| lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com | 

 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
 

Część II  
                 
                     AKT 1
                    Scena 1
          Ciemność, widać tylko  czerwony  napis  FIRE  EXIT.  swiatło
          zapala sie gwałtownie  i  gaśnie,  ktoś  koniecznie  próbuje
          znaleźć właściwy przełącznik. Swiatło dkrywa  raz  to  żółty
          kubeł na kółkach, raz  to  beczkę  (czerwona)  itp.  Słychać
          najpierw nieśmiałe:

 
                    GŁOS:
           -Hallo! Jest tam kto? Exkuz mi! (excuse me)
                    Słychać uderzenie i półgłośne
                    GŁOS: O Jezu!
          Młody człowiek ubrany  w  polskie  ciuchy,  zmęczony  widać,
          zrywa  sie  w  pelnym  swietle  z  przełacznika,  na  którym
          wyraźnie  usiadł.  Rozglada  sie  przymrużonymi  oczami   po
          scenie, zdejmuje plecak, opiera się o stół, na drugim  stole
          kładzie ksiażkę. Włącza sie niechcący telewizor, który ryczy
          na cały regulator (hymn amerykanski, flaga).  Rzuca  sie  do
          telewizora, żeby go sciszyc.  Brak  przełacznika.  Wraca  do
          stołu, chwyta pilota,  nerwowo  naciska.  Niechcący  zmienia
          kanały: kawałek porno - goła dupa, telewizor  ryczy  jeszcze
          głośniej, zaraz potem msza z wrzeszczacym pastorem. W  końcu
          telewizor gasnie (  na  ekranie  podpaski  kobiece  i  flaga
          amerykańska z hymnem) Słychać jeszcze głośne
                    GŁOS: o Jezu!
          Młody  człowiek,  cały  spocony,  siada.   Wstaje,   zaczyna
          zdejmowac swoje rzeczy. Podchodzi do drzwi  z  napisem  FIRE
          EXIT, popycha je, włącza sie przeraźliwa syrena  i  czerwone
          mrugajace swiatlo. Gaśnie swiatlo, wpada po dłuźszej  chwili
          dwóch strażnikow. Zapalają światło, wyłączają alarm, ruszaja
          zamkiem w drzwiach. Konwersacja
                    STRAŻNIK 1:
           - Third time this month, they should do something with this
          fucken doors.
                    STRAŻNIK 2:
           - Take it easy, they pay for it.
 
          Gaszą światło, wychodzą.

3
 

 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
4
 
  
          Po paru minutach swiatło sie zapala. Do pomieszczenia wchodzi
          pare osób:
DZIADEK, FIZYK, WARSZAWIAKWŁADECZEK,
          TŁUMACZ, MARTA.
                    DZIADEK:
           - Nu, Lalieczka, gdzieś ty zaliazła? Budajci obysrało!
                    WSZYSCY (Wyraznie rozbawieni):
          Cip! cip! cip!
          Taś! taś! taś!
          Ku! ku! ku! ku! kuku!
          Część rusza do dobrze znanych maszyn i czynności.  Otwieraja
          telewizor (bez glosu),  robią  coś  do  jedzenia,  wyciskają
          "mape". Widać, że są w dobrze znanym sobie miejscu.
                    DZIADEK:
           - Nu, i gdzie ta chuliera si pokatuliała?
                    FIZYK:
           - Możesz wyjść, sami swoi.
                    WŁADECZEK:
           - O, boy! Do boxy wliazł, smart cookie!
          Z dużego pudła z napisem " THIS WAY UP" wyłazi  czerwony  ze
          wstydu młody  czlowiek,  czesciowo  rozebrany.  WSZYSCY  sie
          śmieją.
                    DZIADEK:
           - Nu  ta,  nie  wstydaj  si  laliuchna,  WSZYSCY  przez  to
          przeszli, Martusia na ten przykład do tualiety si  schowała,
          papier sralny za przeproszenim udawała.
                    WSZYSCY (smieją się)
                    MARTA (wsciekła i czerwona):
           - DZIADEK! Daj spokój!
                    DZIADEK:
           - Nu nie gniewaj si laliuchna!  W  moim  wieku  jedyne,  co
          mogiem z kobitą jeszczy zrobić, to jom rozgniewać, a ty taka
          ładna jak zła!
                    MARTA (usmiecha sie w końcu, macha  ręką,  odwraca
          sie energicznie do nowoprzybyłego, wyciąga rękę):
           - MARTA jestem. Z Białostockiego.
                    STUDENT:
           - Kuba (ciagle oszołomiony). Miło mi. Ja jestem z Warszawy.
          Z SGGW.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
5
 
