepu wchodzi PUNK w pełnym
          rynsztunku  (młody  chłopak)  czerwony  grzebień,   skórzana
          kurtka, łańcuchy itp. barwy wojenne.
          Szok i cisza.
          Po dluższej chwili:
                    WŁADECZEK zduszonym glosem:
           - Jezus Christ! (Dżizus Krajst)
                    DZIADEK żegna się
                    TŁUMACZ:
           - How are you doing? Looking for somebody?
                    PUNK nic nie mówi. Wyciąga papierosa. Zapala.
                    DZIADEK (troskliwie):
           - Zabłundziło widać.
                    TŁUMACZ:
           - You can`t smoke in here, sir!
                  DZIADEK po chwili ciszy rozglądając się po suficie:
           -  Nu, duży papugi majum tu w tropiku.
                    TŁUMACZ pyta PUNKa:
           - Are you lost?
                    DZIADEK:
           - Trzeba uważać, żeby do  szafy  nie  nasikało  gdzieś,  bo
          kłopot bendzi.
          Wchodzi  WARSZAWIAK.  Patrzy  na   PUNKa   i   zaczyna   się
          niepohamowanie śmiać. PUNK patrzy na niego z napieciem i mówi
                    PUNK:
           - Cześć tato!
          WARSZAWIAK sztywnieje.  Przestaje  się  śmiać.  Podbiega  do
          PUNKa, odwraca go do swiatła...
                    WARSZAWIAK:
           - Grzesio?
                    (odwraca się osłupiały do wszystkich i mówi):
                    WARSZAWIAK:
           - Toż to mój syn!
                    GRUPA ryczy ze śmiechu.
                    WARSZAWIAK chce przytulić syna. Ten krok w tył.
                    WARSZAWIAK:
           - Grzesiek! Co jest? Coś  ty  z  siebie  zrobił?  Papierosy palisz?
                    PUNK zaciąga się i wypuszcza dym.
                    WARSZAWIAK (sztucznie podenerwowanym głosem):
           -   Przecież   ty   masz    dopiero    siędemnaście    lat!
          Gówniarzu zasrany!
                    PUNK (spokojnie):
           - Palę od dwóch  lat!  (Podpiera  boki  rekami.  Wyzywająco
          kołysze się trzymając papieros w zębach.)
           - Lubię palić!
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
34
 
 
          WARSZAWIAK zbity z tropu odwraca się do kolegów i trzęsącymi
          się rekami odpina pas. FIZYK kręci głową przecząco.
                    WARSZAWIAK:
           - Matka nic nie pisała!
                    GRZEŚ:
           - Bo nie chciała cię martwić!
                    WARSZAWIAK coraz bardziej zdenerwowany krzyczy:
           - A to na łbie to co?
                    GRZEŚ (dumnie i spokojnie):
           - Grzebień!
                    WARSZAWIAK:
           - A po co?
                    GRZEŚ:
           - Bo wszystko chuj!
                   
                     PIOSENKA PUNOLA
          Po piosence WARSZAWIAK stoi zdenerwowany.
                    FIZYK podchodzi do PUNKa.
                    FIZYK (wyciąga rękę):
           - "FIZYK" - takie mam tu przezwisko (wyjaśnia z uśmiechem).
          Chcesz popracować trochę? Na początek trzysta na tydzień? Co
          ty na to?
                    GRZEŚ (skwapliwie):
           - No pewno, proszę pana!
                    FIZYK:
           - Dobrze. DZIADEK, pokaż Grześkowi co i jak.
                    DZIADEK:
           - A w szachy, niuniuś, lubisz grać?
                    GRZEŚ (radośnie):
           - Tak, tak. Lubię.
                    DZIADEK:
           - Uj, to dobrzy! Laliunia  moja  kuchana,  pokaży  ci  duży
          szachownicy.
          Wychodzą. Słychać jednak ich dialog.
                    DZIADEK:
           - Syna miałem w twoim wieku. Kiedyś.
                    GRZEŚ (cicho, zdziwiony):
           - Nie żyje?
                    DZIADEK (smutno):
           - Ni.
                    GRZEŚ:
          Przykro mi bardzo! A co się stało? Wypadek?
                    DZIADEK:
           - Nu, wypadek. Buntował mi si, to udusiłem szubrawca gołemi
          renkami.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
35
 
