| lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com |

Iwona Szymańska
http://www.najmici.net
34°10.30'N 118°37.51'W
Frytka

 

.

Gringo-panga po Morzu Korteza

Ponad rok planowalismy wyprawe. Moj maz i ja. Chcielismy z wody poznac wschodnie wybrzerze polwyspu Kalifornijskiego - Baja California. Jest to wschodnia krawedz pacyficznej plyty tektonicznej. Ruchy skorupy ziemskiej uniosly te krawedz tworzac pasmo gorskie rownolegle do brzegu. Przez to brzeg jest skalisty i poszarpany. Dwa lata temu w maju i czerwcu, przejechalismy caly polwysep, 3000 mil, ciezarowka i teraz kusilo nas zobaczyc te miejsca od strony Morza Korteza. Odwiedzic poznanych wtedy ludzi i sprawdzic co tez sie u nich zmienilo. Dojsc wreszcie prawdy o koncu sezonu, jako ze opinie w tej kwestii bardzo sie roznily. Cala zime przygotowywalismy lodz, zbieralismy informacje o pogodzie i poszukiwaczach przygod, ktorzy przed nami wybrali sie w te strony. Nie uslyszelismy o nikim, kto by to wczesniej zrobil. Najblizszy naszym sercom jest Brytyjczyk - Graham Mackintosh, ktory wraz z oslem obszedl polwysep na piechote. Zajelo mu to dwa lata, ale przezyl by napisac ksiazke. Jego nasladowca nie byl juz tak szczesliwy, skonczyl w szpitalu. Pod koniec maja bylismy gotowi. Spakowani i pelni entuzjazmu na nowe przygody. Srodkiem naszej lokomocji jest "deck boat". Lodz 26 stop dluga i 8.5 szeroka ze 150-cio konnym silnikiem zaburtowym. Kadlub z zywicy szklanej i poklad tworza jedna hermetyczna calosc. Spod kadlubu tworzy tunel, po srodku ktorego znajduje sie sroba silnika. Po obu stronach tunelu sa plozy, ktore unosza lodz w slizgu. To znacznie zmniejsza opor wody i czyni ja wygodniejsza przy wiekszych falach. Powierzchnia mieszkalna jest prostokat o zewnetrznych wymiarach lodzi. Do niego przymocowane sa liczne kanapy, zlew i kuchenka, mostek kapitanski z wygodnym fotelem. Calosc ta jest okolona trzystopowa barierka z dzwiczkami po kazdej stronie. Jej celem jest ochrona przed rozpryskujaca sie woda. Rufowa czesc lodzi oslonieta jest od slonca brezentowym daszkiem, ktory wytrzymuje wiatry do 60-ciu mil na godzine. Dziobowa czesc lodzi ma pasujacy skladany daszek. Jest zbyt wiotki by z nim plynac. Wzdluz rufy biegnie dwustopowa platforma zaledwie kilka cali nad linia wody. Tu znajduje sie unoszona drabinka. Ochrzcilismy nasza lodz "Couch Potato" ze wzgledu na kanapy, ale przedewszystkim zalezalo nam na nazwie ktora latwo spamietac jako ze sluzy ona do przedstawiania sie przez radio morskie. Jeszcze tylko o slownictwie - Gringo w Meksyku oznacza Amerykanina z USA, w pozostalych krajach latynoskich jest to obcy o jasnej karnacji. Panga natomiast, to wspolczesna wesja indianskiego canoe. Plaskodenna lodz z wlokna szklanego, dwadziescia dwie stopy dluga, cztery szeroka, napedzana 60-cio konnym silniczkiem. Pangista lub pangero to osoba poslugujaca sie te jednostka plywajaca. Palapa jest to dom o drewnianym szkielecie pokryty liscmi palmowymi. Ma szczatkowe sciany, by ulatwic przeplyw powietrza. Redneck - amerykanski bialy robol. Roughneck - robol pol naftowych.

 

Dziennik pokladowy

30 maj 97 (piatek)

W poludnie wyruszamy z domu. Bez kopotow i korkow udaje nam sie wyjechac z doliny Los Angeles. W Calexico, przy granicy, tankujemy ciezarowke do pelna i wymieniamy dolary na pesa. Przekraczamy granice jak po masle. Meksykanscy celnicy zatrzymali nas jedynie zadajac rejestracji lodzi. Sprawdzali ponoc czy nie kradziona. Mexicali, krzywolustrzane miasto po poludniowej stronie granicy przejezdrzamy bez zgrzytow. Zawsze obawiam sie tego miejsca. Sprawia wrazenie, ze zyja tam desperaci, ktorzy tylko czekaja na okazje aby przedostac sie na polnocna strone granicznej siatki. Przez to miasto robi wrazenie tymczasowego, jednego z wielu przystankow na drodze do raju Za dnia przejechalismy tez najbardziej niebezpieczny i ciezki odcinek drogi prowadzacy przez wyschniete slone jezioro, Lagune Salade. Droga prowadzi tu nasypem tak waskim, ze nie ma zupelnie pobocza, a mijajace sie duze pojazdy niemal ocieraja sie o siebie. Grozy dodaja jeszcze przydrozne krzyze, swiadczace o miejscach tragedi. Zaraz za laguna wlaczylismy swiatla. No i zaczely sie problemy. Po pewnym czasie przygasly, az kompletnie zgasly. Zjechalismy wiec jak najszybciej na wypatrzony przez Piotra kawalek zwirowego placyka. Tuz przy aktywnej kopalni zlota, jakies 30 mil przed San Felipe. Stanie nieoswietlonym pojazdem na waskiej drodze prosiloby sie o nieszczescie. Po otwarciu maski okazalo sie, ze nie mamy paska klinowego napedzajacego pradnice, co tlumaczy dlaczego rozladowal sie akumulator. Widze w tym reke naszego przyjaciela z Polski, ktory przed naszym wyjazdem wpadl do Kalifornii by nam ponaciagac paski klinowe w ciezarowce. Na szczescie mamy zapasowy pasek, a i w lodzi sa zapasowe akumulatory nie ma wiec powodow do histerii. Postanawiamy, ze rano zabierzemy sie za naprawe. Zapowiadala sie upojna noc. Ksiezyc zaszedl, a suche, rozgrzne upalnym dniem powietrze nioslo oleisty zapach krezotu. Gdy juz ulozylismy sie do snu, na sygnale podjechala policja. Glowny "Hancho" spytal wcale dobra angielszczyzna, czy nie potrzebujemy pomocy. Przy okazji zwierzyl sie ze swej kariery policyjnej w Mexico City. Byl tam inspektorem. Jesli teraz patroluje jedyna szose do San Felipe to musial dostac karne przeniesienie sluzbowe. Mysle ze za korupcje. Oferowal czesci zamienne, mechanika a nawet eskorte do San Felipe. No jednym slowem obaj policjanci chcieli zarobic. My jednak podziekowalismy. Musieli klac w duchu tych "Cheap scates" gringow ktorzy wszysto maja i zarobic nie dadza. Chcielismy spac i nic wiecej. Wybuchy dynamitu w pobliskiej kopani ukolysaly nas do snu.

 

31 maj 97 ( sobota)

Obudzilismy sie o swicie. Nie zdazylismy wypic kawy, gdy slonce rozswiecilo sie nie na zarty. "Bije w dekiel" zwykla mawiac moja ciotka. Piotr szybko uporal sie z paskiem. Wlozyl naladowany akumulator. Bez problemu zapalil ciezarowke. Juz sie zaczelam cieszyc, ze wszystko poszlo jak z platka. Za wczesnie jednak. Stalismy na dosc miekkim zwirze. Piotr wlaczyl naped na cztery kola i usilowal wyjechac. Cofnac sie nie dalo bo bylo lekkie wzniesienie i w przyczepie wlaczaly sie automatycznie hamulce. Za zadne skarby nie potrafilismy dojsc jak ten patent wylaczyc. Do przodu tez nie mozna bylo, bo teren sie zwezal wiec nie sposob bylo zawrocic. Kilka razy probowal ale tylko ciezarowka sie bardziej zarywala. W koncu cos zgrzytnelo i wysiadl naped na cztery kola. No wiec za narzedzia i pod ciezarowke. Piotr dlubal i dlubal. Cos zgrzytalo i rzezilo, az w koncu udalo mu sie na drut ustawic biegi na 4x4 aby wyjechac. Kilka razy odczepialismy przyczepe i powolutku udalo sie ja obrocic i wyrwac z dolkow. W koncu wyciagnelismy ja na asfalt. Przy tym szarpaniu ciezka przyczepa wysunela z szyny lewa strone zderzaka. Wygladal jakby mial sie lada moment oderwac. No ale ten krotki odcinek do San Felipe da sie dojechac. Do tego i z biegami klopot. Jedziemy na niskim biegu z napedem na cztery kola. Wolniutko wiec jak te zolwie dojechalismy do San Felipe. Rekomendowana rampa znajdowala sie w hotelu "El Cortez". Za spuszczenie licza $10. Okazala sie ona nieuzyteczna I to podczas przyplywu. Na wysokim piaszczystym brzegu kawalek wylanego betonu przysypanego piaskiem. Ni przypial ni przylatal, nawet nie siegal lini wody. Da sie po niej zjechac, lecz nie ma mowy o wyjechaniu. Na szczescie podszedl do nas jeden z obserwujacych nas gringow i powiedzial, ze nieco dalej jest inna rampa, duzo lepsza. Kazda inna musi byc lepsza od tej. Pojechalismy tam. Jej wspolzedne to 31:01',33N i 114:50',00W. Za spuszczenie licza taniej, bo $5 i do tego beton siega gleboko w wode. Ciut waska. Szybko przerzucilismy na lodz wszystkie nasze bagaze i spuszczamy. W tym momencie nadbiegl jakis meksykanczyk i lamana angielszczyzna spytal sie czy mamy pozwolenie. Oczywiscie nie mielismy. Odeslal nas do biura. Poszlam tam po spuszczeniu lodzi. Nikogo nie bylo. Dlugo czekalam, pukalam i lazilam po wszystkich stojacych otworem pomieszczeniach. Po chwili, gdy juz chcialam odejsc zjawil sie ten sam Meksykanczyk i powiedzial, ze to on wydaje pozwolenia. No coz, chcial papierkowa robote. Bylo jej co nieco. Dlugi formularz. Wypisalam wiec wszystkie rubryczki, uiscilam $5 oplaty, postawilam ciezarowke z przyczepa w bezpiecznym, jak mnie zapewnil miejscu (miedzy wysypiskiem smieci a stara rozwalona buda) i odplynelismy. Tak zaczelismy nasza morska czesc przygody. Ruszylismy na poludnie. Okolo pierwszej morze zaczelo sie marszczyc. W przesmyku miedzy skalistym brzegiem i pierwszym pasmem pieciu wysp powial silny wiatr i zmierzwil wode. Rozpryskujaca sie o dziob woda zaczela nam zalewac poklad. Zaczely nam moknac graty. Zapowiadalo sie ze bedzie to wyprawa pelna przygod skoro juz w pierwszy dzien Neptun dal nam do zrozumienia kto tu rzadzi. Mokrzy i spoceni wrazeniami dotarlismy do polnocnej zatoczki przy San Luis Gonzaga. Tu lezy rybacka wioska Papa Fernandez. Od nazwiska patriarchy, malego staruszka ktorego chatke zdobi carno-biale zdjecie sprzed trzydziestu lat. Przedstawia ono, na tle zatoki, dwie stojace obok siebie postacie. Jedna jest on, druga dwukrotnie wyzsza John Wayne w kwiecie wieku. Teraz Papa Fernandez spelnia funkcje reprezentacyjne witajac nielicznych przybyszy, podajac im dlon pozbawiona czterech palcy. Myslelismy ze uda sie nam przedostac na poludniowa strone zatoki, lecz odplyw obnazyl piaszczysta lache laczaca z ladem wyspe Willard. Wrocilismy na pelne morze i oplynelismy wyspe z poludnia. Tu bylismy umowieni z naszym znajomym Peterem Knollem i jego zona Maria. Oni przyjechali ciezka zwirowa droga i byli juz tu przez tydzien. Wlasnie zbierali sie do powrotu. Chcielismy zdarzyc. Bardzo sie ucieszyli, ze jestesmy. Pogadalismy troszke i poszlismy do jedynej restauracji "Alfonsina" (29:47',23N i 114:23',61W). Mielismy opory z kosztowaniem potraw, glownie z powodu balaganu i brudu a przede wszystkim z powodu braku biezacej wody. Jedzenie jednak okazalo sie nie tylko smaczne, ale i nie szkodliwe. Zemsta Montezumy nas nie dopadla. Siedzac na tarasie przy plazy zastala nas noc. Tu napatoczyl sie pijany "redneck" z El Cento. Belkotal cos o lapaniu krabow na "chlor" i smazeniu ryb owinietych w boczek. Gdy uslyszal ze przyplynelismy z San Felipe i plyniemy dalej do Cabo San Lucas naraz wytrzezwial i z szacunkiem okrzyknal nas "thrill seekers". To nam jeszcze raz uzmyslowilo, ze tego jeszcze nikt nie zrobil. Zadna lodz z masowo produkowanych tzw. "Pleasure Crafts" nie ma dosc duzego baku na to by pokonac odleglosci miedzy portami, gdzie mozna kupic paliwo. To nie Stany gdzie benzyna jest co 50 mil. Nasz bak wazy pol tony, gdy wypelnia go 150 galonow paliwa i to starcza przy pelnym obciazeniu na 200 mil. Nastepna przeszkoda jest odleglosc, prawie 1000 mil w jedna strone. Do tego trzeba miec czas, szczescie i zaparcie. Piotr dostal urlop stosujac taktyke, "jesli ty nie potrafisz, to ja podejme decyzje za Ciebie". Przed wyjazdem wreczyl dwa papiery. Jeden podanie o urlop lacznie z bezplatnym, drugi to wymowienie. Do wyboru. Gdy wrocil spozniony do pracy okazalo sie ze mu za caly ten urlop zaplacono i tak jak o chorobie wenerycznej, nikt na ten temat juz slowa nie powiedzial. Szczescie trzeba sobie wydedukowac. Nie nalezy sie pchac na otwarta wode gdy nadchodzi huragan. To dla naszej lodzi smierc, chyba ze akurat bedziemy w dobrze oslonietej zatoce lub porcie. Nalezy sluchac radia i obserwowac niebo. Sezon na tropikalne huragany zaczyna sie w czerwcu i trwa do listopada. Szczegolnie cenny jest "Chubasco Net" na 7,294 MHz low SSB o 7:30 PST. Jest po angielsku, a prowadza go emerytowani HAMowie mieszkajacy nad morzem Korteza. Najcenniesze sa prognozy amerykanskiej marynarki wojennej. Do tego trzeba miec satelitarne polaczenie do internetu. Po ciemku, przyswiecajac sobie szperaczem i latarkami zakotwiczylismy sie w pobliskiej kamienistej zatoczce, gdzie spedzilismy nasza pierwsza noc.

 

1 czerwiec 97 (niedziela)

Obudzilismy sie o swicie na kamieniach. Odplyw byl wiekszy niz przewidywalismy. Na szczescie byly to oble kamienie wielkosci glowy. Lodz wiec nie ucierpiala specjalnie. Nie bylo tez fal wiec ja nie tarlo. Musielismy czekac na przyplyw az podniesie lodz. W tym czasie Piotr umowil sie przez radio na kanale 78 z Danielem Fernandezem. On prowadzi teraz przydrozny sklepik przy koncu pasa startowego. Miedzy innymi dowozi benzyne w beczkach.. Liczy $2 za galon. Tankowalismy ja na piaszczystej plazy. Poszlo sprawnie. Pozegnalismy sie z Knollami i w dalsza droge. Powierzchnia wody byla juz nieco pofaldowana, az w pewnym momencie trafilismy na cztero stopowe fale. Nie dalo sie dalej plynac bez moczenia kanap. Zaczelismy szukac schronienia. Akurat na tym odcinku nie ma wiekszych zacisznych zatok. Przybrzezne gory mienia sie w zachodzacym sloncu czerwienia i zolcia. Tu udalo nam sie wypatrzec osloniete miejsce miedzy skalnymi wystepami, na wysokosci polnocnej czesc Isla Angel de la Guardia. Zatoczke (29:28',61N i 113:52',78W) tworza wyplukane przez wode warstwy miekkiego piaskowca a jej oslone, twardsze pionowe skaly. Dobre miejsce do nurkowania z rurka. Podwodnymi tunelami mozna sie dostac do sasiednich zakoli.. Okazalo sie, ze i rybacy uzywaja tego schronienia. Na ladzie znalezlismy pozbierane drewno, stalowy ruszt, puszki po fasoli i slady ogniska. Skorzystalismy wiec z tej okazji i na kolacje zjedlismy kielbaski z rozna. Poniewaz mielismy juz doswiadczenie z poprzedniej nocy postanowilismy postawic lodz na dlugiej cumie i na wiekszej glebokosci. Mimo to jednak silny wiatr co rusz spychal lodz niebezpiecznie blisko skal. Cala wiec noc przespalismy jak zajace na miedzy, pilnujac czy nie wpadamy na ktorys z bambulcow.