 
                      WARSZAWIAK :
           - Uuu, STUDENT, WARSZAWIAK. A  z  jakiej  dzielnicy?  Ja  z
          Pragi.
                    STUDENT:
           - Z Radzymina.
                    WARSZAWIAK :
           - Eee, STUDENT, to ty  flancowany  jesteś!  Taki  z  ciebie
          WARSZAWIAK jak ja Amerykan. Wieprzowina z Wołomina.
                    DZIADEK:
           - Aj, aj, aj, jakie bradziagi z  Pragi!  A  jak  ciebie  ta
          syrenka na dzień dobry przywitała, to we trzech z  ruri  cie
          wyciągalim, takeś si zaszpuntował.
                    WARSZAWIAK : (je w milczeniu)
                    FIZYK (w milczeniu podsuwa kromkę  nowoprzybyłemu,
          nalewa coś do szklanki, odchodzi)
                      STUDENT  (zaczyna  jeść  pomału,  nadal  w  szoku,
          ciagle niekompletnie ubrany)
                    WŁADECZEK:
           - A expiriens na florze masz?
                    STUDENT (patrzy niedowierzajaco  na  pytajacego  i
          rozgladajac sie niepewnie pyta): Słucham pana?
                    DZIADEK:
           - Władeczek si ciebi pita, czy umisz  podłogi  amerykańskie
          pucować. Nieszczęście si Władeczkowi przytrafiło.
          Angielskiego si chciał nauczyć. Ni bardzo mu si to udało.
          A timczasem po polsku zapomniał.
                    WŁADECZEK (karcąco patrzy na  Dziadka,  DZIADEK  z
          rozbawieniem na Władeczka)
                    TŁUMACZ: experience - doświadczenie
          floor - podłoga
                    WSZYSCY z niechecia patrza na tłumacza.
                    STUDENT:
           - No... sprzątałem. W spółdzielni studenckiej.
                  ( Wybuch smiechu )
                    PIEŚŃ SPRZĄTACZY NA FLORZE    
                + UKŁAD CHOREOGRAFICZNY Z MIOTŁAMI - "MAPAMI"
  
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
6
 
 
          Osłupiałego STUDENTa odprowadzają na bok, pokazują  maszyny,
          sposób  wyciskania  szmaty  itp.  Włączony  telewizor   wali
          reklamy,  na  jednej  z   reklam   jest   mała   dziewczynka
          reklamujaca chleb. (Reklama ta pojawiać  sie  będzie  bardzo
          czesto.)
          FIZYK, MARTA, DZIADEK
                    MARTA (jedząc):
           - No tego jednego brakuje mi tu w tym sklepie:  chlebka.  U
          nas w Malinowej  jest  piekarnia  Wojteckiego,  rano  zapach
          taki. I jak nożem piętkę się odkroi... Nie znają tego tutaj. 
                    TŁUMACZ:
           - Kochana moja, w tym kraju  jest  wszystko.  Jak  jedziesz
          pięćdziesiątką, po prawej stronie obok SEARSA neon niebieski
          RONNIES. Wszystko tam mają. I chlebuś żytni jest.  Jutro  ci
          przyniosę.
                    MARTA  (macha  reke  lekceważaco   nie   słuchajac
          prawie):
           - Ee tam!  Jak  przechodziłam  granicę  z  Meksykiem,  taka
          głodna byłam! Przeciągnęło się trochę, bo  mocno  pilnowali.
          Przechodziliśmy jakąś żółtą rzekę w  bród.  Wieczorem  było.
          Dziwne, żółta woda a czysta jak kryształ! Pewnie dno  żółte.
          (z ożywieniem) Zimna była. Po przeciwnej stronie stosy ubrań
          leżały. Tych, co dzień przed nami przechodzili.  Już  suche.
          WSZYSCY  się  przebierali  w  suche,  a  zostawiali   mokre.
          Wybrałam sobie fajne dżiny. O te!  (wstaje,  pokazuje)  leżą
          jak ulał.
                    DZIADEK:
           - Oj, córuchna, rzeka si żółta narobiła, bo samiczki  rybne
          żółć  zaliała  z  zazdrości.  Samczyki  pszi   brzegu   oczi
          wypatrujo, czy Martusia majtków nie pomienia. Od tego  czasu
          rzeka "martwo" si nazywa, bo ribi trzeć si nie chcom!
                    MARTA (smiejąc się):
           - Daj DZIADEK spokój! Co ci dziś się stało?
                     DZIADEK:
           - Pierwszy dzień wiosny dziś, radio gadało, ot co. Będzi  z
          tydziń. Potem  bendzi  liało  przez  siedem  misiency.  Woda
          wisić w powitrzu będzi ży szałera...
                    TŁUMACZ:
           - szałer - prysznic.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
7
 
