| lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com | 

 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
 

Część III  
   
                                                  * * * * * *
13
 
 
          Sytuacja identyczna. Ciemno - ktoś wchodzi i  tłucze  się  w
          ciemnościach.  Siada  na  przełączniku  i  włącza   światło.
          Osobnik raczej stwarza  wrażenie  wojskowego  (w  ruchach  i
          zachowaniu).  Włącza  się  telewizor,  identycznie  jak   za
          pierwszym razem, ryczy głośno. Osobnik nie  robi  nic, żeby
          odbiornik przyciszyć. Spokojnie  podchodzi  do  stołu,  kroi
          sobie chleb, smaruje czymś i zaczyna jeść.  Wstaje  żując  i
          zaczyna  się  rozgladać  po  pomieszczeniu.  Oglada  sprzęt,
          beczki, szafki, na ryczący telewizor nie  zwraca  uwagi.  Po
          pewnym czasie  podchodzi  do  drzwi  z  napisem  FIRE  EXIT,
          otwiera. Wlacza sie syrena. I to nie robi na nim  widocznego
          wrażenia.  Spokojnie  siada  za  stolem,   żuje,   przegląda
          czasopisma.  Wpada  dwóch  strażakow   (wściekli).   Osobnik
          przygląda im się spokojnie. Ci podchodza do drzwi, wyłączają
          alarm, rozmawiają przez "walkie talkie"  -  odwołują  alarm,
          przyciszają TV, podchodzą do jedzącego.
                    STRAŻAK I:
           - Did you open that door!?
          OSOBNIK nie wstaje. Przyglada im sie spokojnie xujac.
                    STRAŻAK II:
           - Are you deaf? Did you hear what he said?
                    OSOBNIK spokojnie:
           - A po ludzku umisz gadać?
          STRA ACY (spienieni) patrza na siebie skonfudowani  i  jeden
          mowi glosno i wyraznie:
           - Do not open that door - understand? Door -not- O.K.?
                    OSOBNIK żujac:
           - Spierdalaj na drzewo.
                    STRAŻAK uśmiechając się:
           - O.K. pal!
          Strażacy wychodzą rozgladając się. Osobnik  po  ich  wyjściu
          podchodzi do drzwi i przyglada im  się  ciekawie.  Przeciąga
          reka po futrynie, kręci głową.
          Wchodzą sprzatacze. Podchodzą z  niedowierzaniem  do  stołu.
          Obserwują się nawzajem: grupa i osobnik.
                    DZIADEK klęka i z podziwem i uwielbieniem:
           - Batiar lwowski!!!
                    OSOBNIK energicznie wstaje i mowi:
           - PREZES!
          Podchodzi do kaxdego osobno i oslupialym sprzataczom trzesie
          reka powtarzajac: PREZES...PREZES...PREZES... jestem.
                    FIZYK  (gwiżdże  z  niedowierzaniem,  potem   mowi
          rozkazujaco):
           - Chodź no tu.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
14
 