 

2 czerwiec 97 (poniedzielek)

Tuz po swicie wyruszylismy do Bahia de Los Angeles (28:58',23N 113:33',61W). Zauwazylismy, ze rano woda jest najspokojniejsza. Zanim ogrzane skaly na ladzie nie podniosa cisnienia, przepychajac wiatry przez przelecze miedzy gorami. Dla tego mozna trafic na bardzo silne powiewy, tam gdzie tworza sie gleboko wciete zatoki, a uklad gor na polwyspie ogniskuje wiatr. Trzeba teraz wykorzystac chwile ciszy i plynac jak najdalej. Przez pewien czas woda byla jak lustro. Na wysokosci Punty Remedios zerwal sie silny wiatr od ladu. Momentalnie zrobily sie fale. Poniewaz w tym miejscu Morze Korteza sie zweza, wiec chlodna woda z glebi wydobywa sie na powierzchnie. Tworza sie najrozmaitsze wiry, prady i fale stojace. Silny suchy wiatr odrywal krople zimnej wody i ciskal na nas. Bylo nieprzyjemnie i zimno. Poczulismy sie zupelnie jak na Baltyku. Byl to krotki odcinek glebokiej zatoki. Tuz za nia wiatr oslabl. Po godzinie doplynelismy do miejsca przeznaczenia. Tu mielismy sie spotkac z naszym kolejnym znajomym Andrzejem Kubrakiem. Wolajac go przez radio oplynelismy cala zatoke, ale jego ani sladu. Poplynelismy tez do miasteczka po benzyne. Tu te usluge swiadczy Alfredo Diaz, lokalny potentat gospodarczy. Jego dzialalnosc ekonomiczno-gospodarcza wystawia na posmiewisko kazda teorie o "formacji kapitalu". Piotr poszedl go szukac. Nie znalazl, jako ze Alfredo ma juz w nosie caly ten kapital, ale napatoczyl sie inny, o imieniu Rafael Diaz Valencia. Ten chetnie dostarczy nam benzyne, cale 300-ta litrow. Rafaela nie smieszy jeszcze formacja kapitalu. Musi kupic kolejna ciezarowke do wozenia 2 ton benzyny z odleglego o 200 km Guerrero Negro. Umowilismy sie na jutro rano. Poznalismy tu kilku ex-patriotow, najprawdopodobniej emerytowanych policjantow z LA. Wszyscy oni robili wrazenie jakby byli wrogo nastawieni do calego swiata, a tu zostali zeslani za skucie mordy murzynowi. To miejsce slynie z niezwykle wysokiej koncentracji "redneckow". Po poludniowo-wschodniej czesci Bahi de Los Angeles znalezlismy piekna piaszczysta zatoczke z niewielka laguna. Na niej ktos w samym srodku piaszczystej plazy ustawil luksusowy motorowy jacht z lat 40-tych. Teraz jest to wrak, z ktorego co rusz ktos cos wyciaga. Bylismy swiadkami jak podplynela do brzegu lodz z gringami. Podeszli do jachtu i wyrywali deski z kajut. Pewnie na ognisko. Noc byla spokojna. Wyspalismy sie dobrze.

 

3 czerwiec 97 (wtorek)

Znowu rzucilismy kotwice na zbyt plytkiej wodzie. Rano obudzilismy sie na piachu. Czekamy wiec na przyplyw. Nie spieszy nam sie a zatoczka i piaseczek zacheca do kapieli. Gdy woda sie podniosla poplynelismy po benzyne. Znowu tankowalismy benzyne z beczek na plazy. No i dalej w droge do Bahia San Francisqito (28:25',55N i 112:51',98W). Woda zmienna, ale na szczescie zadnych silnych wiatrow. Po drodze w jednej z wiekszych zatok Bahi San Rafael spotykamy kilkanascie kutrow rybackich. Stoja one na kotwicy i czekaja na noc. W malej, dobrze oslonietej zatoczce San Francisqito zastajemy zakotwiczony trajmaran "Sun Shine" z Oregonu. Stoi pusty i czeka na swoj dzien. Sadzac po obrastajacych go glonach czeka juz rok. W zatoce stoja trzy domki. Dwa widac, ze uzywane tylko sporadycznie przez Amerykanow przyjezdzajacych tu moze raz w roku i jeden polozony na wysokiej skarpie, ktory zamieszkuje, nowojorska zydowka - Debbie Lazaro z rodzina. Bylismy tu dwa lata temu podczas naszej samochodowej wyprawy. Wtedy nie zastalismy jej. Teraz ponownie postanowilismy ja odwiedzic i w koncu poznac. Jej obejscie zaskoczylo nas. Takiego smietnika w zyciu nie widzialam. Stare czesci samochodowe, garnki, naczynia, zabawki, szmaty i co kto tylko sobie zamarzy wala sie razem. Niestety gospodyni tego obejscia nie bylo. Przywitaly nas jedynie dwa psy, ktore nie bardzo wiedzialy czy nas wpuszczac na podwoko, czy nie. Ujadaly ale rownoczesnie machaly przyjaznie ogonami. Wrocilismy wiec na nasza lodz zawiedzeni, ze i tym razem nic z tego. Na plazy biwakowala grupa halasliwych gringow - wedkarzy. Czuli sie panami zatoki. Mieli do dyspzycji trzy lodzie, ktore przyciagneli ze soba ze Stanow. Troche ich podziwialismy, bo droga bardzo dluga i ciezka. Jest wiec to nie lada wysilek dotrzec ladem do tej zatoki. Na noc stanelismy przy trajmaranie. Gdy zapadl zmrok uslyszelismy glosne dudnienie silnikow. Ze mgly, ktora w tym czasie spowila zatoke, oswietlone jak choinki wyplywaly widziane przez nas za dnia kutry. Z rozmowy radiowej pijanych kapitanow dowiedzielismy sie, ze beda lowic kalmary. Przylaczyli sie do nich wedkarze z plazy. Zostalismy tylko my. Nas lowienie ryb nie interesuje. Poszlismy wiec spac.

 

4 czerwiec 97 (sroda)

Rano obudzilismy sie mokszy od mgly. Wszystko bylo lepkie i slone. Musielismy zwinac bagaze takie jakie byly. Nie mielismy czasu na to aby wyschly. Pamietajac, ze rano jest najspokojniejsza woda, chcielismy wczesniej wyplynac. Czeka nas dlugi odcinek, bo az do Santa Rosalia okolo 95 mil. Szybko polykamy sniadanie i w droge. Neptun jest bardzo laskawy. Woda gladka, a od czasu do czasu niewielkie fale. Sunelismy wiec szybko (30 mil/h). Jakies dwadziescie mil przed celem na srodku duzej Bahia Trinidad silnik zaczal piszczec. Dawal do zrozumienia, ze sie przegrzewa. Zwolnilismy wiec, ale nic to nie pomaga. Postanowilismy, ze moze chwila odpoczynku pomoze, ale nie. Elektroniczny czujnik brzeczy. Piotr zaczal w nim grzebac. Poruszal zlacza, wymienil swiece. Sprawdzil termostaty i inne czesc. Zeszlo nam na tych pracach cale popoludnie. Wszystko wyglada dobrze, a ciagle piszczy. Zaczelismy sie niepokoic, ze to moze cos powaznego. Posuwalismy sie z predkoscia 3-4 mile/h. Musielismy przed zmierzchem dotrzec do brzegu i znalesc przyzwoite miejsce na kotwicowisko, a bylismy na niemalze srodku zatoki. Okolo 5-tej udalo nam sie dotrzec do ladu. Niestety okazal sie niedostepny. Wulkaniczne pionowe skaly a u ich podnozy olbrzymie ostre bambulce. Nie sposob bylo zostac na noc tym bardziej, ze nigdy nie wiadomo czy nagle nie zerwie sie wiatr i bliskosc takiego wybrzeza moze okazac sie zgubna. Zaczynalismy byc coraz bardziej nerwowi. W pewnym momencie, gdy po raz ktorys Piotr zdjal pokrywe silnika nagle zauwazyl, ze gruszka do pompowania benzyny jest sparciala i calkiem sie zassala. Ulzylo nam. Mielismy zapasowa. Z wymiana uporalismy sie w kilka mimut. Klopoty jak reka ucial, choc jak sie potem okazalo nie to bylo bezposrednim powodem. Ruszylismy z kopyta szukac szybko miejsca na noc. Za weglem, czyli polwyspem Cabo Virgines znalezlismy spokojna oslonieta naturalnym falochronem z wulkanicznych skal, zatoczke. Miejsce to jest uzywane przez rybakow do czyszczenia ryb. Na brzegu pelno bylo rybich szkieletow, smieci i innych odpadow. Jestesmy 8 mil na polnoc od Santa Rosali. Tu zaopatrzymy sie w benzyne i prowiant. Gdy zaszlo slonce, morze zaroilo sie od pang. Doslownie wygladalo jak autostrada w godzinie szczytu. Swiecilo tysiacem lampek palacych sie na lodziach. Widac kto zyw w Santa Rosalii wyruszyl na polow sezonowych ryb. Polnocna droga migracji tunczykow skrzyzowala sie z naszym kursem na poludnie.

 

5 czerwiec 97 (czwartek)

Rano poza pelikanami i mewami przywitaly nas dwa sepy. Krecily sie po plazy dziobiac szkielety rybie. Robily to jednak jakos niemrawo. Pewnie, tak jak ja, nie gustuja w suszi. Kolo 8-mej poplynelismy do portu w Santa Rosalia (27:20',41N i 112:15',94W). Najpierw benzyna a potem lod i pieczywo. Z mapy i przewodnikow wiedzielismy, ze jest tu spory port i marina dla jachtow. Faktycznie byly, ale w oplakanym stanie. Benzyna oczywiscie jest jedynie na stacji benzynowej w miasteczku, a dowoz do lodzi tylko w beczkach. Podplynelismy wiec do mariny i Piotr poszedl aranzowac dowoz. Zagadywal wielu az w koncu trafil na Juana Carlosa, ktory podjal sie tej pracy. Tankowanie odbywalo sie miedzy kutrami rybackimi stojacymi przy wysokim walacym sie nabrzezu. Akurat wrocily one z lowiska i rozladowywaly swoje zdobycze glownie tunczyki, barakudy, dorada, osmiornice i kalmary. Smrod az dusil, tym bardziej, ze slonce juz zdrowo przygrzewalo i stojace na sloncu polowy wydawalo sie, ze lada moment wypelzna ze skrzynek. Z jednej ze skrzynek wystawaly macki osmiornic. Zwisaly bezwladnie, a na nich klebily sie muchy. Stajac w tym smrodzie zbieralo sie na mdlosci. Tankowanie 500 litrow przez waska rurke zajmowalo troche czasu. Mielismy wiec okazje przygladnac sie pracy wokol nas. Wszystko to odbywalo sie jakby w zwolnionym tempie. Nie wiem czy z powodu ciepla czy zaczadzenia smrodem. Obok nas ladowano z kutra ryby do samochodu wypelnionego lodem. Gruby meksykanczyk ruszal sie jak te muchy na osmiornicy. Niesamowicie ospale. Caly port wygladal jakby przezyl jakis kataklizm. Polamane nabrzeza, z wody sterczace betonowe poodlupywane slupy i czesci jakis fundanentow, zatopione wraki, jakies zelazne prety, ni z tego ni z owego sterczaly z wody no i do tego niesamowita ilosc smieci plywajaca po powierzchni. W tym morzu plugastwa tkwi marina na 10-siec jachtow, w ktorej mozna sie zatrzymac za $10 na dobe. Jak nalezy wszystko cale, na nabrzezu nawet woda i prad. Tu nabralismy slodka wode i pogadalismy sobie z niektorymi zeglarzami. Oni tez nie mogli pojac dlaczego stan portu jest tak oplakany, w odpowiedzi wzruszali ramionami. Po nabraniu benzyny Juan zaoferowal sie zawiesc mnie do sklepu na zakupy. Ucieszylam sie. Ulice miasteczka nie odbiegaja od stanu portu. Dawna swietnosc (zalozyli je Francuzi i nawet jest tu kosciol projektowany przez Eiffla) dawno znikla. Teraz to bardzo ruchliwe, rozryte i zakurzone miejsce. Kocie lby w niektorych miejscach zostaly z ulic usuniete i zostala gola ziemia. Wiatr wzbija wiec tumany kurzu. Do tego spory ruch samochodowy. Wszystko wiec klebi sie jak w ukropie, klaksony, glosy ludzi, kurz i slonce mieszaja sie w jedna mase. Do piekarni dotarlismy bez klopotu, ale nie bylo miejsca na zaparkowanie samochodu. Juan stanal wiec na srodku ulicy zupelnie nie zwazajac, ze tamuje ruch. Spokojnie czekal az ja kupie co nalezy. A kupilam swietne pieczywo i ciastka. Zarowno Piotr jak i ja jestesmy lasuchami. Okazji takiej nie mozna bylo pominac. Wypieki sa bardzo podobne do polskich. Z Santa Rosalia poplynelismy dalej na poludnie. Miejscem docelowym dzisiaj - Bahia Concepcion. Wpierw jednak witamy w zatoczce Mulage (26:54',07N i 111:57',33W), palmowej oazie, uroczo polozonej w kanionie Rio Santa Rosalia. Zatrzymujemy sie na posilek w zalewie rzeki . Dwadziescia procent mieszkancow Mulage to emerytowani Gringi. Zycie plynie leniwie jak rzeczka wplywajaca do kanionu. Plytki kanion porosniety jest mangrowcami. W tej gigantycznej wylegarni komarow stoi nadgryziony zebem czasu katamaran. Mieszkaja na niej dwie osoby. Po obu stronach kanionu stoja letniskowe domki, o tej porze szczelnie pozamykane. Czekaja na nowy sezon. U wyjscia z zatoki mijamy trojmaran o intrygujacej nazwie "Pur Que No" - Czemu nie? Od tego miejsca, az po rafe koralowa na poludniu ciagna sie lazurowe zatoczki wypelnione po brzegi ciepla woda. Kilkanascie mil dalej jest wejscie do Zatoki Poczecia. Mieszka tu (26:46',43N i 111:49',11W), na wschodnim brzegu Zatoki Poczecia, poznany przez nas dwa lata temu David Nelson - Amerykanin, ktorego 19 lat temu zafascynowala Baja i postanowil sie tu osiedlic. Podplynelismy do niego aby sprawdzic co u niego slychac. Nie zastalismy go, ale byl pies, a w palapie slady, ze jeszcze tu mieszka. Nakarmilismy psa polska kielbasa i Piotr zostawil wiadomosc, ze jestesmy i jak wroci aby skontaktowal sie z nami na kanale 78. My w tym czasie znalezlismy przystan w jednej z lazurowych zatoczek. Myslelismy, ze nareszcie odsapniemy w tym jak sie wydawalo bezludnym miejscu. Pokapiemy sie na golasa i zrelaksujemy. Ale nie bylo nam to dane. Zjawili sie kajakarze z pobliskiej plazy. Jeden z nich podplynal do nas. Wlazl na lodz, przytroczyl kajak i zaczal nadawac. Okazalo sie, ze jest wspolwlascicielem sklepu ze sprzetem do nurkowania i prowadzi kursy nurkowania w San Diego. Nazywa sie Michael Brochue. Opowiadal nam o swoich wojazach po swiecie i wielu niesmowitych przygodach, z ktorych niektore brzmialy niewiarygodnie. Jak na przyklad to, ze w Australii rekin zlapal go za glowe. Skaleczyl ucho i wbil zeby w czaszke. Dla potwierdzenia, ze to prawda kazal sie obmacywac po glowie gdzie faktycznie byly jakies wgniecenia. Ale te mogly byc spowodowane kurczeniem sie mozgu. Dlugo rozwodzil sie o psychologii ryb i ich charakterach. Twierdzil, ze on potrafi powiedziec, ktora jaki ma nastroj. Jest poza tym klasycznym sprzedawca. Z nami rowniez chcial ubic jakis interes. To proponowal nam kupienie wiekszej ilosci kremu przeciw oparzeniom slonecznym, to znowu gdy sie dowiedzial ze mamy dmuchany ponton, kupienie go za bezcen. Poniewaz my zdecydowanie nie bylismy zainteresowani orzekl, ze jak nic jestesmy na emeryturze. Troche mnie to zdziwilo bo nie przypuszczalam, ze az tak leciwie wygladam, ale Piotr mi wyjasnil, ze tak okresla sie ludzi w roznym wieku, ktorzy nie musza pracowac zarobkowo. Tych, ktorzy maja jakis staly dochod. Od slowa do slowa okazalo sie, ze ma do sprzedania skladana dzide do polowania na ryby. Piotr od dawna taka chcial. Poniewaz zblizaja sie jego imieniny postanowilam kupic mu ja na prezent. Na nastepny dzien umowilismy sie, ze przyplyniemy na plaze i dobijemy interesu. Tuz przed zachodem slonca przez radio odezwal sie David. Umowilismy sie z nim na jutro na wizyte.