 
                    DZIADEK:
           - Tak to si nazywa?
                    TŁUMACZ:
           - Tak.
                      DZIADEK:
           - Noo, pryszczycu nie trza brać, mydłem si rano natrzyć, na
          pole wyjść, i spłyni. Tyli, ży bańki ludzi w  oczi  szczypać
          na haj łeju...
                    TŁUMACZ:
           - Na autostradzie.
                    DZIADEK:
           - Dajży Tłumacz spokój! W  oczi  szczypać  bedo  i  policja
          tikieta...
                    TŁUMACZ:
           - mandat...
          DZIADEK (patrzac przeciagle na Tlumacza): ...wlepi.
                    TŁUMACZ:
           - Swoją drogą ciekawe, kto,  MARTA,  w  twoich  utensyliach
          chodzi?
                    DZIADEK:
           - Czym?
                    TŁUMACZ:
           - Utensyliach.
                    DZIADEK:
           - Oj, utensyli un si! Spać nie  moży  i  sny  ma  taki,  ży
          obudzić si nie chcy!
                    TŁUMACZ:
           - A tak przy okazji - to ładne określenie tu  mają  na  to,
          jak się komuś gołą...
                    DZIADEK (zaczepliwie):
           - No co?
                    TŁUMACZ  (przeciagle  patrzy  na  Dziadka  i  mowi
          dobitnie):
           ...dupę  pokaże.  (kończy  spokojnie)  Shoot  the  moon   -
          zastrzelić księżyc.
                    WSZYSCY się śmieją.
                    DZIADEK:
           - To temu nocy takie czarne! Córuchna ksienżyc w Meksyku  z
          dwururi ustrzeliła, że to w prasie nie pisali!
                    DZIADEK (ryczy ze złością):
           - Władeczek, uśmiechni si do chuliery!
          Władeczek  faktycznie  jako   jedyny   nie   uśmiecha   się.
          Poprzednio na określenie " shoot the moon" reaguje  mocno  -
          podskakuje.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
8
 