 
                    PREZES posłusznie podchodzi.
                    FIZYK bierze dwie PUSH BROOMS, wklada  uchwyty  od
          miotel pod pachy PREZESa i mowi rozkazujaco:
           - Tu się PREZES ostro  robi!  Masz  to  pchać  przed  sobą!
          Oblecieć cały sklep w 15 minut.
                    PREZES bez zdziwienia prostuje się po wojskowemu i
          wybiega z miotłami. Słychać łomot.
                    WSZYSCY biegną do lufcika: komentarze.
                    WARSZAWIAK:
           - Leci, leci, no coś nieprawdopodobnego! No  co  to  jest?!
          Między wieszaki wleciał, toż tam miejsca na jedną miotłę nie
          ma! O rane! (klepie sie po kolanie) klienta rozniesie!  Nie!
          Udało mu się! Przeskoczył, bo by go podciął!
                    STUDENT:
           - Dzieciaki! Oj, pryskają na boki! Udało się!
          Jedyna osoba, która nie uczestniczy w  tym  podglądaniu,  to
          FIZYK, ktory pozornie czyta ksiażkę i  pozornie  nie  zwraca
          uwagi, na to, co sie dzieje.
                    DALSZE KOMENTARZE:
                    STUDENT:
           - No kto to jest?
                    DZIADEK:
           - Nu batiar to to ni jest. Robi jak maszyna  i  takiże  sam
          rozum ma. Ki czort?
                    FIZYK:
           - Przecież wam powiedział: PREZES.
                    WARSZAWIAK:
           - Takich  PREZESów  to  ja  znałem  dziesiątki,  jak  firmę
          miałem. Swetry robiłem na maszynach z żoną. Toż to było! Ile
          to trzeba było się  naprosić!  A  nachodzić,  a  łapówek  do
          rączki  nawkładać.  Ale  co  się  stało,  że  toto   musiało
          wyjechać? Oni dość dobrze się ustawiali zawsze.?!
                    FIZYK (spokojnie):
           - Zaraz się dowiemy.
          W drzwiach staje spocony bez  tchu  PREZES  z  miotłami  pod
          pachami. Dyszy przez dłuższą chwilę. Cisza. WSZYSCY  mu  się
          przypatrują. PREZES osuwa sie na ławę. Po  chwili  z  trudem
          mówi:
           - Po... posadzki mają tu równe!
                    FIZYK (ostrym tonem jak przedtem):
           - PREZES(ten  prostuje  sie  automatycznie):  Z  jakiego
          miasta jesteś?
                    PREZES:
           - Ruda...
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
15
 
 
                    FIZYK:
           - Budowlanka? Kurna!
                    PREZES:
           - Ty... A co ci do tego? Książki chcesz o mnie pisać?
                    Cisza. Czas dłuższy.
                    PREZES:
           - No i co teraz?
                    DZIADEK (chichocząc):
           - A szachi niuniuś lubisz?
                    PREZES:
           - No, lubię.
                    FIZYK:
           - No to  chłopaki  pokażcie  PREZESowi,  jak  tam  łazienki
          wyglądają. Papier do zmiany, a terrakotę chloraksem.
                    WARSZAWIAK:
           - O.K. Chodź PREZES.
                    (łapie pudło z papierem toaletowym i wychodzą)
                    TŁUMACZ:
           - No to sprawdzi jakość amerykańskiej terrakoty!
                    DZIADEK (przymilnym głosikiem):
           - Nu, żeby tylko niuniuś wody z tualety nie wypił, boby  si
          na brzuszek pochorował.
                    STUDENT (ktory jadł z hałasem odstawia  talerz
           i ze złością):
           - Daj DZIADEK spokój! Dopiero zacząłem jeść.
                    FIZYK  podchodzi  do   telefonu.   Wyciaga   kartę
          kredytową (automat na ścianie w rogu),  wybiera  numery.  Po
          chwili  mówi  (patrzy  na  zegarek)  metalicznym   wojskowym
          głosem:
           - Dzień dobry.  Sawicki  z  komendy  głównej.  Proszę  mnie
          połączyć z miejscowością o nazwie Ruda.
           - Nie, nie Śląska. Ruda.
           - No, tak. Tak.
           - Dziękuję.
           - Dzień dobry. Trawiński  z  komendy  głównej.  Poproszę  z
          posterunkiem.
           - Dzień dobry. Winnicki z komendy głównej.
           - Dzień dobry. Panie sierżancie, mamy  tu  taki  przypadek:
          pijak bez dokumentów. Mamrocze coś, że  PREZES
          przedsiębiorstwa budowlanego z Rudy.
                    Chwila ciszy.
           - No tak, rysopis ten sam. Nie wyjechał, widać.
                    Dłuższa chwila.
           - Ano dziękuję. Odeślemy.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
16
 