  
                    LEKCJA SPRZEDAWANIA SAMOCHODÓW.
                    STUDENT  siędzi   z   gazetą,   ŚWIATOWY   wchodzi
          energicznie. STUDENT rzuca gazetę.
                   ŚWIATOWY :
           - No chłopaki mówili  że  chcesz  awanasować  społecznie  i
          zacząć sprzedawać samochody ! I zarobić ,  jak  mówiła  moja
          koleżanka Zuzanna w liceum  ( wybausza oczy )
           DOBITNIE : PIENIĘDZE !
                    STUDENT :
           - Studiuję tę gazetę od pary  dni,  sprzedawców  samochodów
          ciągle potrzebują. No i zarobki $500 tygodniowo !
                    ŚWIATOWY :
           - Można więcej ! Można mniej ! Zależy jak chciwy  jesteś  i
          jak  wysoko  masz  zamontowaną  poprzeczkę  skrupułów  przez
          rodziców. Zobaczymy !
                    ( STUDENT  wyciaga  $20  i  daje  ŚWIATOWEMU,  ten
          zastanawia się przez chwile, uśmiecha się i chowa  pieniądze
          do kieszeni. )
                    ŚWIATOWY (cd) :
           - To ulgowa taryfa - studencka ! Biorę też tylko dla  tego,
          żebyś uważał bo jak za darmo, to się wiadomości nie szanuje.
          Rodziny się nie szanuje bo jest za darmo a traci się respekt
          zupełnie jak daje pieniądze za nic. Ale  ( Zwraca  głowę  do
          STUDENTA ) to nie o tobie. A teraz mała przebieranka.
                    ( Zaczesuje wlosy  do  tylu,  brylantyna,  zakłada
          krawat, złoty zegarek, złote sygnety, chlapie się perfumą.)
                    ŚWIATOWY (cd) :
           - No kochany ! Trezba się ubrać tak, żeby wyglądać bogato !
          Człowiek sukcesu ! Takiemu się ufa i od takiego się kupuje.
          Musisz onieśmielać wyglądem ! Bogaci rozmawiają z  tobą  jak
          równym z równym - biednych onieśmielasz. " Jak cię widzą tak
          cię widzą !" Dobra  !  Jestem  gotowy! ( Przylepia  zawodowy
          uśmiech ) Barakuda polana miodem - w przyszłości to będziesz
          ty ! Dobra, narazie nazywasz się John Smith  i  przyjeżdżasz
          kupić samochód, ale  boisz  się,  bo  duży  wydatek,  chcesz
          sprawdzić  ceny,  tylko  ceny.  Ha  ha  ha  ?
           ( Śmieje się diabolicznie ) To  krzesło  -  to  twój  stary
          samochód który chcesz sprzedać a kupić nowy. - Ode mnie !
           ( Namietnie  -  )  Ode  mnie.  (  Podchodzi  do  speszonego
          STUDENTA na krześle. Pantomimicznie - scena do rozegrania -
           pomaga mu otworzyć na niby drzwi - uwaga na głowę, itd )
                    ŚWIATOWY (cd) :
           - My name is Majk Srajt, what's yours ?
                    STUDENT : ( Jąkający się )
           - John Smith.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
36
 