 
                    DZIADEK:
           - Twarz tako masz, jakby na nij usiad. W Ameryce jestyś, tu
          mus śmiać si!
                    WŁADECZEK (wzrusza ramionami):
           - Plastik.
                    FIZYK (spokojnie z usmiechem):
           -  Dobre  określenie,  uśmiech  plastikowy!  Widziałem  jak
          dyrektor  banku  ostro  upomniał  urzędniczkę,  że  się  nie
          uśmiecha.  Tłumaczyła  się,  że  ma   śmierć   w   rodzinie.
          Powiedział jej, że rodzina jest w domu i że w domu może  się
          smucić. A tu płaci jej  za  uśmiech.  No  cóż,  zaczęła  się
          uśmiechać.
                    DZIADEK (ze zloscia):
           - Panowi! Zrzucim si po parę  dularów  dlia  Władeczka.  Bo
          patrzyć si już nie mogiem na ty nagrobny fotografii!
                    MARTA:
           - Och, to okrutne bardzo.
                    FIZYK:
           - Też  tak  myślałem.  Teraz  sądzę  inaczej.  Lepszy  taki
          uśmiech niż  żaden.  Wydaje  mi  się,  że  uśmiech  to  smar
          codziennych zdarzeń. Wielu  klientów  miało  weselszy  dzień
          dzięki jej "plastikowemu" uśmiechowi.
                    WŁADECZEK usmiecha sie.
                    FIZYK lekki skłon w kierunku Wladeczka
                    FIZYK:
           - Myślę też, że i ona lepiej się czuła po pewnym czasie.
                    DZIADEK:
           - Jeszcze raz by si Władeczek  uśmiechnoł,  to  bym  mu  te
          giembe plastrem (gest rękami) w uśmiechu rozciągnon,  to  by
          zostało. FIZYK, zrób ten cud raz jeszczy.
                    TŁUMACZ (ironicznie):
           - FIZYK, a jak ma się uśmiech do  twojej  teorii  entropii?
          (puszcza oczka do siedzacych sprzataczy, WSZYSCY  usmiechaja
          sie porozumiewawczo, znaja konik FIZYKa)
                    FIZYK (poważnie):
           - Śmiej się śmieju, śmiej. Nawet twoje ironiczne  uwagi  są
          wykładnikiem entropii.
                    TŁUMACZ wzrusza ramionami.
                    FIZYK (gwałtownie się odwracajac):
           - STUDENT!
                    STUDENT zrywa sie zaskoczony (jadł coś, żuje).
                    FIZYK:
           - Entropia!
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
9
 
 
                    STUDENT recytuje definicje  entropii  jak  karabin
          maszynowy:
           -    Miara    nieokreśloności,    chaotyczności,    stopnia
          nieuporządkowania. W teorii informacji - odpowiednik każdego
          rozkładu prawdopodobieństwa. Część energii układu,  która  w
          ustalonej temperaturze nie może ulec przemianie na pracę.
                    WSZYSCY śmieją się, biją brawo.
                    FIZYK:
           -  Świetnie!  SGGW  -   dobra   uczelnia,   widzę,   dalej.
          Profesorowie  starej  daty  utrzymali  się,   bo   finansowo
          niezależni byli od komuchy. Ogrodnicy!
                    DZIADEK wklada palce w usta w gescie wymiotnym, że
          nudno będzie, i zajmuje się czymś.
                    FIZYK (poważnie):
           - Wracając do tematu, panie kolego, to zbiorowiska  ludzkie
          można by porównać do cząstek... mmm...powiedzmy gazowych. Im
          większe   skupiska,   tym   prawdopodobieństwo    wzajemnych
          konfliktów  rośnie.  Uśmiech   zmniejsza   impakt   zderzeń.
          Tłumacz, powiedz, co jest łatwiej? Uśmiechać się cały dzień,
          czy też mieć minę z cyklu "rozdarty trampek"?
                    TŁUMACZ:
           - No bo ja wiem?
                    FIZYK:
           - Dobrze wiesz. W tramwaju WSZYSCY tacy smutni, że niech to
          świnia powącha! Posadź tam wesołego  uśmiechniętego  faceta.
          To  przecież  pasażerowie  go  rozdziobią.  Natura  dąży  do
          rozkładu. Do uśmiechania  się  potrzebna  jest  energia,  na
          miłość Boską!
                    Wchodzi DZIADEK
                    DZIADEK:
           -  Na  cmyntarzu   wawrzyszewskim   taki   nagrobek   jest:
          "Władisław Zdziubany". A pod spodem: "Bóg tak  chciał"   Nu,
          wesoła że wdówka dała jemu taki epitafii!
                    TŁUMACZ:
           - No a u nas jakoś dość wesoło jest.
                    FIZYK:
           -  Ale  zwróć  uwagę,   że   jesteśmy   w   pewien   sposób
          wyselekcjonowani. Każdy z nas starał się o jakieś  prawdziwe
          lub lipne zaproszenie, stał w kolejce do ambasady i w  końcu
          zdecydował się na tę morderczą pracę. Jesteśmy aktywni!
                    DZIADEK:
           - Martulka kuchana nawyt przez żółte rzekie brodziła  i  do
          ksinżyca strzylała z dwururi.  Skarbulek  kochany!  Od  tego
          czasu rzeke nazywajo zupna, bo jeszczy si gotuji.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
10
 