 
                    Odwiesza  słuchawkę.  Odwraca  się,  usmiecha  się.
          Mowi:
           - Wybudował sobie  dom  z  państwowych  materiałów.  Rękami
          robotników,  których  nadzorował.   Potem   ich   wszystkich
          zwolnił, żeby nie było dowodów. Sprawy kryminalnej  nie  ma,
          ale małe miasteczko i długo pewnie by  nie  pożył.  Już  rok
          poza krajem.
                    STUDENT (oszołomiony):
           - Jak to tak - wszystko ci tak powiedzieli?
                    FIZYK:
           - Tutaj się tego nauczyłem. Tu zawsze  wszystko  sprawdzają
          przez telefon. A ja lubię wiedzieć, z kim mam do czynienia.
                    WARSZAWIAK i PREZES wchodzą do pomieszczenia.
                    FIZYK:
           - PREZES! Nie kradnij tylko! Tu  wszędzie  kamery  i  kręcą
          video. Ściągniesz pastę do zębów (co ja gadam!),  - zegarek;
          i my WSZYSCY stracimy pracę. Zrozumiano!
                    PREZES (nic nie mowi).
                    WSZYSCY siadają do stołu. Uwagi.
                    DZIADEK:
           - Nu, kawiorek dziś czyrwony, łosoś, widzem. Uj,  dobrze  w
          Americe.
                    STUDENT:
           - Małe serki, te okrągłe, dobre są.
                    PREZES:
           - Piwo jest jakie? (rozgląda się)
                    TŁUMACZ:
           - Nie pijemy tu alkoholu. Jak wyczują -  tracisz  pracę  od
          razu. Tylko w Boże Narodzenie, bo wtedy sklep zamykają.
                    STUDENT:
           - Mleko chciałbym podgrzać.
                    (śmiech)
                    FIZYK:
           - Naucz się pić z lodówki. Nie trzeba gotować. Tu  od  razu
          się zlecą patrzyć, jak to  można  ciepłe  mleko  pić.  Nawet
          niemowlaki piją tu prosto  z  lodu.  Tak  samo  jak  polskie
          papierosy zapalisz. Gapią się - myślą, że to marihuana.
                    FIZYK:
           - ŚWIATOWY! Dwóch nowych tu mamy. Może lekcję  angielskiego
          od razu poprowadzisz? Jest okazja.
                    ŚWIATOWY zrywa się energicznie:
           - O.K. zaczynamy od amerykańskiego języka gestów.  Panowie,
          a co znaczy? (pokazuje reką otwiera szeroko usta,  wkłada  i
          wyjmuje wskazujacy palec prawej ręki.)
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
17
 
 
                    Cisza.
                    PIUK - rzygać się chce. Jest tu nudno.  Ty  jesteś
          nudny. Powtarzamy, proszę. 
                    "Uczniowie"   powtarzają    dokładnie    gest    i
          tłumaczenie.
                    powtarzają raz jeszcze.
                    CHÓR "PIUK"        rys. 0.
          O.KEY -  wszystko  w  porządku.  Powtórzyć  proszę.
                     WSZYSCY powtarzają.
                        rys.1
                    Przepraszam.   Jak   drogę   na   przykład   komuś
          zajedziesz. Powtórzyć proszę.
                     WSZYSCY powtarzają.
                    A to?
                         rys.2
          Wszystko w porządku. Jesteś fajny chłop. Ładna babka.  Udało
          się. W ten sam sposób zatrzymuje się samochód na autostopie.
          Na  tzw.  palec  (pokazuje).   Autostop   to   hitchhicking.
          powtórzyć proszę.
                    WSZYSCY (CHÓR "HICZCHAJKING) pokazują gest.
 
                    ŚWIATOWY:  Tylko  żeby  wam   się  paluszki   nie
          pomyliły, bo pokazując ten palec (tu pokazuje)
                         rys.3
                    narażamy się na natychmiastowy wypadek.
                    Cisza
          Jest to najbardziej obraźliwy gest w  Stanach  Zjednoczonych
          Ameryki Północnej. Sugeruje, że palec wchodzi osobie, której
          sięgo pokazuje - do odbytnicy. Po tym geście  się na  ogół
          strzela.
                    PREZES (zrywa sie podekscytowany):
           - A to sukinsyn jeden! Jakbym wiedział, to bym go...
          (Rozglada sie dookola zaskoczony  wlasna  reakcja...  Siada.
          WSZYSCY patrza na niego -  cisza  przez  chwile.  Po  chwili
          zakłopotany pyta): A to znają? (Pokazuje wała)
                    TŁUMACZ:
           - Nie, nie znają.
                    DZIADEK:
           - A to znajo?
              rys.4
                    TŁUMACZ   (wyraznie   naukowo    zaciekawiony    i
          podekscytowany):  - No! Nie spotkałem. A co to znaczy?
                    DZIADEK:
           - A... jebałci pies.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
18
 