 

6 czerwiec 97 (piatek)

Od rana zabralismy sie za prace przy lodzi. Jeszcze przed wyjazdem wysiadla pompa chlodzaca lodowke i pompujaca wode do kranu przy umywalce. Piotr juz nie mial czasu jej naprawic. W dniu wyjazdu przyszla nowa czesc. Naprawa poszla szybko. Dolalismy tez plynu hydraulicznego do kierownicy. Okazalo sie, ze uszczelki sa nieszczelne i lekko wycieka. Po tych niezbednych pracach poplynelismy na plaze do Michalea i po dzide. Kupilismy ja za $40. O okolo $20 taniej niz w sklepie. Wzielismy tez jego i jego troje gosci z Dani na przejazdzke lodzia. Byli zachwyceni. Po rozstaniu sie z nimi poplynelismy do Davida. Zastalismy go z kolega Janem. Weteranem wietnamskim, na stalym dochodzie - rencie kombatanckiej. Dostaje okolo 600 dolarow na miesiac. Prawdziwy gosciu w tym miejscu na kuli ziemskiej. Obaj byli zdrowo pijani. Pamietalismy Davea jako mezczyzne pelnego energi i dowcipu. Tryskajacego radoscia zycia i gotowego na najdziwniejsze wyglupy. To co ujzelismy, az nas zatkalo. Stal przed nami wynedznialy, chudy jak szczapa, slaniajacy sie na nogach starzec. Wygladal jakby zaraz mial pasc i wyzionac ducha. Zdalismy sobie sprawe, ze widzimy alkoholika w ostatnim stadium. Dave akurat wybieral sie w swoja coroczna podroz do Stanow. Musi zdobyc $3000 by przezyc rok w tym raju na ziemi. Chyba zdawal sobie sprawe, ze tym razem moze nie podolac, bo robil wszystko aby nie wyruszyc. Chcial nawet abysmy ublili z nim interes, to jest - dali pieniadze z gory, a on bedzie przyjmowal przyslanych przez nas gosci. Tak naprawde po prostu chcial abysmy finansowali jego picie co zupelnie nie wchodzilo w rachube. Spedzilismy wiec na jalowych dyskusjach caly dzien. Tak dlugo u niego zabalaganilismy, ze nie spostrzeglimy jak morze sie wzburzylo. Musielismy zmagac sie z falami w poszukiwaniu spokojnej zatoczki na noc. W tych okolicach jest ich sporo, pieknych, lazurowych wiec mielismy w czym wybierac. W najwiekszej i najbardziej okazalej zwanej Bahia Buenaventura, Amerykanim Michael George, ozeniony z meksykanka, prowadzi swoj hotel. Zaczal on swoj pobyt na Baja jak wiekszosc gringow od fascynacji otoczeniem. Jedyna mozliwoscia zarobkowego zycia jest tu malzenstwo, wiec znalazl odpowiednia dziewczyne i pozostal. Razem zaczeli od malej budki z hamburgerami, a teraz prowadza hotelik z kilkunastoma pokojami i restauracja. Dokladne przeciwienstwo Davea, i jedyna osoba, ktora przyjedzie 80 mil na druga strone zatoki by pomoc Daveowi gdy mu sie nieszczescie przytrafi. W jednej z zatoczek zostalismy na noc.

 

7 czerwiec 97 (sobota)

W nocy zerwal sie wiatr. Raz wialo z poludnia raz z polnocy. Lodz obracala sie jak zwariowana. Mimo spokojnej zatoczki szarpalo nami zdrowo. Kilka razy w nocy poprawialismy kotwice. Rano niestety obudzilismy sie na piachu. Czekalismy wiec az woda sie podniesie. W pewnym momencie przez radio uslyszelismy wolanie Davida o pomoc. Okazalo sie, ze wysiadl mu akumulator w ciezarowce, ktora przygotowywal do drogi na polnoc. Myslal, ze uda mu sie zapalic samochod na pych, a do tego celu uzyje wzniesienie jakie jest kolo jego domu. Samochod jednak jakims cudem zjechal mu do zatoki i zatrzymal w wodzie. No i oczywiscie nie zapalil. Woda sie podnosi a David nie wie co zrobic, wiec wzywa kazdego kto zyw do pomocy. Prosil kogos z ciezarowka, albo kogos z zapasowym akumulatorem. My na lodzi mamy dwa. Jeden mozna uzyc do zapalenia jego ciezarowki. Piotr wiec odpowiedzial mu, ze oczywiscie, gdy tylko woda bedzie pod kilem to ruszymy do niego. Ironia jednak bylo to, ze woda dla nas to zbawienie a dla niego wprost przeciwnie. Na szczecie nie czekalismy dlugo, bo z pobliskiej plazy przyszlo dwoch mezczyzn i zaoferowali pomoc w zepchnieciu lodzi. Jeden z nich, o imieniu Fernando - kolejny ex-patriota, okazalo sie, ze zna Davida. Pogadal wiec z nim przez nasze radio i tym bardziej przylozyl sie aby nas uwolnic z piachu. Gdy doplynelismy do Davida samochod stal juz po drzwi w wodzie. Dave i jego koles weteran byli zas pijani w sztok i zupelnie nie radzili sobie z sytuacja. Piotr i ja zabralismy sie za przekladanie akumulatora. Samochod zastartowal, ale kamienie na ktorych stal byly tak duze i slizkie, ze tylko kola buksowaly. Jedyna rada to poczekac teraz na odplyw i usunac co wieksze kamienie, a reszte drogi wyrownac. My jednak nie moglismy czekac, na domiar David poszedl sie polozyc i napic piwka. Doszlismy do wniosku, ze w takim razie na nas pora. Pozegnalismy sie i w dalsza droge. Mielismy jeszcze do przeplyniecia z 80 mil, a wiatr zaczynal sie znowu zrywac. Droga byla bardzo ciezka. Wial poludniowy wiatr swiadczacy o narastajacej na rowniku tropikalnej depresji. W pewnym momencie morze rozszalalo sie zdrowo i kilka razy woda wdarla sie na poklad moczac oczywiscie wszystko. Dotarlismy jednak na wyspe Coronado (26:07',10N i 111:17',19W), pietnascie mil na polnoc od Loreto. Duze piaszczyste zatoki, kilka jachtow zaglowych dyskretnie zakotwiczonych na glebszej wodzie zdala od brzegu. Mial to byc nasz cel na dzien dzisiejszy. Juz zaczelam wyciagac bety aby wyschly, gdy nagle w radiu uslyszelismy wolanie naszego znajomego Krzyska Rygielskiego. Umowilismy sie z nim na jutro w Puerto Escondido - trzydziesci mil na poludnie. On jednak zjawil sie wczesniej i probowal sie z nami skontaktowac. Mial szczescie ze mielismy wlaczone radio CB. Poplynelismy wiec w umowione miejsce by go zabrac. Wiatr poza cicha zatoczka szalal. Byl tak silny, ze wyrwal zanitowana klamre przytrzymujaca pasek do daszka, a rozchustana woda po raz ktorys tego dnia zalala poklad. Puerto Escondido (25:48',73N i 111:18',61W) jest wspaniale oslonieta zatoczka. Przed nia jest inna zatoka zwana "poczekalnia". Tu kotwicza jachty dla ktorych zabraklo miejsca wewnatrz. Calosc jest okolona imponujacymi gorami Sierra de la Giganta. Krzysiek czekal na betonowej keji i gdy tylko nas zobaczyl zaczal machac radosnie na powitanie. Wysokie nabrzeze bylo w stanie rozkladu, tak jak w wielu innych miejscach i nie nadawalo sie do bezpieczniego przybicia. Znalezlismy jednak kawalek plywajacego pomostu, ktory od biedy moglismy uzyc. Byl na tym smieciu napis "Private". Niby wiec nie dla nas, ale nie mielismy wyjscia. Musielismy zabrac Krzyska i jego graty. Bylo tego sporo gdyz przywiozl on pozyczony przez Piotra kompresor Gunnara. Jest to urzadzenie do napelniania butli do nurkowania. Ladowanie szlo szybko i sprawnie, az do momentu w ktorym jak spod ziemi zjawil sie facet na mopedzie. Zwrocil on nam uwage, ze to prywatna wlasnosc i mamy natychmiast odplynac. Na nasza riposte, ze niby gdzie indziej mamy sie zapakowac cos pomruczal pod nosem i odjechal. Jak sie potem okazalo mopedzista nazywa sie Phil, a dwa lata temu te marine kupila francuska firma, ktora zbankrutowala po dewaluacji pesa. Teraz kwestja wlasnosci jest w zawieszeniu. Wszystko wiec niszczeje. My zakonczylismy ladowanie bambetli i poplynelismy na wyspe Carmen, do kolejnej lazurowej zatoczki. Polozona jest ona na poludniowo-zachodniej czesci wyspy, tuz przy Punta Arena. Poza nami staly tu juz na noc trzy jachty. Wieczorem wiatr ustal zupelnie. Noc byla spokojna i dobrze wypoczelismy po ciezkim dniu.

 

8 czerwiec 97 (niedziela)

Postanowilismy w tej zatoczce zostac caly ranek. Klasyczne nierobstwo i leniuchowanie. Woda jak tafla i cieplusienka. Pelna niesamowitego zycia. Wypelnialismy czas plywaniem i pogaduszkami. Piotr i Krzysiek nurkowali. Bogate podwodne zycie. Tak duzo najrozmaitrzych stworow, ze nawet nie trzeba zchodzic pod powierzchnie wody. Ja z lodzi tez widzialam. Krzys opowiadal nam o poznanej wczoraj nowej znajomej. Ten to ma dar do znajomosci! Gdzie sie nie zjawi to jakas sie do niego przyczepi. Tym razem bylo podobnie. Czekajac na nas zagadal siedzaca samotnie w samochodzie kobiete. Okazalo sie, ze mieszka z mezem w Loreto. Jej maz, trudniacy sie rozprowadzanie pornografii, jest akurat w Stanach. Porno jest w Meksyku nielegalne choc telewizja az sie skrzy od nagosci. Ona natomiast jest sama i znudzona. Pozwolila Krzyskowi skorzystac z jej radia CB. Dala mu numer telefonu z prosba o kontakt i umilenie czasu podczas nieobecnosci malzonka. Gdyby nie my to pewnie Krzysiek skorzystal by z zaproszenia. Na noc postanowilismy przeniesc sie w inne miejsce. Wybralismy mala lazurowa zatoczke na poludniowym cyplu wyspy. Poniewaz jest mala, bylismy w niej sami. Bylo kameralnie, na plazy rozpalilismy ogien i rozstawili rozen na pieczyste.. W nocy, jak juz wielokrotnie sie zdarzalo, zerwal sie wiatr i znowu cala zabawa z kotwicami sie zaczela. Kilka razy w nocy przesuwalismy je i sprawdzalismy czy nie siedzimy na kamulcach.

 

9 czerwiec 97 (poniedzialek)

Rano zaraz po sniadaniu Piotr i Krzysiek zeszli pod wode. Nazbierali najrozmaitrze muszle, korale i rozgwiazdy. Niektore piekne. Ja mam juz ich cala mase, wszystkie wiec zabierze Krzysiek. Pochwali sie zdobyczami. Postanowilismy tez, ze dzisiaj zaopatrzymy sie w benzyne po ktora poplynelismy do portu w Loreto (26:00',89N i 111:20',40W). Znowu ten sam problem. Benzyne trzeba organizowac. W porcie, ktory jest malutki i kamienisty nie ma dystrybutora. Rybacy do swoich pang przywoza ja indywidualnie w beczkach. Trzeba wiec bylo ktoregos zagadac, czy nie chcialby zarobic i przywiesc tez dla nas 400-tu litrow benzyny. Podplynelismy wiec do prymitywnej i lekko juz zdewastowanej rampy. Przy niej stala grupa meksykanczykow. Piotr zagadal ich i jeden zdecydowal sie przywiesc nam benzyne. Po tej czynnosci przymocowalismy lodz miedzy pangami i poszlismy zwiedzac miasto. Chcialam tez kupic jakies zarelko. Miasteczko sprawia wrazenie sennego i opuszczonego. Wzdluz morza ciagnie sie bulwar z palmami i domami w kolonialnym stylu. Tu rowniez widac, ze swietnosc komunalnych inwestycji juz minela. Betonowe laweczki zniszczone. Co pewien czas dziury w chodniku. Palmy tez jakies takie marne. W samym miesteczku kilka sklepikow dla turystow. Stara (najstarsza w calej Kaliforni, zbudowana w 1697 roku) misja, ktora tez widziala lepsze czasy i przylegajace do niej muzeum. Wszystko to jakies senne. Tak lazac w upale oczywiscie poszlismy na lody. Pychota, rozne smaki. Objedlismy sie na zapas. Kupilismy tez pieczywo w piekarni - Panaderia. Jest o niebo lepsze od amerykanskiego puchatego. Tak objuczeni i napchani wrocilismy na lodz. W drodze na wyspe silnik znowu zaczyna swoja spiewke. Piszczy jak zwariowany. Daje nam znac, ze benzyna znowu brudna i ze zapchal sie filter. Byly tam nie tylko jakies paprochy, ale niezidentyfikowana maz zakleila wszystko. Benzyna w Meksyku to naprawde utrapienie. Nie tylko, ze trzeba ja zdobywac i ciagnac w beczkach ze stacji benzynowej z regoly polozonej daleko od wody ale i jest zanieczyszczona. Szybko wiec przemylismy filter i ruszylismy dalej. Tym razem na polnocna czesc wyspy. Stanelismy w zatoczce Puerto Ballandra (26:00',94N i 111:09',91W). Zauwazylismy tez, ze na brzegu ustawione sa jakies tablice. Wyszlismy wiec na brzeg by sprawdzic co to takiego. Okazalo sie, ze wyspa jest prywatna wlasnoscia i nowy wlasciciel postanowil chronic przyrode przez zakaz wstepu. Plaze nadal sa publiczna wlasnoscia. Napisy oczywiscie tylko po angielsku jedynie dla gringow, bo wiadomo ze meksykanski obywatel i tak ma je w nosie. Po zachodzie slonca woda ozyla. Akurat rozmnozyl sie jakis plankton. Cala wiec swiecila. Co rusz wybuchaly w niej fajerwerki. Siedzielismy i podziwialismy te cuda natury.

 

10 czerwiec 97 (wtorek)

Ranek cudowny. Prawdziwy raj na ziemi. Kawa z pysznymi ciastkami na sniadanko, a pozniej moczenie sie w cieplutkiej wodzie. Coz wiecej trzeba! Po tym relaksowym ranku poplynelismy na zwiedzanie wyspy. Oplywalismy ja od polnocy. Okazalo sie, ze wlasnie na polnocnej jej czesci jest najladniej. Masa zatoczek i grot, bujne zycie morskie. W jednej z nich napotkalismy duze stado delfinow. Doslownie setki, wykorzystywaly fale jaka nasza lodz pozostawia do powietrznych akrobacji. Wywijaly piruety lepsze niz te tresowane w Sea World w San Diego. Po chwili stado nas dogonilo. Czulismy sie jak w ich zaprzegu z dziesiec przed lodzia cialo przy ciele. Niesamowite wrazenie. W nastepnej z kolei kolonia mew z mlodymi. Rejwach nie do opisania. Nieustanie toczyly o cos spory przypominajac przekupy na targu. Dalej trafilismy na skalny wystep opanowany przez lwy morskie. Odwiedzilismy tez najwieksza na wyspie zatoke Bahia Salinas. Z mapy wynikalo, ze jest tam porzucone miasteczko i dobre kotwicowisko. Jest tam tez pas do ladowania na male samoloty. Na nim wlasnie ma wyladowac nasz kolejny gosc - Mike Heinrich ze swoja dziewczyna - Nancy, ktorzy maja sie z nami spotkac 22- go czerwca. Obiecalismy mu, ze sprawdzimy stan pasa startowego i ewentualnie damy znac o jego stanie. Niestety nie moglismy tego zrobic. Po podplynieciu do brzegu powital nas Meksykanczyk z psem, ktory podprowadzil do pieknego nowego budynku stojacego nieopodal opuszczonego miasteczka. Tam jego szef poinformowal nas, ze cala wyspa jest teraz prywatna i nalezy do Vitro Corporation z siedziba w Monterey, Mx., a on nie jest upowazniony do wydawania pozwolen na ladowanie. Nalezy sie zwrocic do Dr. Sergio Jimeneza Lezamy e-mail, tel. 91(8) 329-1429. Z te firma zwiazany jest brat prezydenta Salinas, Raul, ktory od dwoch lat siedzi w wiezieniu za korupcje. Ta firma produkuje tez polskie szklo artystyczne, do obejrzenia na www. Zjedlismy wiec lunch na lodzi, obserwowani uwaznie przez straznikow. Siedzac tak podziwialismy dawna swietnosc miasteczka. Jeszcze w 1978 mieszkalo tu kilkaset ludzi. Wydobywali sol. Teraz pozostaly tylko ruiny budynkow, szkoly, portu i nabrzezy, a w wodzie zatopione barki do przewozu soli. Niebezpieczne dla zeglugi, bo oczywiscie nie oznaczone. Odplynelismy z kwitkiem. Wyglada na to ze w nowym duchu prywatyzacji, ktos sobie zachapal piekna wyspe pod pretekstem ochrony natury. Nastepnego dnia w miejskim ratuszu dowiedzielismy sie ze laduja tu samoloty pomijajac kontrole wiezy na lotnisku w Loreto. Rok pozniej dowiedzielismy sie od Dona Crolla, biologa z uniwersytetu Santa Cruz, ze kacykowie Vitro Corp. urzadzaja sobie teraz polowania na wielkorozne owce (big horn sheep) ktore ponoc otoczyli opieka. To sa nowi wlasciciele spolecznej ziemi. Emiliano Zapata i Pancho Villa musza sie teraz przewracac w grobach dzwoniac przy tym tasmami naboi ktorych nie zdazyli wystrzelac w walce o spoleczna sprawiedliwosc. Wszystko co po nich pozostalo to ich wasate podobizny, zdobiace sciany tanich barow. No jeszcze pozostaly rewolucyjne nazwy partii politycznych, ktore teraz maja patent na grabiez. Mike bedzie musial ladowac na miedzynarodowym lotnisku w Loreto. Noc spedzilismy w zatoczce kolo Punta Arena. Byla spokojna, ale niesamowicie wilgotna. Po zachodzie slonca opadla rosa, wszystko momentalnie zrobilo sie mokre. Dosyc nieprzyjemne do spania. Na szczescie cieplo, wiec do przezycia.