 
                    FIZYK:
           - Powiem ci  więcej.  Ten  system,  który  był,  upadł,  bo
          stosował niejako ujemną selekcję. Nagradzał brak  wysiłku  i
          mierniactwo.   Jeżeli   tylko   wystawałeś   z   tłumu,   to
          urawniłówka. Tępiono, zaczynając od kułaków,  a  kończąc  na
          butikach, każdą prywatną inicjatywę.  Popatrz  na  tę  nazwę
          "inicjatywa". Energia potrzebna!
                    DZIADEK:
           - A ja kiedyś z Polski dostał taki prezynt: grzebiń,  a  na
          nim pisało "Spółdzielnia Inwalidów ZRYW". No ubawił si ja!
                    FIZYK (nie słuchajac):
           - Tu też nie jest idealnie. Japończycy mają rację, że  zbyt
          dużo ludzi tu chce zrobić szybkie pieniądze kosztem  innych,
          zamiast produkować jakieś dobra. Jednak system  zdecydowanie
          popiera aktywnych. Modelem pozytywno-bajkowym jest  pucybut,
          który  zostaje  milionerem  dzięki  ciężkiej  pracy.  System
          podatkowy ustawiony jest tak, żeby pomóc aktywnym, a nie ich
          usadzić. Demokracja wali po łapach biurakrację. Jak trzeba.
                    TŁUMACZ (stojąc pod tablicą):
           - O, tu  mam  coś  akurat  na  ten  temat.  Dzienna  zmiana
          zostawiła złotą myśl na tablicy - to miły zwyczaj.
                    TŁUMACZ (mozoli sie z tlumaczeniem, chichicze):
           - To chyba przytyk dla szefa  tego  sklepiku.  Cytat  z  Al
          Bernsteina. No, no! Co oni tu czytają! (ze dziwieniem)
                    FIZYK:
           - Nic nie czytają. Wycinają z kolorowych magazynów cytaty i
          lepią po ścianach. A co na dziś?
                    TŁUMACZ (śmiejąc się):
           - Słuchaj. "Czasem głupiec, który pogania, zrobi robotę!"
                    FIZYK:
           - I zrobi dobrze! Prawda to jest  święta!  (zapalajac  sie)
          Entropia, panowie!  Sprężyna  nie  potrzebuje  inteligencji.
          WSZYSCY bogaci ludzie, jakich znam, są dość ograniczeni.  
          I powiedziałbym: wąsko wyspecjalizowani.  Mówię oczywiście o
          tych, co nie dostali pieniędzy w spadku, a zarobili je sami.
          Nie mówię też o wynalazcach, tych jest mała grupa.  Mówię  o
          ludziach  z  charyzmą,  wewnętrzną  energią,  tych:  co   to
          wyrzucisz drzwiami, a wchodzą oknem. Tacy  co  potrafią  dla
          samej idei marszu do przodu, niby dla pieniędzy, ale w sumie
          nie, bo jak je zdobędą, to maszerują dalej. Tych co zarażają
          tą energią innych i wykorzystują ich pracę dla tego  marszu.
          Tych odpornych  na  klęski.  Tych  zaprawionych  w  walce  z
          entropią.
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
11
 