 
                    DZIADEK:
           - Powtórzyć proszę.
                    śmiech
                    Wchodzi jeden ze stażników
                    STRAŻNIK:
           - Gentelmen! Watch that doors! We`ve had  alarm  two  times
          this month already!
                    TŁUMACZ:
           - O.K. No problem! We`ll take care of it.
                    DZIADEK (w kierunku strażnika):
           - Hej niunia! (pokazuje swój gest)
                    STRAŻNIK (uśmiecha się i macha reką):
           - Hey, pal! (i wychodzi).
                    DZIADEK:
           - Nu, analfabieta.
                    ŚWIATOWY (po chwili ciszy):
           -  "A"  jak  analfabeta  albo  adaptacja!  Zaobserwowaliśmy
          cztery etapy adaptacji, panowie! (pokazuje etapy na palcach)
          ETAP PIERWSZY - szok -  wszystko  inne;  kolory,  zapachy...
          (dobitnie, patrzac z ukosa) język! Szok trwa od tygodnia  do
          miesiąca. Wszystko się podoba, wszystko intryguje.
          ETAP DRUGI - negacja - wynikająca z szoku, okres poszokowy -
          nic się nie podoba. Amerykanie są głupki, lenie  -  nic  nie
          jest w porządku, ponieważ błogosławioną cechą  pamięci  jest
          pamiętanie głównie miłych  rzeczy,  przeszłość  zaczyna  się
          gloryfikować. Niektórzy trwają na tym etapie  bardzo  długo.
          Znam takich, co narzekając  przeżyli  tu  całe  życie  i  tu
          zmarli. PREZES! Słuchaj, co mówią - bo to o tobie.
                    PREZES:
           - Odczep się !
          ETAP TRZECI; porównywanie,  poznawanie  reguł  gry,  sposobu
          życia, języka, humoru, tradycji, początki adaptacji.
          ETAP CZWARTY: zespolenie. Nie  sądzisz,  nie  oceniasz,  nie
          dzielisz,  tylko  odbierasz  wszystko  takie   jakie   jest.
          Najlepsze z obu kultur.  Niewielu  jednak  takich  znam,  co
          zaliczyli czwarty etap. Większość  szarpie  się na  dwójce.
          Jeszcze troche kawioru poproszę!
                    PREZES (przymilnym i obłudnym tonem):
           - ŚWIATOWY, to ty już Amerykanin? No!  no!  Gratulacje!  Po
          angielsku perfekt! Domek! A pieniążki na pewno w  banku  jak
          trzeba... A jaką karę masz?
                    Zdziwienie ogolne.
                    TLUMACZ: Pyta się, jaki masz  samochód.  Za  długo
          koło Władeczka siedział.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
19
 