 

11 czerwiec 97 (sroda)

Dzis wraca Krzysiek. Odwiezlismy go do Puerto Escondido. Sprawnie przeladowalismy jego rzeczy i on ladem, a my woda pojechalismy do Loreto. My po benzyne i nowe zakupy a on aby jeszcze raz pobyc chwile z nami. Znowu powtorzyla sie rutyna z szukaniem kogos kto przywiezie nam benzyne. Ja zostalam na lodzi a oni pojechali. Wstapili tez do informacji turystycznej, mieszczacej sie w ratuszu, aby dowiedziec sie jak to jest z te wyspa Carmen i pozwoleniami na wejscie czy ladowanie na niej. Okazalo sie, ze faktycznie dwa lata temu zostala sprzedana i nowi wlasciciele nikogo tam nie wpuszczaja. Miejscowe wladze czuja sie wiec pominiete i oszukane. Piotr i Krzysiek po zaspokojeniu ciekawosci poszli na stacje benzynowa. Znalezli tam w koncu gotowego do przywiezienia nam tej benzyny. Nazywa sie Armando i calkiem niezle mowi po angielsku. Wynikl jednak kolejny problem. Wylaczyli prad. Pompy nieczynne, a jak dlugo to potrwa oczywiscie nikt nie wie. Trzeba czekac. Czekajac ucieli sobie pogaduszke z Armando. Pracowal on przez kilka lat w malym kramie w Los Angeles, u Wlochow. Zarobil troche pieniedzy i osiadl w Loreto. Przymierzal sie do Puerto Vallarta, lecz tam jest za drogo na to co on zaoszczedzil. Tu kupil chlodnie i kuter rybacki o wdziecznej nazwie Perla II. Zbudowal dom i stal sie wazna osoba w miasteczku. Zatrudnia rybakow na tydzien polowow, zamraza zlowione ryby i wywozi je na polnoc do Stanow. Ulgi celne ktore sa czescia umowy "NAFTA" jemu pomogly. Innym nie szczegolnie. Na pytanie na kogo bedzie glosowal za dwa tygodnie opowiedzial ze na bylego burmistrza z PRI, bo w przeciwienstwie do obecnego obiecuje dostawe pradu, koniecznego do mrozenia ryb. Po nabraniu benzyny pozegnalismy sie z Krzyskiem. On do domu na polnoc, my na poludnie do 'East Cape'. Morze znowu sie rozchustalo. Zalewani woda doplynelismy do najblizszej zatoczki na wyspie Carmen. Stalo juz tam kilka lodzi. Kolo 6-tej mimo moich protestow Piotr zdecydowal sie plynac w inne miejsce. Uznal, ze doplyniemy do Agua Verde. GPS wskazywal, ze jest odlegly o 20 mil czyli okolo godziny plyniecia. Jest przed zmrokiem, wiec powinnismy zdazyc. Niestety nie udalo sie. Wiatr zarwal sie tak duzy, ze fale zrobily sie 5-cio stopowe. Woda wlewala sie na poklad. Do tego slonce zaszlo i zaczelo robic sie ciemno i niewesolo. Na dokladke i silnik znowu piszczal sygnalizujac, ze zatkal sie paprochami z benzyny. Trzeba wiec bylo stanac na rozszalalych falach i czyscic filter. Gdy tylko wylaczylismy silnik, oczywiscie woda wlala sie na poklad. Juz nie myslelismy o doplynieciu do Agua Verde, a o jakiejkolwiek w miare oslonietej zatoczce. Zaczynalo robic sie juz ciemno. Przy resztkach swiatla dotarlismy do niewielkiej zatoczki. Tu mocno zakotwiczylismy lodz. Wiatr od ladu wzmagal sie. Szarpalo nami niemilosiernie. Do tego wiatr stal sie nagle lodowaty, jakby chcial nam dodatkowo dolozyc. I tym razem zrywalismy sie w nocy by sprawdzalismy czy nie zdryfowalismy na otwarte morze, lub czy za chwile nie rzuci nami o skaly. Allah ma nas w opiece, kotwice trzymaly mocno.

 

12 czerwiec 97 (czwartek)

Rano wyruszylismy do naszego wczorajszego celu. Dotarlismy do Bahia Agua Verde (25:31',23N i 111:04',61W) dosc szybko. Bylismy od niej niedaleko. Okazala sie to piekna, duza zatoka, w ktorej stalo sporo zaglowek. Postanowilismy tu odpoczac. Piotr oczywiscie momentalinie zlazl pod wode. Byla w niej cala masa ryb. Kolorowe jak w akwarium. Wiekszosc to ryby rafowe. Im bardziej kolorowe tym mniej jadalne. Wyprobowal zarazem swoj imieninowy prezent i stwierdzil, ze dzida jest dobra. Zlapal na nia rybe, nazywana przez nas stolowa. Jest ona 40-to centymetrowa, podluzna, walcowata, z luskami, zoltym ogonie i podluznym szlaczku. Ryba byla tylko dla mnie, bo sam nie przepada. Ja usmazylam ja od razu. Calkiem niezla. Na noc zakotwiczylismy w jednej z wielu bocznych zatoczek przy Agua Verde. Tu poza rybami byly morskie zolwie. Piotr na plazy znalazl skorupe jednego. Chcialam zabrac ja jako trofeum, ale byla za duza i byly w niej jeszcze szczatki wlasciciela, odstapilam od zamiaru. Wieczorem do zatoki przyplyneli rybacy. Rozlozyli sieci i znikneli. Pewnie rano wroca i zabiora polow. W nocy znowu wieje. Ja przy wietrze nie moge spac. Jestem jakas zdenerwowana. Dla Piotra nie ma znaczenia. Moze spac podczas huraganu.

 

13 czerwiec 97 (piatek)

Dzisiaj Neptun znowu nie w humorze. Nadal wieje z poludnia. Z pogaduszek na morskim radiu dowiadujemy sie o rozwijajacej sie tropikalnej depresji na zachod od Puerto Vallarta. Oby nie zamienila sie w huragan. Morze rozchustane, wiatr 25 wezlow i spore fale. Trudno plywac. My jednak postanowilismy doplynac do Isla San Jose do poludniowej zatoki Bahia Amortajada. Udalo nam sie bez mokrego pokladu. Piotr doszedl juz do takiej wprawy w plywaniu po falach, ze mimo 4-ro stopowych fal nie zamacza pokladu. Jest to dla mnie wazne poniewaz caly poklad pokryty jest zielona wykladzina dywanowa. Gdy zamoknie, zajmie nam caly dzien by wysechl. Poza tym zakwitnie na nim kolejna warstwa bialej soli. W zatoce stoi kilka jachtow w tym dwa spore pasazerskie motorowe tzw. "cruzy". Caly czas maja one wlaczone silniki i generatory dostarczajace pasazerom klimatyzacji i innych "niezbednych" luksusow. Mrucza wiec caly czas donosnie. Na szczescie nie musimy kotwiczyc miedzy nimi. Dzieki temu, ze mamy male zanuzenie wplywamy do mangrowej zatoki a z niej do laguny. Jest ona dosyc plytka i piaszczysta. Miejscami wychodzimy z lodzi i przepychamy ja ocierajac dnem o piach. Wsrod mangrowcow prowadzi jakby kanal. Nim to wlasnie dostalismy sie do laguny na druga strone wyspy. Towarzyszylo nam kilka pontonow ze stojacych w zatoce jachtow. Tez chca zobaczyc ten raj ptakow. Na mangrowcach jest ich cala masa, glownie fregat. Tysiacami siedza na galeziach i czekaja na zachod slonca aby rozpoczac polowanie na sardynki. Laguna okazala sie wspaniale cichym miejscem. Od wzbuzonego morza oddzielal nas waski pas usypanych przez sztormy kamieni. Przy wysokiej wodzie przelewaja sie przez nie fale. Od strony laguny woda jest jednak idealnie gladka. Jak lustro. Tylko szum fal rozbijajacych sie o kamienny falochron przypomina, ze poza nasza przystania szaleje morze. Mangrowce sa domem nie tylko dla fregat ale i niestety najrozmaitych insektow. Nie moglismy wiec ustawic lodzi w kompletnym wietrznym zaciszu. Gdy probowalismy, chmara komarow i mikroskopijnych muszek zwanych przez tubylczych gringow - "noseeums", odwyczula nas i z rzucila sie na swieze jedzonko. Natychmiast wiec przesunelismy lodz na bardziej otwarty teren, gdzie wiatr z morza odganial biesiadnikow. Spodziewalismy sie, ze noc bedzie spokojna. No ale nie stalo sie tak. Nadeszla tropikalna burza. Zaczelo silniej wiac, blyskac i grzmiec. Spektakularne pioruny rozswietlaly niebo. Spodziewalismy sie ze lada moment lunie jak z cebra. Ale nie, spadlo jedynie kilka olbrzymich kropel i po wszystkim. Nawet nie specjalnie nas zmoczylo. Jedynie przerwalo nasz sen i zmusilo do pilnowania czy oby wiatr nie zrywa kotwicy. Nie chcielismy obudzic sie w mangrowach w towarzystwie komarow i innych owadow.

 

14 czerwiec 97 (sobota)

Niebo zasnute gestymi chmurami. Morze wzburzone z grzywaczami. Sluchamy wiec pogaduszek zeglarzy z zatoki przez morskie radio. Niektorzy juz czekaja na spokojna pogode przez tydzien. Ludzie opowiadaja o nieprzespanej nocy i nieustannym pilnowaniu kotwic. Nikt jednak nie ucierpial. Z rozmow dowiadujemy sie o 72-dwu letnim zeglarzu ktory o tej porze roku postanowil samotnie wrocic do Stanow. Wyruszal z La Paz w 1200 milowa podroz pod prad i pod wiatr. Pacyfikiem na polnoc, wzdluz zachodniego wybrzeza Baja. O tej porze mogl sie juz spodziewac huraganow. Gdy zaprzyjaznieni zeglarze odradzali mu tego planu, jako ze zbyt meczacy i niebezpieczny, stauszek sie uniosl i odpalil:
- Czegoz to tak nieprzewidzianego ja sie mam obawiac? zawolal
- Ze umre? - zapytal ze zdziwieniem.
Poza nami w lagunie jest para orlow morskich. Siedza na gniezdzie zbudowanym na szczycie samotnego mangrowca. Przy wysokiej wodzie gniazdo wydaje sie byc na zielonej malutkiej wysepce. Zbudowane jest solidnie z grubych galezi, resztek lin i plastikowych workow. Widac orly uznaly, ze ludzkie smieci nadaja sie do konstrukcji gniazd. Kolo 4-tej wiatr lekko zelzal i postanowilismy przeniesc sie na sasiednia wyspe San Francisco. Szybko wiec spakowalismy sie i w droge. Miedzy Isla San Jose a San Francisco jest wysepka Coyote. To spory glaz sterczacy z wody, a na niej wioska rybacka skladajaca sie z kilku domkow przylepionych do stromego kamienia i kaplicy na samym czubku. Zastanawialo nas jak do niej dostaja sie jej mieszkancy. Przy duzych falach dobicie do jej brzegow musi byc nie lada wyczynem. Dlaczego tam, przecie maja obok calkiem spore wyspy? Co to znaczy byc Niepodzielnym Panem Kamienia? Ilez to wysilku musialo ich kosztowac by przywiezc pangami materialy budowlane? Obiecalismy sobie, ze w drodze powrotnej ogladniemy ja dokladnie. Teraz morze jest zbyt wzburzone. Opryskiwani falami dotarlismy do jednej ze wschodnich zatoczek (24:48',98N i 110:33,98W). Okazala sie miec kamieniste dno i piaszczysty brzeg. Wieczorem wiatr ustal i noc byla upojna.

 

15 czerwiec 97 (niedziela)

Kolejny wietrzny dzien. Juz mielismy nadzieje, ze sie uspokoi i bedziemy mogli poplynac do La Paz. Zostalo nam tylko 50 mil. Dla nas przy bezpiecznej predkosci to niecale dwie godziny plyniecia. Fale jednak za duze. Musimy czekac. W miedzyczasie zrobilismy sobie wycieczke po wyspie. Postanowilismy przejsc na druga strone. Na jej srodku trafilismy na slona sucha lagune. Widac slady, ze kiedys odparowywano tu sol. Sa jakby zbiorniki-osadniki. Wszystko to jednak porzucone. Po przeciwnej stronie wyspy jest druga zatoczka. Duzo wieksza, piaszczysta i lepiej oslonieta od wiatru. Postanowilismy sie tam przeniesc. Nawet przy duzych falach doplyniemy na malym gazie. Jest bardzo blisko. Po powrocie ze spaceru spakowalismy sie i w droge. Gdy wyplynelismy spoza oslony zatoczki okazalo sie, ze fale wprawdzie duze, ale nie tragiczne i da sie plynac. Zdecydowalismy, ze plyniemy do La Paz. Jesli zrobi sie zle, to po drodze schowamy sie do ktorejs z zatoczek na Isla del Espiritu Santo. Wiatr jednak nam sprzyjal i po pewnym czasie ustal zupelnie. Doplynelismy do La Paz po gladkiej jak lustro wodzie. Postanowilismy sie nawet poscigac z noworyszowskim jachtem motorowym jakze trafnie nazwanym "Perfect". Wyscig wygralismy, lecz nie potrafilismy mu dorownac wystrojem wnetrza. W "State Room", czyli reprezentacyjnym pomieszczeniu towarzyskim na pierwszym pokadzie, szczodrze wylozonym lustrmi, by goscie nie mieli watpliwosci ze sa w wlasciwym towarzystwie, na scianie nad barem, krolowal pastikowy marlin. To po to by wiedzieli ze sa nad morzem a nie nad basenem u swoich sasiadow na ladzie. Yacht skrecil na wschod do komercyjnetgo portu gdzie sa dystryburory z dieslem. My poplynelismy od razu do zaulku portu przeznaczonego dla tubylcow. Po to by zaaranzowac dowoz benzyny. Pozostawilismy po drodze marine pelna jachtow zaglowych i motorowych. Ja chcialam tam sprawdzic czy przypatkiem nie ma dystrybutora, ale Piotr doszedl do wniosku, ze raczej nie bedzie. Przycumowalismy lodz jak zawsze miedzy pangami i Piotr poszedl na poszukiwanie benzyny. Chyba z godzine go nie bylo. Po powrocie opowiedzial mi ze spotkal jednego ni to policjanta ni straznika przywdzianego w mundur pelen blyszczacych odznak i insygni. Obiecal on, ze jutro o 8-mej rano przywiezie nam benzyne. Dzisiaj przeciez niedziela. Piotr znalazl tez lodziarnie, tuz na przymorskim deptaku. Podplynelismy wiec na plaze i ja wyskoczylam po lody. Smakowaly jak nigdy. Na redzie w La Paz (24:09',21N i 110:19',63W) stalo sporo jachtow, wiec i my rzucilismy kotwice. Jedlismy lody i obserwowalismy tarlo na deptaku. Waskim bulwarem, w obie strony ciagnely samochody z ktorych wydobywala sie glosna latynoska muzyka. Co raz to popiskiwaly oponami. To znaczylo - popatrz co ja potrafie. Glownie dzieciaki. W Stanach to czynnosc nazywa sie "cruising" i sluzy temu samemu celowi. Podziwialismy jak 300-tysieczne miasto radzi sobie z brakiem wody. Wiekszosc tego zyciodajnego plynu bierze sie ze "wstecznej osmozy". To drogi proces, na ktory tak na prawde stac tylko Kuwejt. Przygladalismy sie jak zawartosc innych jachtow przygotowuje sie by pojsc do miasta na kolacje, rozrywke lub spacer. Najczesciej jeden baczek ktory pozostawiali na miejskiej plazy zabieral pasazerow z kilku lodzi. Wiatr zaczal sie zrywac i musielismy poszukac spokojniejszego miejsca. Chociaz troche oslonietego od wiatru i fal. Poplynelismy wiec do Ensenady de La Paz, dosc plytkiej duzej zatoki. Liczylismy, ze polwysep El Mogote osloni nas. Faktycznie bylo ciut spokojniej. W nocy jednak zaczal sie odplyw wiec kilka razy musielismy przesuwac lodz aby nie osiadla na mieliznie. Rano przeciez bylismy umowieni po benzyne. W nocy wialo strasznie i ku naszemu zaskoczeniu lodowato. Mialam wrazenie, ze z bieguna. Ubralismy na siebie wszystko co mielismy. Wlezlismy w spiwory i owinelismy sie jeszcze kocami. Nie pomoglo to wiele. Do tego wszystko bylo wilgotno co jeszcze bardziej potegowalo ziab.