 
                    ŚWIATOWY : ( Wyjaśniającym tonem )
           - Widzisz ! Już zmusiłem ciebie do  czegoś  !  Wykrztusiłeś
          swoje imię ! Jak nie możesz zapamiętać - zapisz sobie zaraz.
          Bedziesz cały czas zwracał się do niego po imieniu - to  już
          początki przyjaźni którą potem bezwzględnie wykorzystasz.
            ( I nagle energicznie  służbowym  już  drylem  )
           - To  twój samochód John ?!
                    STUDENT : ( Jąkając się )
           - Ttttak.
                    ŚWIATOWY :
           - Chwalimy, chwalimy teraz tego grata! Zbieramy punkty.
            (Czule ) Mówimy jaki piękny samochodzik ma John -  bo  John
          bardzo lubi swój stary samochodzik...- zżył się z nim bardzo
          bo długo nim jeździł a już na pewno długo pod nim leżał. Nie
          wolno ci zadrasnąć uczucia  Johna  do  jego  samochodziku!
          Jednak każdą widoczną wadę dotykasz. Literalnie  ręką.  Rysę
          na karoserii, zdarte opony, wypaloną dziurę w  obiciu,  itd.
          Klient jest zdenerwowany, chce  mówić  !  Z  poczuciem  winy
          powie ci sam o tych wadach, które fatalnie wpływają na  cenę
          jego samochodziku. ( Zatroskanym głosem ) Jeżeli John jest z
          żoną - zwracamy głowę, mówiąc  do  Johna,  w  jej  kierunku.
          Łechcemy męską próżność Johna ale, broń  Boże!  Nie  urażamy
          małżonki bo to ona podejmie ostateczną decyzję - ona....
          - Ty nie jesteś żonaty- ( Zmienia nagle  temat )
                    STUDENT :
           - Nie !!
                    ŚWIATOWY :
           - Hmm...ona mówię trzyma kasę. Kobiety... (Rozmarza się...)
          Połączenie poezji i kasjera ! Ale do rzeczy... (  Pyta  nagle
          STUDENTA ) chcesz John kupić nowy samochód !
                    STUDENT : (Chytrze się uśmiechając: "Chytrusek" )
           - No nie, ja tylko chcę obejrzeć.
                    ŚWIATOWY : ( Ryczy radośnie )
           - Wspaniale ! Jest twój ! WSZYSCY tak mówią co chcą kupić!
          Klient jest twój ( Wykonuje krótki taniec indiański )  76,8%
          klientów na placu kupi sobie  gdzieś  samochód  w  ciągu  48
          godzin. Amerykanie "majum to jus policzune" jak mówiła  moja
          kolażanka Zuzia w liceum.  Przchodzimy  do  drugiego  etapu,
          lokujemy klienta w  samochodzie.  Na  który  go  stać  !  Bo
          najdroższe to każdy lubi. Podprowadzamy Dudusia do samochodu
          o którym Johnuś marzył - i próbna  jazda.  Jak  facet  niski
          odsuwamy fotel. Jak wysoki dosuwamy. Przekręcamy lusterka.
          ( Wrzuca STUDENTA na krzesło, dostawia  drugie)  Teraz  John
          musi dopasować fotel, ustawić lusterka - mości  sobie  Duduś
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
37
 
 
          gniazdko  w  nowym  samochodziku,  ale  złote  jajeczko  dla
          ciebie ! Jedziemy ( Naśladuje warkot samochodu ) Brum, brum,
          brum. Oj lubi John nowy samochodzik, cichy ! Pachnie !
           ( STUDENT prowadzi na niby )
                    ŚWIATOWY :
           - Wygodnie się siędzi ?
                    STUDENT :
           - Tak.
                    ŚWIATOWY :
           - A lusterko dopasowane ?
                    STUDENT :
           - Tak.
                    ŚWIATOWY :
           - A radio dobre ?
                    STUDENT :
           - Tak.
                    ŚWIATOWY :
           - Ha ! Ha ! Ha ! ( Diabolicznie )  To  takie  amerykańskie
          trzy razy tak...Jak ktoś powie  trzy  razy  tak  to  później
          trudno mu jest powiedzieć nie. Czytałeś pewnie w historii ?
          No reszta  to  formalność.  Za  stary  samochód  dajemy  jak
          najmniej, za nowy dyktujemy jak najwięcej. Kupimy gościa.
                    STUDENT :
           - A jak biedny ?
                    ŚWIATOWY :
           - To będzie biedniejszy.
                    STUDENT :
           - A jak ma dzieci ?
                    ŚWIATOWY : ( Wsciekły )
           - Gówno ciebie to obchodzi ! No  co  ciebie  obchodzą  jego
          dzieci ?! Ciebie obchodzi żeby go jak najlepiej naciąć.
           ( Bierze STUDENTA za ręce i każe mu powtarzać parę razy )
           - " Jestem chciwy ! "
           - " Jestem chciwy ! "
           - " Jestem chciwy ! "
           ( STUDENT powtarza ale jakoś tak bez przekonania )
                    ŚWIATOWY : ( Wolno, poważnie i jak by ze  smutkiem
          i wstydem )
           - Raz sprzedałem samochód wart 10.000 dolarów za 28.000. To
          było młode małżeństwo z dzieckiem. Następnego dnia  przyszli
          z ADWOKATem. Menedżer ich wyśmiał. Kontrakt  był  podpisany.
          Tega samego dnia rzuciłem pracę. Decyduj STUDENT !
           ( Oddaje mu pieniądze )
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
38
 