 
                    ŚWIATOWY  (przyglada  mu  się  przez  chwilę  -  z
          namysłem  jakby):  "B"  jak  "brownooser"   -   amerykańskie
          określenie wazeliniarza, tyle że daleko bardziej plastyczne.
          Pytanie za 10 punktów: od czego  to  wazeliniarz  może  mieć
          brązowy nosek? PREZES?
                    PREZES (macha reką):
           - Jak jesteś taki mądry, to jak jest po angielsku walić konia?
                    (toczy zwycięskim spojrzeniem)
                    ŚWIATOWY:
           - Ooo! gratulacje! Widzę, że wertowaliśmy słownik. PREZES!?
           - A szukałeś pod "W" czy pod "K"? No to notuj!
                    WSZYSCY notują
                    jerk off
                    jack off
                    beat the meat - bić mięso
                    buff the helmet - polerować hełm
                    i moje ulubione:
                    choke the chicken - dusić kurczaka.
                    PREZES podnoszac głowę:
           - Helmet to przez "CH"?
                    STUDENT:
           - ŚWIATOWY? A na jakim ja etapie, myślisz, jestem?
                    ŚWIATOWY (usmiechajac sie):
           - Sam sobie odpowiedz. Aby szczerze!  I  pamiętaj,  zadawaj
          sobie to pytanie codziennie - to bardzo praktyczne!
                    W miedzyczasie PREZES wyjmuje portfel  i  pokazuje
          zdjęcia rodzinne dziadkowi i reszcie.
                    DZIADEK (podziwia zza okularow):
           - O! Dzieciaczki widzem ja dwa!
                    PREZES (usmiecha sie dumnie):
           - Karolek i Mariolka. Teraz mają sześć i osiem lat.
                    DZIADEK (kiwa glowa z podziwem): Ta joj, toż ładni
          ty domyk masz, widzem!
                    PREZES (sztywnieje i zmienia szybko temat, podsuwa
          drugie  zdjęcie.  Podnosi  głowę  i  dobitnie  i  z  udawana
          niedbałościa mówi): To z Egiptu. Z żonom byłem na wycieczce.
                    FIZYK (powaźnie):
           - Ooo! Kali być wielki świat.
                    PREZES (biorac to za dobrę monetę):
           - No jeździło sił, jeździło. Ale te Araby to głąby - kurna,
          brudasy niedomyte! Łapy wyciągają - chamstwo takie.  Ja  bym
          do nich strzelał, jak do tych - kurna- Murzynów - też hołota
          taka jebana.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
20
 
 
                    FIZYK pokazuje Światowemu dwa palce. Mowi  głośno: 
          -  Chroniczny   drugi!   (ETAP   II).   Ten   usmiecha   się
          porozumiewawczo.
                    PREZES  
          O... tu masz pan... pamiątkowe! Tu, o tu, piramida,  Arab  -
          kurna - połamaniec, wielbłąd i moja żona Zocha.
                    DZIADEK po dłuźszym czasie,  niby  to  wpatrywaniu
          się w zdjęcie z namysłem: - Nu...... a które to twoja żona?
                    PREZES rzuca się na Dziadka z pięściami ku ogólnej
          radości. Cały dygocze w ataku furii: Ty chamie!  Ty  bydlaku
          jebany! Ty chamie! (szał)
                    WSZYSCY odciągaja go.
                    DZIADEK mamrocze:
           - Nu jakie to  nerwowe!  Okuliary  nu  muszem  nowy  kupić.
          (Mruga do wszystkich) Ty Priezes nie  dynerwuj  si.  Ja  tak
          dawno baby nie miał, że zapomniał, jak wygliąda. Nu  jak  si
          lalieczka zdenerwowała. (ze złością)  Nu  bodajcie obesrało,
          szubrawcu jedyn. Nu ty   ni  całkim  stracony,  jak  jeszczy
          koguś kochasz.
                    WARSZAWIAK  (wstaje  od  stołu,  klepie   się   po
          brzuchu):
           - Cieszy się ptaszek jak mu rośnie daszek!
                    FIZYK:
           - No dosyć tego na dziś.
                    WARSZAWIAK:
           - Mamy jeszcze dwie godziny spanka.
                    WSZYSCY układają się pomału,  przeciągają.  Gaśnie
          światło. Zarysy tylko widać i napis EXIT. Cisza.
                    Po chwili:
                    DZIADEK:
           - PREZES!
                    PREZES:
           - No!
                    DZIADEK (pokornie):
           -  Nu  ja  przypraszam.  Urazić  ni  chciał  wcaly. Wibacz staremu!
                    PREZES:
           - Dobra, DZIADEK.
                    DZIADEK:
           - PREZES! A una z lewyj strony czi z prawyj strony...
                    WSZYSCY:
           - DZIADEK, daj spokój, do cholery!
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
   