 

16 czerwiec 97 (poniedzialek)

Obudzilismy sie zziebnieci i pokryci rosa. Naprawde jestesmy zaskoczeni. Zamiast cieplej to zimniej. Okazuje sie, ze czym dalej na poludnie tym zimniej. Diabli wiedza dlaczego. O 8-mej spotkalismy sie na plazy z Jose. Tym razem byl po cywilnemu. Widac nie wypadalo urzedowej osobie wozic benzyne w beczkach. Piotr razem z nim pojechal po benzyne, a ja jak zwykle zostalam na lodzi. Obserwowalam jak kilku meksykanczykow starannie grabilo plaze z wyrzuconych w nocy zielsk morskich. Przygotowywali ja dla turustow, glownie amerykanskich. Tankowanie jak zwykle z beczki przez rurke, ktora Jose, jaki i inni zreszta, zasysaja lykajac troche benzyny. Po tej czynnosci przycumowalismy lodz na plazy i zamierzalismy pojsc do miasta. Wowczas podeszlo dwoch meksykanczykow. Jeden elegancko na bialo ubrany urzednik portowy a drugi tlumacz. Urzedas spytal sie czy zalatwilismy juz wszystkie formalnosci w emigracji. Na nasze zdziwione miny stwierdzil, ze bez tego to nie mozemy wyjsc na lad. Piotr odpowiedzial mu na to, ze juz te formalnoci zrobilismy duzo wczesniej w Mexicali, gdzie ladem przekraczalismy granice suwerennych krajow i ze nigdy nie opuscilismy 12 milowego pasa meksykanskich wod terytorialnych. Nie wiem jak to sie mierzy jako ze nie raz, przecinajac glebokie zatoki, mielismy ze 30-ci mil do brzegu. Teraz z kolei urzednik sie zdziwil i nie mogl uwierzyc, ze my spuscilismy lodz w San Felipe i morzem doplynelismy az do La Paz, cale 800 mil. Z uznaniem pokiwal glowa twierdzajac, ze o czyms takim jeszcze nie slyszal. Aby jednak zachowac powage zarzadal rejestracje lodzi. Dalam mu wiec koperte. Wyciagnal papierek, popatrzyl na niego i oddal. Zyczyl nam milego pobytu w miescie i zniknal.Dopiero gdy sobie poszli zagladnelam do kopery i okazalo sie, ze byla tam jedynie rejestracja przyczepy, ktora stoi w San Felipe. Rejestracji lodzi brak. Domyslam sie, ze na granicy celnik meksykanski nam ja podwedzil. Pewnie aby przewiesc jakas kradziona lodz. No trudno. W domu trzeba bedzie zrobic kopie. Po tych drobnych formalnosciach nareszcie ruszylismy na miasto. Jak dwa lata temu ruch duzy. Masa samochodow przepycha sie waskimi uliczkami, trabia i piszcza. Na chodnikach zwykly ruch duzego miasta. Odwiedzilismy katedre z 1720 roku. Kupilismy pieczywo. Dlugo szukalismy spozywczego sklepu. Zaczepiani ludzie niestety znaja tylko hiszpanski, ktory znamy tyle co Lacine, czyli pojedyncze slowa. Lazac tak trafilismy na "Baja Internet Caffe". Okazalo sie, ze stalo tam kilka komputerow i mialy podlaczenie do sieci. Wlasciciel znal angielski i wytlumaczyl nam gdzie jest sklep spozywczy w stosunku do serwera internetowego. Kupilismy pieczywo, jakies dziwne likiery, maslo, warzywa i objuczeni zmierzalismy w strone plazy. Na jednej z uliczek natrafilismy na dobrze wygladajaca restauracyjke. Zapachy rozchodzily sie smakowite az slinka ciekla. No wiec skusilismy sie. Wzielismy cos co zwie sie "Milanesa". Byly to smazone wieprzowe plasterki miesa z frytkami, salata i tradycyjna meksykanska brazowa fasola ugotowana na miazge. Wrabalismy wszystko ze smakiem, poza fasola, ktora kojarzy nam sie jednoznacznie. Objedzeni dotarlismy w koncu do lodzi. Byl odplyw wiec znow siedziala na piachu. Jak czesto nam sie zdarzalo nie przewidzielismy, ze bedzie az tak duzy. Przy pomocy plazujacego sie meksykanczyka z rodzina udalo nam sie zepchnac lodz i odplynelismy. Ja chcialam plynac juz na polnoc i na noc zostac gdzies na Isla del Espiritu Santo a Piotra ciagnelo dalej na poludnie. Chcial koniecznie zobaczyc co sie zmienilo w Bahia de Los Muertos (23:59',51N i 109:49',59W) i u poznanego przez nas dwa lata temu Russa. Oczywiscie Piotr postawil na swoim. Poplynelismy. Po chwili chwili wiatr zaczal sie wzmagac. Rozpetalo sie prawdziwe pieklo. Fale robily sie coraz wieksze, az przy Punta Arena de la Ventana stalo sie to czego najbardziej sie obawialismy. Olbrzymia fala uderzyla w dziub, wgniotla barierke, wygiela bramke i wdarla sie na poklad. W mgnieniu oka lodz nabrala wody i zaczela tonac. Woda na pokladzie przygniotla ja. Bylo jej sporo, na tyle duzo, ze ja siedzialam po pas w wodzie. Piotr staral sie jak mogl aby nastepna fala nas nie zalala i silnik nie zgasl. To oznaczaloby koniec. Szalejace fale jak nic wywrocily by lodz zgasily silnik, i jedynie musielibysmy myslec o ratowaniu naszych zywotow. Niesterowna lodz moglaby zdryfowac na pelne morze, lub roztrzaskac sie o przybrzezne skaly. Ja w tym czasie momentalnie otworzylam tylnia bramke. Troche sie z nia musialam mocowac bo napor wody byl duzy, ale sie udalo. Woda wartkim strumieniem wyplynela zabierajac ze soba kilka drobiazgow z pokladu i lodz sie uniosla. Najkrytyczniejszy moment byl za nami. Ominelismy tez nieszczesny przyladek. Trzeslam sie jak galareta. Nie byl to jednak koniec. Stale nie bylo miejsca aby stanac. Musielismy plynac dalej do Bahia de Los Muertos. Tam jedynie jest zaciszna zatoka dajaca wytchnienie. Dziesiac mil dalej cali mokrzy i zmeczeni dotarlismy do schronienia. Po rzuceniu kotwicy dlugo dygotalam i nie moglam sie uspokoic. Bylismy naprawde o krok od nieszczescia. Teraz trzeba bylo suszyc co sie da. Szczegolnie spiwory i poduszki, bo noc juz sie zblizala. Pakowanie w worki niewiele dalo. Nie mielismy tez zadnego suchego ubrania. Na szczescie bylo cieplo wiec to nie tragedia. Wieczorem tuz przed zmrokiem przyplynal duzy czarterowy jacht motorowy. Luksusowy, jeden z tych zabierajacych 6-ciu pasazerow i 2-wie osoby obslugi. Najprawdopodobniej na ryby, lub norkowanie. $1000 na 5 dni od lebka. Sprawnie rzucil kotwice sto metrow od nas i wylaczyl oba silniki. Zadnego ruchu jednak na nim nie bylo widac tylko szumial generator. Wyglagal jak widmo. W pewnym momencie uslyszelismy przez radio rozmowe jego kapitana z Russem.
-Czesc Russ, jestesmy spowrotem.
-Czesc, braly ryby?
-O nie, tylko jeden marny tunczyk.
-Taki to dzis dzien.
-Tak, jeden z naszych gosci ucierpial na domniemany zawal.
(chwila ciszy)
-Co ty mowisz? czy to znaczy ze nie zyje?
-Tak. Jutro przed switem wyruszamy do La Paz by oddac cialo. Dziekujemy za goscine.
Jak sie potem dowiedzielismy szlag trafil 52-letniego programiste z San Jose, ktoremu lekarz polecil wziac urlop i pojechac na ryby. Teraz wolalby te rade zjesc. Poczulismy sie naprawde jak w zatoce zmarlych. My ledwo uszlismy z zyciem, a tuz obok lezy trup. Lornetka sprawdzilismy, ze faktycznie w pontonie na dziobie lezy jakis sporych rozmiarow pakunek zawiniety w ciemny brezent. Pewnie polozyli tam nieszczesnego pasazera, zdala o pozostalych zywych pod pokladem. Kapitan bedzie mial nie lada klopot z wladzami jako ze wyjdzie na jaw podczas przesluchania, ze to nie goscie byli na pokladzie, lecz placacy klijenci. Tranzakcja na pewno miala miejsce w Stanach, wiec nic sie dowiesc nie da, a ile da sie zaszkodzic bedzie zalezalo od stosunku kapitana do La Pazkich wladz portowych i pewnie wysokosci wreczonej im lapowki. Bahia de Los Muertos jest ostatnia osloniata zatoka na zachodnim brzegu Morza Korteza. Trzydziesci mil dalej na poludnie zaczyna sie jedyna na nim rafa koralowa. Na niej tez konczy sie Morze Korteza. Z jakis powodow wszystkie rafy koralowe sa na wschod od masy ladowej.

 

17 czerwiec 97 (wtorek)

Luksusowa lodz odplynela przed switem. Zostalismy tylko my. Postanowilismy odpoczac po przezyciach wczorajszego dnia, no i wysuszyc zmoczone rzeczy. Przygladalismy sie wiec brzegowi porownujac z tym co widzielismy dwa lata temu. Z ludzi poznanych przez nas jest tylko Russ. Dalej prowadzi turystow na ryby i nurkowanie. Rozbudowal swoja budke na plazy. Przybylo mu starych pojazdow wyraznie nie na chodzie ktore sluza mu teraz jako zchowki, stoi stary RV. Postawil palape a pod nia stol z krzeselkami. Nie znalezlismy sladow Kanadyjki szukajacej tu natchnienia w pisaniu romansow i jej tlustego psa basseta. Pizzeria plazowa tez zamknieta. Jak nas poinformowal Russ juz po sezonie, a prowadzacy ja Ron wyjechal do stanow, do pracy. Don Ballentine, inny nasz znajomy, tez nieobecny, dorabia rowniez w Stanach prowadzac jakis RV park. Widac emerytura mu nie starcza. Pojawily sie za to murowane chatki, chyba meksykanskie. Jest tez wiecej rybackich pang. Po poludniu poszlismy odwiedzic Russa, zobaczylismy, ze sie kreci po swoim obejsciu. Opowiedzial on nam, ze jego dzialalnosc stoi pod znakiem zapytania gdyz pojawili sie bogaci inwestorzy, ktorym jago tesc sprzedal ziemie na plazy. Jezeli wiec wszystko pojdzie zgodnie z umowa to bedzie musial sie wynosic, a w Bahia de Los Muertos powstanie kolejny resort dla gringow. Wyglada na to, ze Baja zaczyna robic sie co raz bardziej skomercjalizowana. Mam mieszane uczucia. Z jednej strony dla miejscowych tomozliwosc pracy i polepszenie sobie zycia, ale z drugiej dzicz jaka zachwyca na Baja zniknie. Rzad hoteli i pensjonatow spowoduje, ze miejsce to upodobni sie do innych. Nie bedzie juz, przynajmniej dla nas, tak atrakcyjne. Jak opowiadal Piotrowi znajomy z NY, pojechal na urlop do tropikow. Zona kupila mu zorganizowany wypoczynek z ogloszenia w gazecie. Cale 7 dni i 6 nocy, nie mogl jednak przypomniec sobie w jakim to bylo kraju. Swoja droga nazwa "Zatoka Smierci" moze odstraszyc potencjalnych wczasowiczow. Powinno sie zmienic jej nazwe na "Zatoka Wniebowstapienia". Ta naza nie wyklucza poprzedniej. Trzeba bedzie zglosic ten wniosek racjonalizatorski w Mexico City. Prezydent Carlos Salinas na pewno by sie przychilil, tylko ze nawial z workiem pieniedzy i wszystkimi poprzednimi wnioskami racjonalizatorskimi. Poniewaz to najdalszy punkt naszej podrozy, spojrzelismy na GPS i okazalo sie, ze jestesmy 888 mil morskich, w prostej lini od naszego domu w Woodland Hills.

 

18 czerwiec 97 (sroda)

Dzisiaj definitywnie wracamy. Rozpoczynamy nasza powrotna droge na polnoc. Tym razem chcemy zachaczyc o miejsca przez ktore tylko smignelismy. Tuz po wschodzie slonca, aby woda byla jak najspokojniejsza, wyruszylismy. Jest 5.30. Piotr oczywiscie ociaga sie ze wstawaniem, ale ja po przygodach przy Punta de La Ventana chce plynac jak najszybciej i przeplynac to miejsce wiatrow. Woda pieknie spokojna. I pomyslec ze dwa dni temu w tym miejscu bylo pieklo. Co chwile widac jak wyskakuja z lustrzanej wody olbrzymie manty. W powietrzu robia piruet i znikaja ponownie w wodzie. Ten balet wykonywalo jednoczesnie chyba z 10-siec mant. Smignelismy wiec szybciutko podziwiajac wschodzaca kule slonca. Niesamowicie pomaranczowa wychodzila z wody na horyzacie. Tym razem nie potrzebowalismy robic zadnych zakupow. Postanowilismy sprawdzic jak wyglada marina Palmira. Liczac, ze moze jednak maja tam dystrybutor do benzyny. Tak sie tez stalo. Na pomoscie tuz przy wejsciu byl dystrybutor. Nareszcie mozemy nabrac czystej benzyny. Tu spotkalismy Eryka z San Diego. Bral on benzyne do swojej zaglowki "Egart". Udzielil nam chetnie informacji o tym co jest w tej marinie. Przycumowalismy lodz i poszlismy ja zwiedzic. Jest tu hotel, dwie czy trzy restauracje, kilka sklepikow glownie z pamiatkami i najrozmaitrzymi rzeczami do lodzi. Duzo drozej niz w Stanach. Piotr z ciekawosci patrzyl na ceny przynet. W Stanach zaplacil $2 a tu jest po $10. Jest tez sklep spozywczy, gdzie 90% towarow jest amerykanskich. Nic nie potrzebowalismy, nie zabawilismy wiec dlugo. Nasza droga wiodla do wyspy Del Espiritu Santo. Swietego Spiritusu. W drodze na nia jeden z pelikanow, zwanych przez nas Niunkami, postanowil sie z nami scigac. Lecial tuz nad woda prawie dotykajac skrzydlami tafli. Sprawdzalismy na liczniku, ze rozwinal predkosc 28 mil na godzine. Niezle jak na ptaka, ktory wyglada tak pokracznie. Tu zjedlismy lunch w Zatoczce Puerto Ballena. Towarzyszyly nam nasze ulubione ptaki - pelikany. Poluja tu na sardynki. Z rozmachem wpadaja do wody i najczesciej cos wyjmuja. Z naszych obliczen wynikalo, ze nurkuja na trzy stopy. Nasza obecnosc im nie przeszkadza. Doslownie o metr od naszej lodzi bombardowaly wode z takim impetem, ze az pryskala na nas. W zatoczce postanowily tez polowac i tunczyki. W przezroczystej wodzi bylo widac ich ogromne cielska ( z 30-50 cm dlugie) goniace za mniejszymi rybkami - makrelami. Plywaly tam i spowrotem na plytkiej, bo moze z 5 stopowej, wodzie. Widzielismy tez morska tragedie jak ryba zwana kogucia (z metr chyba miala) zaatakowala tunczyka. Szamotanina, plusk wody i cisza jakby nic sie nie stalo. Plynac na polnoc co chwila wplywalismy do zatoczek szukajac wlasciwej na noc. Zdecydowalismy sie w koncu na Caleta Partida (24:32",09N i 110:22',73W). Nie jest to wlasciwie zatoczka, a waski przesmyk miedzy dwoma wyspami. Espiritu i Partida. Po poludniowej stronie znajduje sie kilku metrowy kanal wyrownujacy poziomy wody po wschodniej i zachodniej stronie wysp. Sa tu dwie sezonowe wioski rybackie, teraz akurat zamieszkale i tetniace zyciem. Jest ona dobrze oslonieta od wiatrow i sporo lodzi tu przystaje. Poza nami byly jeszcze cztery. Rzucilismy wiec kotwice, rozlozylismy daszek chroniacy nas od slonca, bo pali niemilosiernie i przystapilismy z ochota do leniuchowania. Niespodziewanie zerwal sie wiatr. Silny podmuch zlapal daszek i w mgnieniu oka rozdarl. No i nie mamy cienia nad przednia czescia lodzi. Akurat nad miejscem do spania. Teraz juz nie mozna w ciagu dnia uciac sobie drzemki. Sprobujemy go tymczasowo naprawic, moze w Loreto. Po powrocie Alfred, krawiec z Albani, ktory nam go szyl bedzie musial zabrac sie za naprawe. Zarowno dla niego jak i dla nas to pierwszy tego typu daszek. Nie bardzo wiec wiedzielismy jak go uszyc. Teraz juz wiemy gdzie go trzeba bedzie wzmocnic. Silny wiatr nie tylko podarl daszek ale i przyniosl swad rozkladajacych sie ryb. Az na mdlosci sie zbieralo. Postanowilismy poszukac innego miejsca. Zawijalismy jeszcze do dwoch zatoczek na Isla Partida, ale wszystkie byly zanieczyszczone kalmarami, ktore rozkladajac sie na sloncu smierdzialy potwornie. Dopiero w ostatniej zatoce na wyspie, zdecydowalismy sie zostac. W niej o dziwo nie smierdzialo. W nocy wiatr zupelnie ustal. Zrobilo sie goraco i wilgotno. Wszystko stalo sie momentalnie lepkie. Do tego pojawily sie komary. Prawdziwy tropik. Przez cala noc odsuwalismy lodz co raz bardziej ku wylotowi z zatoczki. Smarowalismy sie plynem na komary, az w koncu, juz nie wiem, czy to ten plyn czy bylismy dostatecznie daleko, a moze po prostu zmeczenie, spowodowalo ze komary znikly. Tuz za te zatoczka, na samym polnocnym czubku wyspy jest cos co norkowie nazywaja "the mound". Jest to zanurzony wierzcholek podwodnej gory. Na niego mozna rzucic kotwice, ok. 15 stop glebokosci i norkowac na spadzistych scianach podwodnej gory. My jednak tam nie zawinelismy. Nie chcialam aby Piotr sam bez partnera zlazil pod wode. Co innego na trzy, cztery metry a co innego w taka glebine. Poplynelismy dalej.