  
                        ( Piosenka Menedżera )
 
                PO PIOSENCE MENEDŻERA
          Na scenie FIZYK i PREZES. Coś dłubią przy maszynie.
                    PREZES:
           - FIZYK! A ten DZIADEK, to co on  taki  wesoły?  Głupi,  co?
          Coś z płucami? (robi kółko na czole)
                    FIZYK:
           - Lwowiak po prostu. Relikt Atlantydy  radości.  To  miasto
          było radością. Oni tam wiedzieli, że radość mieszka  nie  na
          zewnątrz, a w sercu i wszyscy zachorowali na dziwną chorobę,
          bracie, przerost serca. Serce mieli większe od głowy, i to w
          czasach, kiedy cały świat poszedł w drugim  kierunku:  głowa
          jak bania a serce w zaniku. Małe  i  opancerzone.  Nienawiść
          produkowała czołgi, gazy, samoloty. A  Lwów  -  piosenki.  I
          wesolutko - gitara...rari rari, ta  joj!  Tacy  są.  To  nie mogło
          wtedy  przetrwać.  Entropia.  Bracie!  Entropia!   Za wcześnie!
          Tłum Leonardów da Vinci. Wyspa szczęścia w oceanie nienawiści
           i zła. Wiem, że Lwów zwycięży i wszyscy do  tego dojdą.
          To już niedługo.  Dobro  i  miłość  zawsze  zwycięża,
          PREZES. Ale to dla ciebie trochę jeszcze za trudne.  To  się
          słucha sercem, a nie uszami.
                    PREZES (jakby nie słyszał):
           - A rodzinę ma?
                    FIZYK:
           - Nie ma. Sołdaci zakłuli widłami żonę i  troje  dzieci  na
          jego oczach. On uciekł z transportu.  To  jedyny  temat,  na
          jaki ten człowiek nie lubi rozmawiać. Nie wypytuj go.
                    WSZYSCY wchodzą, zaczynają pracować przy sprzęcie,
          przelewać płyny. Rozmowy, gwar.
                    WARSZAWIAK:
           - Wczoraj, dopiero co łax (wax)...
                    TŁUMACZ:
           - Wosk.
                    WARSZAWIAK:
           -  ...położyłem, taśmy założyłem. Znaki ostrzegawcze ustawione...
          kowboj, brachu,  mi  się  pcha  na lajnę, w kapelusiku...
                    TŁUMACZ:
           - Linię - przejście, w tym przypadku.
          WARSZAWIAK  przerywa  i   przygląda   się   nie   speszonemu
          TŁUMACZOWI groźnym wzrokiem. Po chwili ciszy kontunuuje:
           - Ja wrzeszczę "łejt" (wait), "łejt", "łax"... A  on  chyba
          podpity był, bo wali głuchego, taśmę  rwie  i  pcha  się  na
          świeży wosk. (patrzy z  ukosa  na  TŁUMACZA)  -  No  wiecie,
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
40
 