                                                  * * * * * *
21
 
 
          Po dłuższej chwili w rogu górnym nad dekoracją  ukazuje  się
          chłopczyk.
          ŚPIEW CHŁOPCZYKA "DZIECI I RYBY GŁOSU NIE MAJĄ"
 
          W ciemności TŁUMACZ siada nagle  na  paczce,  szarpie  się  z
          butami i głośno mówi: Baran! Buc! Idiota! Co ja wyprawiam?
                    Wybiega. (Reszta spi głęboko)
                    Przebudzenie
          Światło pomału ukazuje śpiące  postacie.  Słychać  cichutkie
          piski elektronicznego zegarka. DZIADEK wstaje i  na  palcach
          wychodzi. WSZYSCY dalej śpią  głęboko.  Wraca  po  chwili  z
          tortem pełnym zapalonych świeczek. Na niby kładzie się spać.
          Po chwili widac  postać  kobiecą  (zarysy).  Kobieta  wkłada
          taśmę do BOOM BOX. Włącza się ostre światlo. W snopie widać,
          że piękna i skąpo ubrana. W takt  zmysłowej  muzyki  zaczyna
          się  rozbierać.  (fachowy  striptiz)  wyraźnie  patrząc   na
          FIZYKa. WSZYSCY patrzą w słupieniu. W kulminacyjnym momencie
          w  stroju  topless,  muzyka  się   gwałtownie   zmienia   na
          swojskiego  krakowiaka.   STRIPTISERKA w   hołubcach   (na
          szpilkach) galopuje do FIZYKa i śpiewa  czytając  z  kartki,
          która miała za gumką od majtek, na melodie "Krakowiaczek ci ja":
 
                    Ej FIZYKu fiku miku
                    nie gnij dalej na sienniku
                    wstawaj wstawaj
                    buzi dawaj
                    przyjechałam aż z Chicago
                    żeby ci zaśpiewać nago
                    w oczkach ci się dwoi
                    pokaż czy ci... (przytupuje)
 
                    STRIPTISERKA (odraca  się  do  Dziadka  i  mowi  z
          wyraźnie góralskim akcentem):
           - No, panie  kochany,  ja  tego  nie  zaśpiewom.  Z  dobryj
          rodziny jestem.
                    FIZYK odruchowo  zasłania  się  kocem.  Dziewczyna
          podaje mu tort z zapalonymi  świeczkami.  On  nie  wie,  jak
          przyjąć. Ona usmiechajac się:
                    Wszystkiego najlypszego z łokazji łurodzin.
                    Ona wzrusza ramionami i stawia tort obok. Wychodzi
          zabierając po drodze łaszki.
                    Podchodzi  do   DZAIDKA.   Ten   podpisuje   jakiś
          papierek. Ona mowi: Thanks.
                    DZIADEK:
           -  Nu  dzienkujim  bardzo  szanownyj  pani..  Na  śniadanko
          prosimy bardzo.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
22
 