 

19 czerwiec 97 (czwartek)

Jak zawsze po wschodzie slonca ruszamy w dalsza droge. Neptun juz od rana nielaskawy. Droga ciezka. Fale mimo wysilkow Piotra znowu zalewaja poklad. Na szczescie poza mokrymi rzeczami zadnych szkod. Dotarlismy w koncu do odwiedzonej juz przez nas wczesniej Isla San Francisco. Kotwiczymy. W poludniowej zatoczce cisza i spokoj. Jestesmy jedyni. Piotr czyta Lysiaka i kwartalnik literacki 2B. Temat rozwazan kwartalnika "Co Wschodnia Europa ma do zaofiarowania Ameryce?". Z perspektywy Isla San Francisco to wspanialy temat. Widac jego prawdziwe wymiary. Smiesza uogulnienia, bliza prawdy jest nasza znajoma z Brooklynu ktora uwaza ze Stany Zjednoczone zamieszkuja Amerykanie, Polacy i Obcokrajowcy. Smiejemy sie z niezamierzonego dowcipu, gdy Doc. habilitowany proponuje sprzedawac w USA polskie kawaly. Baki zrywac. Inny, Litwin ofiaruje swe glebokie zycie duchowe, na wypadek gdyby mieszkancom tego kontynentu zabraklo wlasnego. Wiekszosc chce zburzyc wszystkie McDonaldy - te wylegarnie zboczonego gustu kulinarnego i odskoczni do molestwowania niewinnych niemowlat. Zeby nie wspomniec o winnych niemowletach. Kolejny szczyci sie nieprzebrana mennica socjalistycznych doswiadczen, jako przestrogi przed nieaktualnym komunizmem, jakby myslal, ze historia dzieki niemu sie nie powtorzy. Jedyna szczera wypowiedzia to essey Rosjanki, ktora nie ma nic do dania Ameryce, bo sama nie wie co chce. Oczywiscie, nie mozna pominac Zydow, ktorzy przez wieki pogromow, wiedzieli dokladnie ze konieczna jest im oprawa do studiowania dziel Bruno Szulca. Tak a propos, przez caly ten czas w Meksyku nie widzielismy ani jednego McDonalda. A te ktore ostatnio widzielismy w Stanach wygladaly jak by mialy sie jutro zamknac. Gdy Piotr szybuje nad intelektualnymi wyzynami, towarzyszy nam para mew z dorastajacym piskleciem. Rodzice juz przygotowuja sie na nastepne potomstwo. Wykonuja najdziwniejsze marsze, przytupy, tance, stukaja sie dziobami no jednym slowem wyraznie sa jedynie soba zajeci. Zupelnie nie zwracaja uwagi na wyrosnietego potomka, ktory stajac w pozycji pisklaka domaga sie zarcia. Nieustannie kwili, starajac sie im przypomniec, ze istnieje. Na darmo jednak. Juz zostal odstawiony i z czasem pewnie zda sobie z tego sprawe. Przestanie rozpaczac i zacznie zyc na wlasny dziob. Starym juz tylko sex w glowie. Potomek nie istnieje. Gdy tak przygladalismy sie mewom przyplynely dwie zaglowki. Jedna po drugiej w odstepie chyba godziny. Jedna z nich okazal sie Eryk na swoim "Egart". Przywitalismy sie przez radio i zaprosil on nas na kolacje do siebie. Przyjelismy zaproszenie z przyjemnoscia. O 5-tej podplynelismy do nich i razem z nim, jego zona Susan i 14 letnia corka Lizett spedzilismy wieczor. Eryk opowiadal, ze pod koniec kwietnia przez dwa tygodnie jest w Caleta Partida wielkie party. W tym roku bralo udzial 80 lodzi. Sa najrozmaitrze popisy i konkursy a kulminacyjnym punktem sa wyscigi zaglowek z La Paz do Partidy. Opowiadal tez o roznych ludziach jakich spotkal np. o facecie kolo 50-tki, ktory z kotem, o trzech lapach, gdzies tu plywa na 30-to stopowej Catalinie. Co rusz wpada w tarapaty i sepi. Tak przezyl swoje ostatnie 20-cia lat. On napatoczyl sie na niego w La Paz, gdy nieszczesnik prosil przez radio o kotwice. Chcial aby ktos mu jakas dal, bo przecie nie bedzie mogl sie zatrzymac a jesli nie dostanie, to na oczach wszystkich, gdzies sie tu roztrzaska. No i wszystkim bedzie glupio. Zawsze trafial na kogos o miekkim sercu. Eryk byl jednym z nich. Opowiadal, jak to ponoc go z Costa Ricai wyrzucili i to dla tego tylko ze dysponuje jedynie $25. Z Costa Ricai poplynal na polnoc wzdluz kontynentalnego wybrzeza do Puerto Vallarta w Meksyku, a nastepnie przecial zatoke Kalifornijska do Cabo San Lucas. Eryk opowiadal tez, ze wlasnie koty sa najpopularniejszym zwierzeciem na lodziach. On tez mial jednego. Kocisko bylo tak lakome na ryby, ze na ich widok dostawal drgawek i to bez wzgledy jak wielka byla ryba. Potrafil siedziec przy wedce i gdy ryba sie zlapala kladl lape na kolowrotku by sie zbytnio nie odwijal. Suzan z kolei opowiadala o wychowaniu dziecka na lodzi. Lizett, dopiero gdy przyszedl czas na szkole srednia zaczela do niej uczeszczac. Na czas roku szkolnego przenosza sie wiec do San Diego. Dotychczas cala swoja edukacje i zycie spedzila na wodzie. Po kolacji odplynelismy i rzucilismy kotwice w za dnia upatrzonym miejscu. Gdy juz sie zrobilo dobrze szaro przyplynely dwie olbrzymie motorowe lodzie w 15-to minutowych odstepach. Byly takie jak ta z Los Muertos, luksusowe i tak jak na tamtej, nic na nich sie nie dzialo. Zrobilam lustracje lornetka - zadnej aktywnosci. Noc byla spokojna, ale miala przykry aspekt. Gryzly maciupenkie muszki. Tak male, ze ich nie widac "noseeums". Smarowalismy sie plynem na komary i dopiero gdy troszke zerwal sie wiatr muszki znikly.

 

20 czerwiec 97 (piatek)

Dzisiaj postanowilismy nie plynac rano a poczekac, az fale sie uspokoja. O swicie odplynely zaglowki. Zostaly tylko dwa luksusowe jachty i my. Obserwowalismy wiec je, bo co poza plawieniem sie w wodzie bylo do roboty. Omalze jednoczesie z kazdego z nich odplynal na plaze ponton. Byl w nim mlody facet, porucznik, ktory prowadzil i starszy jako pasazer. Oba pontony plynely w to samo miejsce na plazy. Starsi faceci wysiedli uscisneli sobie dlonie i poszli spacerkiem po plazy. Pontony z porucznikami natychmiast odplynely. Po pewnym czasie jeden ze spacerujacych kiwna i z jednej lodzi znowu wyplynal ponton. Wystawil na brzeg 'cooler' i odplynal. Dwaj starsi faceci wyjeli butelke jakiegos trunku i dwa kieliszki. Wypili, uscisneli sobie dlonie i teraz z drugiego jachtu wyplynal ponton. Jeden z facetow wsiadl i odplynal. Jego jacht 'Don Isaac' z Mazatlan (ladowy Meksyk) natychmiast zapuscil silniki i wyplynal z zatoczki. Gdy on znikanal drugi facet wrocil na swoja lodz (byla z Cabo San Lucas) i po godzinie rowniez zniknal. Wygladalo to zupelnie jak z filmu, gdy to wielcy gangsterzy w teatralny sposob dziela swoje terytorium, wystawiaja kontrakt na niewygodnego, czy dobijaja targu. Nikt nic nie widzi i nie wie. My zreszta, jak by sie kto pytal, tez nic nie widzielismy. To tylko od slonca tak majaczymy. W koncu i my ruszylismy w droge. Fale ustaly. Plynelismy wiec z przyjemnoscia, co rusz stajac w ladnych miejscach. A to aby cos zjesc, a to aby sie wykapac. Tak zszedl nam dzien. Gdy trzeba bylo szukac miejsca na noc nagle okazalo sie, ze nic odpowiedniego nie ma. Probowalismy w kilku miejscach, ale zadno nie bylo wystarczajaco osloniete od wiatru i ewentualnych fal. W koncu zastala nas noc. W pewnym momencie wladowalismy sie nawet do zatoczki Bahia San Carlos. Tak plytkiej i kamienistej, ze tylko porysowalismy dno lodzi. Musielismy ja sciagac kaleczac sobie przy tym nogi. W koncu juz po ciemku stanelismy przy plazy, gdzie przycumowane do bojek, stalo kilka pang, a na brzegu widac bylo slady rybackiej osady. To miejsce nazywa sie Casa Grande, ze wzgledu na dominujacy na wzgorzu dwupietrowy budynek. Dopiero z plazy widac ze to tylko szkielet murowanego domu. Wyszlismy z zalozenia, ze tu chyba bedzie spokojnie skoro sa rybacy. Gdy szarpalismy sie z kotwica jeden z rybakow nawet nam pomogl zaczepiajac ja o pniak na ladzie. Gdy juz sie z tym uporalismy i usiedlismy aby odpoczac, nagle z morza na pelnym gazie podplynela do nas panga z dwoma mezczyznami. Pijani byli zdrowo. Cos krzyczeli i belkotali. Zrozumielismy, ze domagaja sie piwa. Znamy juz kilka slow a 'cervesa' czyli piwo jest jednym z nich. Nie mielismy. Usilowalismy im to wytlumaczyc. Ale gadaj tu z pijanymi. Nawet gdy nie ma bariery jezykowej dogadanie sie jest nie mozliwe. W koncy nasi napastnicy zaczeli sie denerwowac nie na zarty. Zrozumielismy, ze zaczynaja grozic, ze jak nie damy tego co chca to uszkodza lodz. Z pijanymi nigdy nie wiadomo. Jeden z nich nawet zacza walic piescia w panel sloneczny. Trzeba bylo cos im dac. Wyciagnelam wiec kupiony jeszcze w La Paz pomaranczowy, slodki jak diabli likier. Widac bylo, ze butelka jest z jakims alkoholem. Wzieli ja i murczac cos pod nosem i odplyneli do brzegu. Slodki likier powinien ich szybko powalic. Jesli nie, moga sie tak rozsierdzic ze wroca na plaze i odetna nam kotwice. Co pewien czas budzilam sie w nocy by sprawdzajac czy nie wrocili i z zemsty nie zrobili nam krzywdy. Ale nie, widac pomaranczowy likier scial ich z nog.

 

21 czerwiec 97 (sobota)

Skoro swit wyruszylismy. Nie czekalismy na naszych nocnych terrorystow. Na lunch stanelismy w Agua Verde. Tu ponownie spotkalismy Eryka z rodzina. Opowiedzielismy o naszej nocnej przygodzie, a on odwdzieczyl sie swoja. Jak to w tym samym miejscu pijani rybacy rowniez od niego zadali piwa. On jednak zagrozil im, ze przez radio wezwie meksykanska marynarke. Podzialalo to momentalnie. Podobno jest to najgorsze co moze ich spotkac. Marynarka jest bezwzgledna. Natychmiast konfiskuje lodz, a delikwent trafia do aresztu, ktory z kolei jest pieklem. Znajduje sie on pod golym niebem i wszystko tj spanie, ubranie, jedzenie i wode musi dostarczac rodzina. Jezeli tego nie zrobi to po aresztancie. Nikt sie nie przejmuje. Gdy wyruszylismy z Agua Verde wiatr sie wzmogl. Uplynelismy moze z 15 mil i musielismy szukac schronienia. Stanelismy wiec w zatoczce, gdzie staly dwie zaglowki. Jedna z nich byl piekny 46 stopowy Hans Christiansen. Z niej to wlasnie podplynal do nas ponton. Tak poznalismy kolejnych zeglarzy. Crisa ( kolo 65 lat) z zona Shannon ( chyba w okolicach 30) z "Full Swing" i Johna z "Majda", 30 stopowej Cataliny. Cris byl sprzedawca lodzi w Honolulu na Hawjach i wlasnie przeplynal Pacyfik zmierzajac dalej przez Kanal Panamski i Atlantyk na Morze Srodziemne. John (rowiesnik Piotra) jest z San Francisko i samotnie, a wlasciwie z kotem przyplynal na Morze Korteza. Z Johnem pogadalismy sobie dluzej. Jak to zykle my opowiadalismy o naszych przygodach, a on odwdzieczal sie swoimi. Mowil o tym, ze ta wyprawa byla jego marzeniem i przez rok przygotowywal na nia lodz. Byl tak zajety praca i remontem, ze nie mial czasu na zadne zycie towarzyskie. Gdy wiec przyszedl czas wyplyniecia okazalo sie, ze nie ma z kim tego dokonac. Preferowal kobiete. Dal wiec ogloszenie do gazety. Mial wiele telefonow, ale w rezultacie nic z tego nie wyszlo. Poszedl wiec do schroniska i adoptowal kota, ktory mu towarzyszyl. W Cabo jednak kot zaczal chorowc. John zabral go do weterynarza. Ten orzekl, ze to niewydolnosc nerek i wlasciwie nie ma ratunku. Jedyne co mozna zrobic to umilic mu ostatnie chwile. Gdy my sie spotkalismy kot wlasnie zdechl i zostal pochowany w Agua Verde. John czul sie samotny i jakby ta podroz jego zycia przestala go cieszyc. Myslal juz tyko o zakonczeniu jej i powrocie do domu. Zamierzal jeszcze przeplynac Morze Korteza i w San Carlos, po wschodniej stronie, wladowac lodz na ciezrowke i zawiesc do Stanow. Nasi nowi znajomi opowiadali nam tez o nieustannych szykanach ze strony amerykanskiej marynarki. Robia oni to pod pretekstem sprawdzania sprzetu bezpieczenstwa. Panosza sie tak nie tylko na wodach miedzynarodowych, ale i na terytorialnych meksykanskich. Cris opowiadal nam, ze przy przeplywaniu Pacyfiku, w czasie duzych fal nagle do niego podplynal taki statek i kazal zwinac zagle i wpuscic na poklad. Dopiero po jego protestach, ze moze byc to niebezpieczne, odstapiono. Zdawali nam tez relacje ze swoich perypeti z meksykanskimi urzednikami. W kazdym porcie biurokracja niesamowita godzinami trzeba czekac na zalatwienie formalnosci. Odsylaja od okienka do okienka zadajac tysiaca papierkow. Dla nas brzmialo to swojsko, kojarzylo sie to z PRL-em. Przyszedl jednak czas, ze nalezalo sie gdzies zakotwiczyc. Ustawilismy nasza lodz niedaleko Johna w miejscu nieco bardziej oslonietym, gdyz wiatr sie zaczal wzmagac. W nocy rozszalal sie na dobre. Jeszcze nie przezylismy takiej jego furi. Szarpalo nami strasznie. Do tego te odplywy i kamulce. Koszmarna noc. W pewnym momencie bylo tak zle, ze Piotr zdecdowal sie wejsc do wody, zanurkowac i przesunac kotwice dalej od kamieni na glebsza wode. Widzielismy, ze i John co rusz sprawdza swoje. Jedynie Cris na swojej olbrzymiej lodzi spal spokojnie. Po przeplynieciu Pacyfiku nic go nie rusza. Rano powiedzial nam, ze wiatr wial z predkoscia 40 wezlow.

 

22 czerwiec 97 (niedziela)

Ranek rowniez wietrzny jak diabli. Wczoraj Piotr obiecal Crisowi, ze napompuje mu butle do nurkowania. Cris zjawil sie na naszej lodzi. Niestety mimo szarpania i czyszczenia swiec kompresor nie zapalil. Pewnie chlapiaca slona woda i morskie powietrze zaszkodzily mu. Nic z tego. Pozegnalismy sie i dalej w droge. Bez problemow doplynelismy do poludniowego cypla wyspy Carmen. Wiatr ustal. Tu umowilismy sie na kontakt z samolotem Mika i Nancy. Kolo drugiej uslyszelismy jak rozmawiaja z wieza na lotnisku w Loreto. Nie slyszeli jednak nas. Akurat nad nami przelatywal jedno silnikowy samolot i na prosbe Piotra zgodzil sie posredniczyc w naszym kontakcie. Przekazal Mikowi gdzie jestesmy i ze czekamy na bezposredni kontakt. Po dwoch godzinach zobaczylismy ich samolot i moglismy sie polaczyc. Wyjasnili ze musieli oni najpierw ladowac w Loreto i tam nabrac paliwa i przejsc wszystkie biurokratyczne formalnosci imigracyjne. Umowilismy sie, ze te noc my spedzimy na wyspie, a oni zanocuja w resorcie przy Loreto zwanym "Eden". Odlecieli, a my wrocilismy do naszego leniuchowania i studiowania 2B. Z perspektywy Isla Carmen kwestja Wschodnio Europejska calkiem zbladla. Rownie dobrze moglibysmy czytac o neurotycznych Marsjanach. Lysiak dal nam do myslenia. Zwlasza jego opowiadanie "Kuter". Co to znaczy zgnusniec? Czym sie to rozni od snu? Noc byla spokojna, zupelnie bezwietrzna.