 
                    TŁUMACZ:
           - Coś w tym jest. Czytałem gdzieś, że największe  pieniądze
          w  handlu  nieruchomościami  zrobił  w  Nowym  Jorku  Rumun,
          imigrant, który nie umiał po angielsku i nie ukończył szkoły
          podstawowej.  Kupił  pierwszy  dom  przy  pomocy   adwokata.
          Panowie! Adwokat miał więcej pieniędzy wtedy od  niego,  był
          rodowitym  Amerykaninem   z   dyplomem   najlepszej   szkoły
          prawniczej. W krótkim czasie  mógł  Rumunowi  buty  czyścić.
          Jakby dobiegł, bo ten w międzyczasie miał trzy helikoptery i
          własne biuro.
                    WARSZAWIAK :
           -   Chwileczkę!   Jak   dobrze   rozumiem,    wykształcenie
          przeszkadza w karierze?!
                    FIZYK:
           - To nie chodzi o wykształcenie. A bo ja wiem? Wrażliwość i
          intelekt. Rozum podsuwa ci obrazy ewentualnych niepowodzeń i
          ogólnie biorąc wątpliwości.
                    WARSZAWIAK:
           - Dziś rano ładny bumper sticker...
                    TŁUMACZ:
           - Nalepka na zderzaku.
                    WARSZAWIAK:
           -  No,  właśnie  (powtarza   posłusznie)   bumper   sticker
          widziałem: "Just a leading dog has  a  best  view"  -  tylko
          prowadzący pies (w znaczeniu chart) ma najlepszy widok. Niby
          ten prowadzący-przewodnik ma najlepiej.
                    STUDENT:
           - No, to dobre jest! Bo to prawda! Ci w tłumie mają marnie.
                    DZIADEK:
           - No, chiba, że Martusia przed nimi  biegnie.  Toż  i  oczi
          wypatrzeć by szło!
                    MARTA:
           - Oj, cichaj Dziadku!
                    FIZYK:
           - Po pierwsze: nie wiadomo za czym. Po  drugie:  nie  wiem,
          czy ten psi lider ma czas podziwiać te widoki.  Szczególnie,
          że pot mu oczy zalewa. A tak w  ogóle:  najlepszy  widok  ma
          ten, co patrzy z boku na bieg. Nie uważacie?
          Podczas  calej  tej  rozmowy  STUDENT  przegladal   kolorowy
          magazyn leżacy na biurku reklamujacy kostiumy kapielowe. Pod
          koniec wstaje i wychodzi.
           WARSZAWIAK podchodzi do  lufcika  -  okna  wychodzacego  na
          sklep i po skończonym przez FIZYKa wywodzie mowi:
           -  Panowie,  stawiam  piątkie,  że  STUDENT  pogalopuje   w
          fotoplastykon!
 
 
 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |
  
12
 
 
                    TŁUMACZ:
           - Co, już? Niemożliwe, toż on dopiero przyjechał.
                    DZIADEK:
           - Nu, ale chłop żenidło ma już wyrośnięte.
                    FIZYK:
           - Panowie, dajcie mu spokój. Toż to jeszcze dziecko!
                    DZIADEK:
           - Nu, to jest  dziecko?  Nu,  ładny  dziecko!  Przecie  jak
          kucnie, to pewno żenidło mu w piasek...
                    WSZYSCY CHÓREM:
           - Dziadku, daj spokój.
                    WSZYSCY przy lufciku patrzą.
                    WŁADECZEK:
           Ooo... bakiecik puszi do kornera.
                    DZIADEK (rozgląda się):
           - Czy aby kto nie widzi? Aniułeczek zakuchany!
                    TŁUMACZ:
           - Uwaga! Do rączki magazyn wziął.
                    FIZYK:
          No i postoi tam z godzinę, aż go nogi zabolą.
                    WARSZAWIAK:
           - Jaką godzinę! Miesiąc - minimum.  Zbiera  od  kolegów  po
          dolarze.
          OSTRY RYTM. PIOSENKA "DZIEWICA ROZPUSTNICA"
          UKLAD CHOREOGRAFICZNY
          DZIADEK UDAJE DZIEWICĘ UŻYWAJĄC "MAPE" JAKO PARTNERKĘ
          Po  piosence  ciemno.  Slychac  tylko  szum  ze   sklepu   -
          ewentualnie podklad muzyczny.
 
 
 
 
 
 
 

cd Część III

 | Do Reżysera | Część I | Część II | Część III | Część IV | Część V | Piosenki |

 | lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com | 
  Copy Rights Reserved ©,  Wszystkie prawa zastrzeżone. Uwagi i pytania prosimy kierować do redakcji miasta literatów2000