 
                    STRIPTISERKA:
           - Dziękuję piknie, ale lot mam za godzinę. Taksówka  czeko.
          Dzieci z przedszkola mus łodebrać.
                    Wychodzi.
                    DZIADEK (ociera łzy radości):
           - Uj, warto było. Nu dawno si tak nie uśmiałym.  Śpiewający
          telegramek!
                    FIZYK przeciera oczy jakby to  był  sen.  W  końcu
          (pierwszy  raz  od  poczatku   sztuki)   wybucha   śmiechem.
          Podchodzi do DZIADKA i serdecznie go obejmuje. Chwila ciszy.
                    FIZYK:
           - Dziękuję! DZIADEK! Coś ostatnio zbyt poważny  byłem,  co?
          Dziękuję.
                    DZIADEK:
           - Nu daj spokój. Zrzucilim się z Władeczkiem i Tłumaczem.
          Z Chicago ją ściągnąłem,  bo  co  po  polsku  zaśpiwa,  to  po
          polsku. Nu i piękna bestia. Balim si, że jakiego  kuczkodana
          przyślo. Ale udało si. Ali gdzi Tłumacz?
                    WSZYSCY rozgladaja się.
                    Telefon publiczny zaczyna dzwonić. FIZYK podchodzi
          do telefonu.
                    FIZYK:
           - Hallo! This is Polish Radio. May I help you?
           - O.K. Rozumiem. Przyślę ci graty, a resztę na konto. Tak.
                    FIZYK:
           - Hej, dzięki za telegramek!
                    Śmieje się.
                    FIZYK:
           - Pomogło! Cześć! Dobra! Uściskaj tam rodzinę!
           odwraca się, zdmuchuje świeczki; brawa.
                    FIZYK:
           - Pozdrowienia macie. Dzwonił Tłumacz. Jest w Nowym  Jorku.
          Wraca do Polski. Mówi, że miał zły  sen.  Ja  mu  już  dawno
          mówiłem, żeby jechał. No, ale wiecie, jak to jest.  Rodzinie 
          ciągle mało.
                    WARSZAWIAK:
           - Co się tak wylegujesz, wstawaj!
                    STUDENT (ze łzami w oczach):
           - Nie mogę wstać.
                    WARSZAWIAK:
           - Co jest?
                    STUDENT:
           - Nogi! O Chryste!
                    WARSZAWIAK podchodzi, zaczyna mu obmacywać nogi:
           - Tu? Nic... Tu?
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
23
 
 
          STUDENT (ryczy):
           - O, Jezu! (wije się i płacze)
                    WARSZAWIAK:
           - FIZYK, podaj aspenkrem, bandaż elastyczny  i  wkładki  do
          butów. Czemu nikt mu nie powiedział?
                    FIZYK:
           - Mówiliśmy mu, ale jak to młody, sam musi się sparzyć.
                    WARSZAWIAK  obandażowuje  STUDENTowi  nogi i  w
          miedzyczasie mówi:
           - Robisz minimum 25 km po tym sklepie.  Nie  jest  źle,  bo
          chłop orząc pole  1ha  przechodzi  40  km.  Tyle  tylko,  że
          biegasz po  betonie  i  ścięgna  nadwyrężasz.  Ty  z  miasta
          jesteś, musisz się przyzwyczaić,  bracie!  MARTA  nie  miała
          nigdy z tym problemów. Mówi, że łatwa robota.
                    DZIADEK  wchodzi  z  kartką  (listem),  tak   żeby
          STUDENT nie widział i mówi:
           - Nu, Ania z Warszawy pyta si o ciebi, STUDENT.
                    STUDENT:
           - Co?!! Gdzie! (zrywa się jakby  nigdy  nic  i  biegnie  do drzwi).
                    Śmiech.
                    FIZYK:
           - Hej, poczekaj, no. DZIADEK chciał ci tylko  udowodnić,  że
          to sprawa głowy, nie nóg. Nie myśl o bólu!
                    DZIADEK daje mu list, gładzi  po  głowie.  WSZYSCY
          wychodzą.
           -  Nu,  Studynt,  odpocznij  chwilki.  Ja   ciebi   troszki
          zastompim. Za bafarko trochi pochodzym.
                    STUDENT:
           - Tłumacz by powiedział: polerką.
          Usmiechają się. STUDENT obejmuje go w pasię, przytula się.
                    DZIADEK z wyraźnym wzruszeniem gładzi go po głowie:
           - Nu, dobra, synek, pocierpisz troszki. A potem, po  burzy,
          wisz, słońce zawsze. (po  chwili)  Nu  idem  do  tyj  baf...
          polerki. Amerykanin jaki wejdzi. Jak widzo, że chłop  chłopa
          przytuli, to myślo, że tego, no że pedałujo. Porąbane  takie som.
          Ściska go za głowe po raz ostatni. Wychodzi.
 