 

23 czerwiec 97 (poniedzialek)

Przez radio slyszymy wolanie o pomoc. Jedna z zaglowek, ktora wczesniej spotkalismy na zeglarskim obwodzie, wlasnie co wylowila 30 mil od brzegu dryfujaca pange. Na niej trzech pangistow - rybakow. "Mexican Nationals" informuje glos w radiu. Dryfowali na otwartym morzu przez trzy dni. Oczywiscie bez wody. Jeden majaczy, pozostalych dwoch jest OK. Majaczacy widac pil slona wode i nerki odmowily posluszenstwa. Jacht chce by ktos odebral od nich pangistow i dostarczyl ich do portu w Loreto, by tam zajac sie chorym rybakiem. Port w Loreto jest zbyt maly i plytki na zaglowki. Jak sie potem okazalo, wysiadl im silnik i przydryfowali oni z ladowego Meksyku. Ktos z motorowej lodzi ofiaruje pomoc. Jak sie potem dowiedzielismy co roku morze zabiera swa porcje ofiar. Meksykanczykow jak i Gringow. O 9-tej podplyniemy do resortu po Nancy i Mika. Czekali juz na nas na plazy. Od razu przyczepili nam plakietki z napisem "Visitor". Zauwazylismy tez, ze Nancy i Mike maja na przegubach kolorowe paseczki z nunerami. Jak sprytnie, zupelnie jak w ekskluzywnym obozie koncentracyjnym gdzie kazdy ma swoj numerek, aby bron boze sie nie zgubil a obsluga wiedziala kto jest kto. Zazartowalismy na ten temat z Mikem (Niemcem z bogatymi tradycjami rodzinnymi w tym wzgledzie). Podchwycil zart, ale Nancy zupelnie nie pojela o co nam chodzi. Dla niej wszystko bylo jak nalezy. Znaczy dbaja o gosci. Zaraz tez podszedl jakis "wazny" i kazal nam zglosic sie do budki na plazy. Poniewaz sie ociagalismy z tej budki kolejny "wazny" zaczal na nas wolac. Zwracal sie oczywiscie tylko i wylacznie do Piotra. Na mnie patrzyl jak na powietrze. Jestem przeciez kobieta czyli czescia mezczyzny z ktorym akurat jestem. Nie ma wiec po co ze mna rozmawiac. "Wazny" z budki sprawdzil czy mamy przypiete nasze plakietki i za innym "waznym" kazal isc do recepcji. Po drodze mijalismy naprawde w dobrym guscie urzadzone trawniki z laweczkami, basen z lezakami, barek z wodeczkami i innymi niezbednymi turyscie trunkami. Miedzy tymi wszystkimi roskoszami dla ciala i duszy platali sie chyba w 100% amerykanie. Najczesciej juz nie pierwszej mlodosci i o nie idealnym wygladzie. Tak prowadzeni dotarlismy do recepcji, gdzie inny "wazny" zaczal nam przedstawiac uroki tego miejsca. W pewnym momencie mielismy juz dosc i oswiadczylismy, ze nie zamierzamy tu zostac. Zabieramy jedynie znajomych, ale oczywiscie nie zapomnimy o goscinnym przyjeciu i trosce z jaka sie spotkalismy. Czy wyczuli kpine watpie. Poniewaz Nancy i Mike chcieli czesc rzeczy zostawic w samolocie umowilismy sie ze spotkamy sie w porcie w Loreto. Piotr znowu zalatwial benzyne i pozniej tankowalismy ja przez rurke. Tym razem jednak Mike zastapil mnie w trzymaniu lodzi. Moglam wiec z Nancy pojsc na zakupy. Przede wszystkim po pieczywo no i naprawic rozerwany daszek. Pieczywo kupilam ale z naprawy nici. Akurat pora siesty i wszystko pozamykane. No trudno. Nie bedzie. Wyruszylismy w koncu dobrze po poludniu. Zaczely robic sie fale, ale jeszcze nie bylo zle. Poplynelismy na polnocna czesc wyspy Carmen, tam najladniej. Plywalismy od zatoczki do zatoczki szukajac wlasciwego miejsca. Dla nas wszystkie dobre, ale dla Nancy i Mika nie. Oni beda rozbijac namiot, chieli wiec aby byl i piasek i cien. Tak plywajac zaczelo robic sie pozno. Juz niewiele bylo do zachodu slonca a po ciemnku nie sposob plywac. Zaczelismy robic sie nerwowi. Wyplywajac z kolejnej zatoczki stalo sie najgorsze. Plynelismy pod slonce i chyba z pol mili od brzegu z calym impetem walnelismy stopka sinika w podwodny kamien. Huk zdrowy. W pierwszym momencie nie wiedzielismy czym udezylismy. Czy rozwalilismy dno lodzi i zaraz zaczniemy tonac czy tez nie. Okazalo sie, ze kadlub nie uszkodzony, ale niestety walnelismy silnikiem. Dolna jego czesc byla peknieta. Nie bylo czasu sprawdzac jak bardzo. Musielismy przede wszystkim znalesc miejsce na noc. Jakims cudem doplynelismy do Puerto Ballandra. Bylo tam juz kilka lodzi wiec liczylismy, ze gdyby co to zawsze pomoga. Zakotwiczylismy. Nacy i Mike rozbili namiot i zostalismy na noc. Wieczorem, przy ksiezycu i gwiazdach nie tylko rozwazalismy jak bardzo uszkodzony jest silnik, ale gadalismy co nam slina na jezyk przyniesie. Szczegolnie roztrzasalismy temat pretensjonalnych nazw lodzi i czy po nazwie da sie zaklasyfikowac zaloge. Okolo polnocy wplynelo do zatoki na pelnym gazie kilka lodzi wedkarskich. Widac razem lapali Doradoa. Radia mieli wlaczone na pelny regulator, dlugo sie krecili po zatoce robiac fale szukajac miejsca na zakotwiczenie. Co do tych nie mielismy watpliwosci - to byli rednecki w pelnej okazalosci. Ich lodzie zwaly sie "Skipper" i "Hunter". Wczesnie rano poplyneli dalej na ryby.

 

24 czerwiec 97 (wtorek)

Od rana zabralismy sie za silnik. Przede wszystkim ocenilismy szkody. Na pierwszy rzut oka nie wygladalo tragicznie. Rozwalona obudowa i lekko wyciekajacy z niej olej. Piotr postanowil sprobowac zalatac to zywica i mata szklana i jakos dociagnac sie do Loreto gdzie pewnie jest jakis mechanik, ktory to naprawi. Podciagnelismy wiec lodz jak najbardziej sie dalo na plaze i zabralismy sie do pracy. Tzn. Piotr i ja. Nancy i Mike jakos nie zamierzali sie do tego przykladac. Chyba uznali, ze to nasz problem. Pluskali sie w wodzie, spacerowali. Jednym slowem cieszyli sie otoczeniem. My zreszta tez, tylko od czasu do czasu wracalismy do pracy przy silniku. W koncu udalo sie zapaciac co nalezalo i Piotr zapalil silnik. Poszlo glatko. Ruszylismy wiec. Juz jednak przy wyjsciu z zatoki cos zazgrzytalo, zachrobotalo. Piotr wylaczyl silnik, aby bardziej nie niszczyc. Zobaczylismy, ze wyplywa z niego biala jak mleko maz. Fatalnie. Oznacza to, ze dostala sie do stopki woda i niszczy lozyska. Trzeba wiec wrocic do zatoczki i wolac o pomoc. Nie bylo juz sensu zapalac silnika. Dryfowalismy wiec. Spychana falami lodz omalze nie wpadlismy na jedna z zaglowek "Lady Di". Wlasciciel oczywiscie sie wychylil i spytal grzecznie czy nie potrzebujemy pomocy. Potwierdzilismy. Dociagnal nas wiec swoim pontonem do brzegu. Byla kolejna okazja do nawiazanie znajomosci. Nazywa sie on Don. Byl w Seattle sprzedawca maszyn rolniczych. Gdy mu to nadojadlo, sprzedal wszystko i razem z rodzina podrozuje po Morzu Koretza. Dzieci poddaje rygorom "home schooling", czyli oboje rodzicow w kajucie zaglowki urzadzaja dzieciom lekcje. Zadaja tez prace do domu/lodzi. Piotr probowal teraz zdjac zniszczona stopke i oszacowac zakres napraw. Myslal, ze moze przez radio uda mu sie zamowic ze Stanow co nalezy aby po przyplynieciu do Loreta nie tracic czasu. Okazalo sie, ze nie ma wystarczajacej ilosci kluczy. Jak zawsze czegos sie nie wezmie. Poprosil wiec Dona o pomoc. Ten z przyjemnoscia (bo to odmiana i jakas atrakcja w monotonnym zyciu na jachcie) przyplynal. Probowali razem rozkrecic i zdjac co nalezy. Nic z tego. Musi zrobic to jednak fachowiec z narzedziami. Piotr probowal wiec wezwac Alfreda z Loreto, ktory poza restauracja i wozeniem turystow na ryby sciaga lodzie bedace w tarapatach. Bylismy jednak w zatoce i nasza antena nie siegala Loreto. Don ma antene zainstalowana na szczycie masztu. Zobowiazal sie skontaktowac z Alfredem. Nic wiec nie pozostalo tylko czekac. Pluskalismy sie wiec w wodzie, nurkowalismy i cieszylismy sie sloneczkiem. W czasie jednej z kapieli dziabnela mnie w noge plaszczka, zwana tu - " stingray". Nieduza ranka zrobiona ostrym kolcem u podstawy ogona. Przeciecie moze na 1/2 cm krwawiace jednak mocno i bardzo bolesne. Po chwili stopa spuchla i stracilam czucie w nodze, az do kolana. Oczywiscie Piotr staral sie mnie ratowac polewajac rane alkoholem. Powinien do tego dodac ocet ale nie mielismy. Tak nakazuje ludowa medycyna. Trucizna jednak rozeszla sie szybko. Po prostu nie czulam nogi. Poza mna kontuzji doznal rowniez Mike. Jego z kolei popiescilo slonce. Ma on bardzo jasna cere i mimo moich uwag, ze powinie sie chronic nie robil tego. Wieczorem wiec byl caly rozowy jak wieprz. Juz bylo widac, ze nocy to napewno nie przespi. No ale skoro taki madry, jego sprawa.

 

25 czerwiec 97 (sroda)

Noga ciut lepiej. Stale jednak jak nie moja. Ranka przestala krwawic. Mike natomiast wyglada fatalnie. Na nogach i rekach porobily sie bomble. To juz nie zarty. Na szczescie mam w apteczce masc z antybiotykiem wiec Nancy mu ja aplikuje. Widac, ze juz dzisiaj postanowil mnie sluchac. Gdy tylko powiedzialam, ze ma zakryc sie przed sloncem natychmiast to zrobil. Przez caly dzien siedziel w cieniu pod daszkiem. Robil to jednak potwornie egoistycznie. Usiadl na srodku tak, ze nikt poza nim sie juz nie mogl zmiescic. Znowu wiec musialam mu zrobic uwage, ze poza nimi inni tez musza sie chronic od slonca. Laskawie przesunal sie. Kolo 10tej uslyszelismy przez radio, ze kolejna lodz ma klopoty z silnikiem i jest sciagana narazie do naszej zatoczki. Gdy przybyli, Don z Piotrem podplyneli do nich by spytac czy da sie do nich podczepic. Klasyczni redneckcy z San Diego. Juz po kilku minutach wiedzielismy wszystko o ich bylych i obecnych lodziach samochodach i zonach. Testem na rednecka jest pytanie o godzine. Jesli Ci powie wszystko co wie i jeszcze troche, to ponad wszelka wapliwosc masz do czynienia z redneckiem czystej krwi. Nasi rozmowcy tez naobiecywali, poczestowali Dona zimnym piwem, po czym oswiadczyli ze i tak plyna do Puerto Escondido. Obiecali jednak, ze z ladu powiadomi Alfreda, ze my potrzebujemy hol do Loreto. To puscilismy mimo uszu. Znowu trzeba czekac. Nic wiec nie mamy do roboty jak plawic sie w cieplutkiej wodzie. Po poludniu do zatoczki przyplynela wedkarska lodz - Bayrunner. Nancy zaczela wymachiwac do nich aby do nas podplyneli. Oczywiscie zrobili to. Na lodzi poza jej wlascicielem Rockiem Irvine, jego zona Finka i trojka dzieci, byly dwa psy, z ktorych jeden cierpi na chorobe morska. Biedaczysko lezal na dnie i ciezko dyszal. Tak obladowani nie chcieli ryzykowac holowania duzo wiekszej od nich lodzi. Obiecali jednak, ze zawiadomia Alfreda. Rock wygladal na pisarza scenariuszy z Hollywoodu. Zdecydowanie nie redneck. Mamy wiec przed soba jeszcze jedna noc w zatoczce. Na razie nie wpadamy w panike. Skonczylo nam sie wprawdzie zimne piwo, ale od biedy mozna pic cieple. Tym bardziej, ze Don co chwile pytal przez radio czy nam czegos nie potrzeba.

 

26 czerwiec 97 (czwartek)

Dalej czekamy. Juz zaczyna byc troszke nerwowo. Mike stale egoistycznie zajmuje caly cien i dopiero upomniany nieco sie przesuwa. Ja z coraz mniejsza cierpliwoscia przypominam mu o innych. W koncu kolo 15-stej zjawil sie "Alfredo. Zaczepil nasza lodz na hol, a nam wszystkim kazal sie przesiasc do swojej. Bez problemu dociagnal nas 11 mil do portu w Loreto i odstapil swoje miejsce na lodz. Jutro jego pomagier ma znalesc odpowietnaia przyczepe i wyciagnac nas na lad. Stalismy wiec miedzy pangami, jak i one przy kamulcach tworzacych falochron. Bylo juz za pozno aby szukac mechanika. Zostawiamy wiec to na jutro. Poszlismy na kolacje do restauracji Alfreda, znajdujacej sie na glownym deptaku, tuz przy porcie. Siedzielismy pod stylowa palapa i wcinalismy pyszne dorado. Nawet Piotr, ktory ryb nie jada stwierdzil, ze wysmienite. Filety byly zupelnie bez osci i nie bylo czuc ryba. Obslugiwala nas piekna dziewczyna o imieniu Linda. Od Alfreda dowiedzielismy sie ze to jego corka. W odpowiedziach slychac ze do szkol chodzila w Stanach. Bezbledny angielski akcent. Probowalismy zgadnac gdzie. W Cerritos przy LA? San Jose? czy Michigan? - nalegalismy. Nie chciala odpowiedziec. Wreszcze jedna reka chwycila rabek dlugiej, powiewnej sukni, druga uniosla nad glowe w gescie Paso Doble, przytupnela i rzekla - "co wy myslicie, ja jestem Mexicana". Juz nie bylo sensu zadawac jej wiecej pytan. Zblizala sie juz noc, trzeba bylo jakos sie do niej przygotowac. My wiedzielismy, ze musimy zostac na lodzi. Przede wszystkim jest nie zamykana i zostawienie jej tak moze sklonic kogos do kradziezy. Nasza obecnosc odstraszy ewentualnego amatora. Nancy i Mike chcieli isc do hotelu. Szczegolnie Mike mial juz dosc kompingowania i marzylo mu sie wygodne lozko i klimatyzowany pokoj. Poza tym jego rany sloneczne wygladaly fatalnie i pewnie mocno dawaly sie we znaki. Nie bylo jednak miejsca w zadnym z hoteli. Troche nas to zaskoczylo, bo to ma niby byc koniec sezonu. Stale nie mozemy dojsc jak z tym jest. Musielismy wszyscy zostac na lodzi. Mike od razu sie polozyl a my w trojke poszlismy zobaczyc co sie dzieje w miescie. Senne za dnia miasto rozbrzmiewalo muzyka, na ulicy sporo ludzi, przewaznie gringi. Co rusz jakas kawiarenka lub restauracyjka. Wstepowalismy to na lody, to na kawe to na cole, az do pierwszej w nocy. Skonani dotarlismy na lodz. Musielismy zbudzic Mika, aby sie polozyc. Jak zwykle zapomnial, ze sa inni i rozwalil sie na srodku. Noc nie byla jednak wypoczynkiem. Okazalo sie, ze miejscowi maja zwyczaj noca jezdzic tam i nazad bulwarem przy morzu, i to z grajacymi na pelny regulator radiami. Halas wiec trwal chyba do trzeciej w nocy, a tuz przed switem zaczeli rybacy. Przyjezdzali ciezarowkami, rozladowywali i przygotowywali pangi do wyplyniecia. Wszystko to dla gringow, ktorych zaraz po wschodzie slonca zabierali na ryby. Najczesciej lapali olbrzymie (20kG) i bardzo kolorowe dorada. Naprawde spektakularna ryba. Pokryta jest nie luskami a skora w kolorzy teczy. W sloncu mieni sie i blyszczy. A do tego wszystkiego jeszcze smaczna. Niektorzy mieli tez slynne marliny. Te z kolei sa podobno niejadalne. Lapie sie je jedynie dla sportu jako trofea.