 
          robota od początku, nie zdążyłem mu nawet palca  pokazać,  a
          on fajt i leży jak kawka. Na  świeżym  wosku  nikt  się  nie
          utrzyma,  a  już  na  pewno  nie   w   butach   kowbojskich.
          Przyglebował tak zdrowo, że mu kapelusz spadł.  Cały  się  w
          wosku  utytłał.  Chytry  kowboj!  Zaczął  od  razu  inwalidę
          strugać.  Połamany  kręgosłup!  Kombinował  wyciągnąć   parę
          milionów z insiury...
           - Ubezpieczenia ( - błyskawicznie ripostuje TŁUMACZ)
                    WARSZAWIAK:
           - Menedżer! Menedżer!
                    TŁUMACZ:
           - Kierownik.
                    WARSZAWIAK:
           -  Menedżer!  (patrzy morderczym wzrokiem na TŁUMACZA)
                    WARSZAWIAK:
          Menedżer (czeka  chwilę  na  reakcje  TŁUMACZA)  przyleciał,
          sprawdził, czy taśmy założone.  Wszystko  O.K.  Po  ramieniu
          mnie poklepał i zadzwonił po policję. Kowboj się dalej  wije
          w tym wosku. Szeryf przyjechał, sprawdził i mówi  do  niego:
          "Willy - wstawaj bracie... wszystko zabezpieczone było,  nic
          nie dostaniesz,  najwyżej  hemoroidy,  jak  na  tym  betonie
          jeszcze poleżysz. Wstawaj szybko",  mówi,  "Bo  będę  musiał
          zawołać medyków i do szpitala. A rachunki płacisz ty!"
           - Wiecie, ile ich  chorowanie  kosztuje?!  Willy  dla  pucu
          jeszcze się trochę potarzał, pofakował (od fucking). Palucha
          pokazał i poszedł. Ale straciłem ze  czterdzieści  minut  na
          dzięcioła.
                    WARSZAWIAK (po małej przerwie, naśladuje nieudolnie
          lwowski akcent):
           - A gdzie DZIADEK? A i Władusia kuchanego nima. Ładno to si
          spóźniać?
          (normalnym głosem):
           - Pół godziny temu powinni tu być. Dziwne,  nigdy  się  nie
          spóźniają.
          Dziś scrobbing (skrobing).  (Patrzy  na  TŁUMACZA  i  szybko
          poprawia sam) zdzieranie wosku. Trzeba czarne  pety...  tfu,
          tarcze  założyć,  bo  przed  świętami  teraz  większy  ruch.
          Zadepczą wszystko. (Za każdą  poprawką TŁUMACZ z kamienną
          miną bije brawo, co wyraźnie denerwuje WARSZAWIAKa,  a  bawi
          towarzystwo.)
          Wchodzi WŁADECZEK z ADWOKATEM.
                    WŁADECZEK zduszonym glosem:
           - DZIADEK... (głęboki oddech)
           - DZIADEK... (głęboki oddech) ... is dead. Ne żyja!
                    Cisza.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
   
                    Odwraca się, staje w kącie, ramiona mu drżą.
                    WŁADECZEK:
           - On bił wszistko, co ja mniał. On bił mój lajf (life).
                    Cisza.
          WSZYSCY  zamierają.  Muzyka  cichnie.  Niektórzy   zaczynają
          płakać. Szlocha PREZES (bardzo ważne!)
                    PREZES:
           - Jezu mój najukochańszy!
                    FIZYK wyciera oczy. Zdyszanym głosem, spokojnie:
           - Nie robimy dziś chłopcy. Niech szlag trafi tę robotę. Jak
          to się stało? Serce?
          (W tle PREZES próbuje toiholowania. Macha ręką i chowa twarz
          w rękach. Płacze)
                    ADWOKAT:
           - Accident. (poprawia  się  szybko)  wypadek.  Mr.  Sawicki
          skakał ze spadochronem. Pilot przez pomyłkę włączył sygnał za
          szybko. Mr. Sawicki wyskoczył nad bagnem.  Wiecie,  panowie,
          tu same bagna dookoła.  Szukają  ciała,  ale  to  niemożliwe
          znaleźć. W wodzie jeszcze się udaje,  ale  w  tym  błocie...
          Pozwolicie, panowie, przedstawię się... Jestem adwokatem Mr.
          Sawickiego. Nazywam  się  John  Bush.  W  Polsce  miałem  na
          nazwisko Krzak.
          Wyciąga wizytówki i w kompletnej ciszy rozdaje.
          Załatwiam sprawy rozwodowe, spadkowe... polecam... (milknie)
          Widzi, że kiepski moment.  Nikt  nie  patrzy  na  wizytówki.
          Część  od  razu  wyrzuca,  część  automatycznie  wkłada   do
          kieszeni.
                    ADWOKAT:
           - Broniłem kiedyś Mr. Sawickiego w sądzie. Pomalował się na
          czarno i poszedł na pochód Ku Klux Klanu. Tak się poznalismy.
                   (PREZES szlocha głośno)
                    ADWOKAT:
           - To  był  wspaniały  człowiek! Mr. Sawicki zostawił testament.
          Ale dopóki oficjalnie nie zostanie uznany za zmarłego... Hmm.
           I am sorry. I`ll be in touch.
          Wychodzi.

                       KURTYNA
41

cd Cęść V  

   

 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |

 | lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com | 
  Copy Rights Reserved ©,  Wszystkie prawa zastrzeżone. Uwagi i pytania prosimy kierować do redakcji miasta literatów2000