                    PIOSENKA "NASZA MIŁOŚĆ"
 
 
 
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
   
                                                  * * * * * *
24 
 
                    PRZYJAZD TŁUMACZA
                    DZIADEK i WŁADECZEK krzątają się, robią śniadanie.
                    DZIADEK:
           - Władziu! Toż ja z tobum wiencyj jechać tom  twojum  karom
          (od car - samochód) nie chcym. Toż za wolno  jedisz,  zarazu
          ty jedna! Toż to hajłej i 40 mil na godzinę mus jechać. A ty
          trzydzieści, bodaj ci obysrało! Toż  to  wstyd!  Tikieta  ci
          dadzo za wolno jazde!
          WŁADECZEK (płaczliwie):
           - A jak czikien wylezi? Toż rozjadym!
            DZIADEK:
           - Nu, kiedyś ty kuri tu widział  żywe?  W  telewizorze!  Tu
          Ameryka, tu same mrożone chodzo!
                    WŁADECZEK (zamyślony):
           - Nu, a jak ja  taki  czikien  rozjade,  to  może  do  domu
          weźmiem?!
                    DZIADEK:
           - A na chuliery nam taki kapeć? Durnyło jedno! (ze złością)
                    WSZYSCY   wchodza.   PREZES   kręci   się    jakoś
          niespokojnie. Nikt nic nie mówi. Atmosfera dziwna. PREZES po
          chwili patrzy spode łba, bierze  kubeł  na  kółkach  i  dość
          sztucznie mowi:
                    PREZES:
           - No tego, dobra, oblecę łazienki.  Póki  co...  (i  szybko
          wychodzi) Chwila  jeszcze  jest  cisza  i  nagle  WARSZAWIAK
          parska hamowanym smiechem, po nim STUDENT, i  nagle  WSZYSCY
          zaczynają się spazmatycznie śmiać.
                    DZIADEK:
           - Nu jak ja rankiem w kościółku był, to tam tak wesoło  nie
          było. Co wam jest? Na moji mszy straszyli jak  zwykli  Panym
          Bogiem. A wam ksiunc wice opowiadył?
                    WSZYSCY się pokładają ze śmiechu.
                    WARSZAWIAK:
           - DZIADEK! Powinieneś był  pójść  z  nami!  PREZES  z  nami
          poszedł. Nie wiem po co, chyba z ciekawości, bo pierwszy raz
          musiał być w kościółku. Usiadł z przodu. Myślał pewnie, że z
          przodu lepsze miejsca jak w kabarecie. No, i kabaret  był,
          powiedzmy, bo on nie mógł nadążyć. Co  chciał  uklęknąć,  to
          WSZYSCY  wstawali,  co  usiadł,  to  klękają.   Bardzo   się
          pilnował.  Robił  jak  WSZYSCY.  Ale  najlepsze  było   przy
          przekazaniu pozdrowienia. Przed nim młoda para była. WSZYSCY
          ręce sobie ściskają, a para młoda buzi -  normalnie.  PREZES
          się odkręcił, bracie, chwycił takiego  grubego  farmera,  za
          uszy  okręcił  go  i  w   ślinę.   Farmer,   bracie,   cegła
          (rumieniec). Bo wiesz, jacy oni tu na  kolarzy  uczuleni  od
          czasu wykrycia adidasa. O rane!
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
25  
                    DZIADEK:
           - No, że tyż mnie nigdy nie ma, jak wysoło jest.
          Krzątanina. Przygotowuja WSZYSCY maszyny itp. Cisza.
          Wchodzi PREZES. Rozglada się spode łba.
                    WŁADECZEK:
           - I didn`t understand one thing w kościółku. Co  to  znaczy
          Matka Boska Nie-po-kolanu? (pokazuje na kolano)
                    DZIADEK:
           - Nu co si dziwisz, że za kolano Matki Boskiej nie  wolno?!
          Pryzysa si spytaj.
                    PREZES macha reką na odczepnego.
 
 
 
 
 
  
 

cd Część IV  

 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |

 | lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com | 
  Copy Rights Reserved ©,  Wszystkie prawa zastrzeżone. Uwagi i pytania prosimy kierować do redakcji miasta literatów2000