 

27 czerwiec 97 (piatek)

Zbudzilimy sie wczesnie, a wlasciwie halas nas sciagnal. Czekalismy na wyciagniecie lodzi ale jakos to nie nastepowalo. Piotr poszedl szukac pomagiera Alfredo. Gdy go w koncu dopadl ten powiedzial, ze jest zajety i jutro czyli "maniana", to zrobi. Troche nas to wscieklo. Postanowilismy nie czekac na "maniana". Pytajac sie wszystkich na okolo Piotr znalazl mechanika, ktory naprawia silniki Evinrudea. Akurat takie jest nasz. Zostawiajac wiec Nancy i Mika przy stole u Alfreda poszlismy sie z nim dogadywac. Chodzilismy od jednego do drugiego nagabujac i proszac. Oni wili sie jak piskorze zapewniajac, ze sa potwornie zajeci. W koncu jednego tak zapedzilismy jednego w kozi rog, ze sie zgodzil jutro rano przyjechac do portu na rampe i tam zdjac uszkodzona czesc. Zobaczyc co jest uszkodzone i zdecydowac co da sie zrobic. Odetchnelismy z ulga. Jakis postep. Po powrocie zastalicny Nancy i Mika w tym samym miejscu. Mike zdecydowanie na nastepna noc chcial byc w hotelu. Tak wiercil Nancy dziure w brzuchu, ze poszlysmy obie na poszukiwanie jakiegos wolnego pokoju. Przy tym nalezalo naprawic w koncu daszek. Z pokojem nam sie udalo. Akurat ma dzisiaj zwolnic sie jeden wiec Nancy od razu go zarezerwowala. Naprawa daszku tez poszla sprawnie ale musialysmy sie nachodzic. W sklepie z materialami, gdzie myslalysmy, ze moze maja jakas maszyne do szycia odeslali nas do prywatnego domu do krawcowej imieniem Ninga. Blakajac sie po uliczkach w koncu trafilysmy. Byla to starsza kobieta. Sidziala w nedznym domku, w pokoju niesamowicie ciemnym i cos szyla. Na migi pokazalam o co mi chodzi. Zgodzila sie i od razu zabrala sie do pracy. My czekalygdyby nie ten niemilosierny balagan. Nie wiem dlaczego z ubostwem idzie niechlujstwo. Nie wymaga to przeciez zadnych nakladow finansowych. Razem z Ninga w pokoju siedzialo chyba z szescioro nastolatkow. Wszystkie gapily sie w TV. Nadawano jakas glupawa "soap opera". Az prosilo sie pogonic cale bractwo do pracy w obejsciu. No ale widac tak musi byc. Obserwowalismy to w Meksyku wielokrotnie. Po chwili daszek byl gotowy. Zaplacilismy i wrocilismy do naszych panow, ktorzy w tym czasie zdazyli wypic kolejna margarite. Mike ucieszyl sie, ze jest juz pokoj i prawie antychmiast razem z Nancy tam poszli. My zostalismy w restauracji. Jeszcze cos tam wypilismy i poszlismy do miasta. Polazilismy i poszlismy na kolacje do innej z kolei restauracji, gdzie wczesniej umowilismy sie z Nancy i Mikiem. Aukrat w niej odbywalo sie jakies party. Uczestnikami byli Amerykanie, nie "rednecki", ktorzy sa tu wiekszoscia. Z podsluchaniej rozmowy okazalo sie, ze to grupa dentystow, ktorzy przylecieli tu swoimi samolotami z Polnocnej Kalifornii, w ramach charytatywnej pomocy. Przez kilka dni leczyli za darmo miejscowe zeby, a teraz na koniec sobie odpoczywaja. W zamian w Stanach beda mogli sobie odliczyc od podatkow eksploatacje samolotu na ten czas. Siedzielismy w knajpie jak najdluzej sie dalo, bo wiedzielismy, ze na lodzi i tak nie zasniemy z powodu halasu. Mike oswiadczyl nam tez, ze to nasza pozegnalna uczta, bo zdecydowal, ze jutro wylatuja w dalsza podroz. Doszedl do wniosku, ze dla niego juz sie pobyt zakonczyl. Troche nas rozczarowal, bo liczylismy, ze majac samolot zaproponuje np. przywoz czesci ze Stanow, jakby taka koniecznosc zaistniala. No ale nie pomyslal. Trudno. Poradzimy sobie.

 

28 czerwiec 97 (sobota)

Rano na wioselkach podplynelismy do rampy. Tu Piotr przy "pomocy" meksykanczyka zdjal zniszczona czesc. Ten "pomocnik" to klasyczny "transient" idacy z poludnia na polnoc, a jego celem sa Stany. Zbiera wiec gdzie moze pieniadze na dalsza podroz. Nadazylismy sie my wiec rzucil sie na okazje. Niewiele pomogl, ale nie wypadalo nie dac pieniedzy. Podszedl on do nas jeszcze raz gdy siedzielismy w restauracji u Alfredo. Poprosil jeszcze o pieniadze, gdyz jak twierdzil to co ma nie wystarczy nawet na bilet do sasiedniej miejscowosci. Wygladal jakos tak proszaco, ze dalam kolejne $10. Przyjechal tez mechanik. Zabral czesc i umowilismy sie na popoludnie po odpowiedz. Po raz ostatni spotkalismy sie z Nancy i Mikem. Zabrali oni reszte bagarzy pozostawionych na lodzi, wsiedli w taxi i pojechali na lotnisko. O umowionej porze poszlismy do mechanika. Okazalo sie, ze szkoda jest wieksza niz przypuszczalismy. Nie tylko rozbita obudowa, ktora latwo zaspawac, ale i w srodku uszkodzone lozyska. Oczywiscie to nie Stany, wiec zapasowych czesci nie ma. Mechanik mial stare silniki z ktorych zaoferowal sie cos sklecic. Problem byl z walem na ktorym osadzone jest lozysko. To co mial bylo za dlugie. Nalezalo wiec skrocic i dospawac. To spawanie budzilo Piotra niepokoj. Zastanawial sie czy zrobia to centrycznie i czy wyogole wytrzyma. Mieli spawac nierdzewna stal, trudna w obrobce. Do tego koszt, niepewnej pracy $850. Piotr postanowil wiec zorientowac sie jak mozna zdobyc cala nowa czesc i za ile. Dzwonil do naszego znajomego Petera Knolla do Stanow. Ten z kolei popytal sie i podzwonil. Gdy wieczorem ponownie sie z nim skontaktowalismy mial juz niezbedne informacje. Niestety hiobowe. Koszt okolo $3000 i miesiac aby dostarczyli. Zupelnie nierealne. Musielismy wiec przystac na propozycje mechanika i trzymajac kciuki, ze wszystko bedzie dobrze. Wieczorem znowu na kolacje do kolejnej restauracyjki. Tym razem do stylowej palapy polozonej na plazy. Prowadzona jest ona przez Francuza - Filipa, ktory zjawil sie na Baja 15 lat temu celem studiowania indianskich malunkow skalach, a stal sie expertem do kuchni. Jedzonko, oczywiecie ryby, niezle ale nie tak dobre jak u Alfreda. Jedynie deser - lody z mango i likierem - palce lizac.

 

29 czerwiec 97 (niedziela)

Dzien zszedl na niczym. Mechanik nieczynny, nie moglismy wiec stac mu nad glowa i patrzec na rece co tez wyczynia. Wiekszosc sklepow tez pozamykana. Lazilismy wiec uliczkami. Zar okropny. Nawet nie chce sie ruszac. Na lodzi tez nie najlepiej. Rozpalony smrod portowy wymieszany z rybim smrodem pelikaniego guana dziala wymiotnie. Przemieszczalismy sie wiec od jednej knajpki do drugiej. Popijalismy zimne trunki, podjadalismy lody. Wieczorem jak zwykle gdzies na kolacje, a w nocy tez jak w kazda towarzyszyly nam halasy z promenady. Juz zaczelismy sie do nich przyzwyczajac. Staly sie czescia naszego zywota. Mamy nadzieje, ze nie potrwa to dlugo i jutro silnik bedzie sprawny i zdatny do dalszej drogi.

 

30 czerwiec 97 (poniedzielek)

Rano pierwsza rzecz to pognalismy do mechanika aby sprawdzic postep prac. Dowiedzielismy sie tez w koncu jak ma on na imie. Zwie sie Lalo. Jakos tak nie po meksykansku. Chociaz on sie zapieral, ze to popularne imie. Niech mu bedzie. Zapewnil nas, ze wszystko jest "OK" i praca bedzie perfekcyjna. Nie mielismy innego wyjscia jak mu wierzyc. Lalo obiecal, ze o 15.30 przyjedzie do portu i zalozy naprawiona czesc. W miedzyczasie poszlismy do banku po pieniadze. To co mamy starczy akurat na zaplate dla niego, ale jeszcze potrzebujemy na benzyne aby doplynac do San Felipe. W banku kolejka. Odstalismy swoje ale niestety nie dostalismy pieniedzy. Okazalo sie, ze nie tylko nie realizuja osobistych czekow, ale i nie daja na karty kredytowe. Dwa lata temu dostalismu w tym samym miejscu gotowke. Tez potrzebowalismy pieniedzy i bez problemu nam je dali. Teraz nie. Wytlumaczyli nam, ze wiele kart i czekow bylo bez pokrycia wiec ukrocili to. Dla nas to prawdziwy problem. Zapewniona nas jednak, ze w Santa Rosalia mozna wybrac pieniadze na karty kredytowe i jedynym wyjsciem jest tam jechac. Na szczescie to po drodze, a to co mamy na benzyne wystarczy. Lalo zjawil sie na czas. Sprawnie zalozyl czesc i poplynelismy na przejazczke, aby wyprobowac czy dziala. Wszystko bylo jak nalezy. Silnik pracowal rowno. Nic nie tluklo ani nie telepalo. Wreczylismy mu wiec naleznosci i odstawilismy do portu. Teraz naprawde bylismy splukani. Jakos mielismy watpliwosci czy w Santa Rosalia uda nam sie wybrac pieniadze. Z doswiadczenia wiemy, ze roznie to bywa. Postanowilismy pojsc do Alfredo i spytac sie czy on nie zrealizuje nam czeku. Po drodze spotkalismy starsza Amerykanke. Szla na spacer z psami. Piotr spytal sie jej czy nie wie gdzie w Loreto mozna skasowac czek. Powiedziala, ze Alfredo to powinien zrobic. Teraz juz poszlismy do niego jak w dym. Nie bylismy jednak pewni czy wydamy mu sie wiarygodni i zechce udzielic nam pozyczki. Akurat wrocila ze Stanow jego zona, Gail. Byl wiec w dobrym nastroju. Wysluchal Piotra, pokiwl glowa i kazal zonie dac $200. Piotr oczywiscie wystawil czek i zapewnil, ze po powrocie wplacimy go do ich banku. Mielismy juz chociaz troche gotowki. Byla to tez okazja do porozmawiania z jego zona. Bylismy ciekawi jak jej sie tu zyje i co ja sklonilo do wyjazdu ze Stanow. Mowila, ze najpierw przyjechal tu Alfredo jako tlumacz ze stanowymi senatorami. Spodobalo mu sie. Poniewaz pracowal w restauracji w San Francisco znal sie troche na tym. Postanowil zalozyc restauracje w Loreto i byc sobie panem, a nie latynoskim kucharzem w Stanach. Poza tym zrobila to tez dla dzieci, ktorym chciala przyblizyc kraj ojca. Plan byl aby zostac przez kilka lat. Te kilka lat przedluzylo sie do 26 i nie widzi juz siebie w innym miejscu. Mowila, ze na poczatku bylo ciezko. Zaczeli od parceli dalej od deptaka, a z biegiem czasu wykupili spora dzialke przy morzu i porcie. Teraz nie tylko Alfredo prowadzi turystow na polow ryb, ale i ona ma zajecie nadzorujac restauracje. Do tego jedna z corek Linda prowadzi agencje turystyczna. Wszystko wiec dziala sprawnie i dostarcza radosci i satysfakcji. Kolo 5-tej uporalismy sie ze wszystkim w Loreto i nareszcie wyplynelismy. Nie chcielismy juz kolejnej nocy spedzac w porcie. Dokladnie tydzien mielismy unieruchomiony silnik i teraz nie moglismy sie doczekac aby odplynac. Szybko wiec skoczylismy na najblizsza wyspe Coronado. Nareszczie cisza.

 

1 lipiec 97 (wtorek)

Rankiem wyruszylismy w dalsza podroz. Tuz po starcie nagle silnik dostal drgawek. Serce stanelo mi w gardle. Czyzby to nowe klopoty i musimy wracac do Loreto? Nawet nie chcialam o tym myslec. Na szczescie po przeczyszczeniu filtra i swiec zaczal pracowac normalnie. Odetchnelam. Na lunch stanelismy w malowniczej zatoczce San Juanico. Stercza tu z wody biale jak snieg pionowe skaly, a na jednej z nich zeglaze skladaja swoje podpisy. Nie wiedzielismy tylko na ktorej. Przez to nie moglismy wyskrobac naszych imion. Moze innym razem to zrobimy. Poza nami bylo tu kilka zaglowek i ku naszej radosci znowu spotkalismy Joe, Krisa i Shanon. Nurkowali przy skalach i tez ucieszyli sie, ze nas widza, bo slyszeli przez radio, ze mamy jakies klopoty z silnikiem. Musielismy wiec im opowiadac o naszych tarapatach. Po rozstaniu na pelnych obrotach doplynelismy do wyspy San Marcos, 13 mil na poludnie od Santa Rosalia. Po drodze minelismy Zatoke Poczecia. Wolalismy przez radio Davea. Nie odpowiedzial, byc moze pojechal jednak do Stanow. Na wyspie San Marcos znajduje sie stale jeszcze czynna kopalnia gipsu. Na zachodnim jej krancu jest cala osada, w ktorej mieszkancy pobudowali sobie domy z gipsu. Stoi tam urocza kapliczka z tegoz to materialu. Mieszka tam az dwoch lekarzy. Mysle ze lecza pylice. Wschodnia czesc wyspy jest skalista i pieknie kolorowa. Znalezlismy tu odpowiednia zatoczke i zostalismy na noc. Z zatoczki otwiera sie kanion w glab ladu. Piotr poszedl go zbadac. Jest bogaty w pustynna flore i spektakularnie wyrzezbiony w kolorowych skalach. W nocy dopadla mnie zemsta Montezumy. Wszystko bolalo. Cala noc sie meczylam. I tak dobrze, ze stalo sie to dopiero teraz.

 

2 lipiec 97 (sroda)

Rano bylam do niczego. Nie bylo jednak czasu na pozostanie. Trzeba bylo plynac dalej. Piotr i tak byl juz spozniony do pracy. Ma sie stawic 7-go a tu przed nami co najmniej tydzien plyniecia. Wplynelismy wiec do portu w Santa Rosalia. Jakos tym razem wydal mi sie duzo brudniejszy niz poprzednim. Stanelismy miedzy pangami, bo tu chyba latwiej podjechac ciezarowka i przelewac benzyne. Woda pokryta gruba warstwa czarnej mazi. Czort wie co to. Jakies smary, scieki z kutrow, odpady ryb, jakies puszki i plastikowe worki. Do tego smrod. Ja po sencacjach nocy jeszcze bardziej wyczulona. Zacisnelam wiec zeby aby nie dolozyc do wod portu. Piotr oczywiscie wyszedl na lad nie tylko znalesc kogos z beczkami ale i wybrac pieniadze z banku. Zapowiadalo sie, ze bede czekala dlugo. Do tego wszystkiego aby jakos zamocowac lodz, tak by nie nadziela sie na jakis sterczacy z wody metalowy pret, musialam wlesc po uda do tej mazi. Czegos tak obrzydliwego w zyciu nie doswiadczylam. Mimo zaciskania zebow nie pomoglo. Dodalam sniadanko do "blekitnych wod portu". Tym moim zmaganiom przygladali sie rybacy. Smieli sie, pokazywali mnie sobie palcami a przy tym popijali cos, pewnie tequille z butelek zaslonietych papierowymi workami. Jak nigdy marzylam aby Piotr juz wrocil. Nie bylo go chyba z godzine. Zjawil sie w koncu z benzyna. Podjechal tuz na brzeg i zaczelo sie przelewanie. Tak fatalnego jeszcze nie bylo. Fale rozbijaly sie o powygryzany betonowy brzegu szarpiac i skrobiac lodz. My po pas w tych sciekach i tlumek rybakow komentujacy i przygladajacy sie. W koncu ta trwajaca wieki makabra sie skonczyla. Piotr jednak poczul potrzebe zadzwonienia do pracy i powiadomienia gdzie jest. Zostawil mnie wiec znowu sama. Bylam naprawde na niego zla. Chcialam jak najszybciej odplynac. Znowu szamotalam sie z rzucana falami lodzia. W pewnym momencie zlitowal sie jeden z widzow. Wlazl do wody i trzymal ze mna lodz. Mowil calkiem niezle po angielsku. Okazalo sie, ze pracowal w Stanach, ale mial dosc i wrocil. Byl tez zdrowo nacpany. Proponowal i mi "papieroska". Odmowilam. Zaczal wiec prawic mi komplementy. Byly rownie atrakcyjne jak otoczenie. Pasowaly jak ulal. W koncu Piotr wrocil. Z ulga wylazlam z tej mazi. Moj pomocnik z kolei wyciagna do Piotra reke z prozba o zaplate. Nie byla to bezinteresowna pomoc, jak sie okazalo. Piotr dal mu $10. Nie spotkalo sie to z aprobata. Odplywajac slyszelismy wyzwiska. My jednak nie zwracalismy na to uwage. Zaraz za portem zabralismy sie za czyszczenie wlasnych cial. Od razu poczulam sie lepiej. Poplynelismy dalej na polnoc i dotarlismy do Bahia San Francisquito. Postanowilismy jeszcze raz sprawdzic czy nieosiagalna Debbie jest w domu. Tym razem byla razem z mezem Albertem i dwojka dzieci w wieku szkolnym. Debbie uwaza sie za artystke i piosenkarke. Pokazywala nam nawet swoje prace. Naszym zdaniem bardzo amatorskie i ze sztuka majace niewiele wspolnego. Ta jej artystyczna dusza jak twierdzi zupelnie nie jest rozumiana przez meza, meksykanczyka realiste i twardo stojacego na ziemi. Z duma pokazywala sowje dziela, a my nie mielismy slow. Jej najwiekszym sukcesem i dorobkiem 20 lat, jest wystawa w Domu Kultury w Santa Rosalia. Tylko kiwalismy glowami. Coz tu mowic. Dla nas jej dziela sa zalosne. Lepiej zabralaby sie za uporzatkowanie smietnika w domu i za dzieci. Z dziecmi jest inny szkopul. Bahia San Francisquito jest na zupelnym odludziu. Tu diabel mowi dobranoc. O szkole nie ma mowy. Sa wiec dwa wyjscia albo poslac do internatu albo uczyc w domu. Debbie na zaden internat sie nie godzi. No wiec pozostal dom, ale tu z kolei nalezaloby pilnowac czego jej artystyczna dusza nie znosi. Dzieci wiec rosna bez jakiejkolwiek nauki. Na nasza uwage, ze to chyba ze szkoda dla nich odpowiedziala, ze sa tak inteligentne, ze czerpia z otoczenia. Jej dzieci jej sprawa. Wyrzadza tylko im krzywde. Gdy powiedzielismy, ze jestesmy Polakami Debie stwierdzila, ze jej dziadek tez z Polski. Nie mogla jednak przypomniec sobie miejscowosci. Poza "praca tworcza" Debie zapewnia kontakt przez krotkofalowke z lodziemi na Morzu Korteza. Jej radiowe imie jest "Blue Fox". Teraz akurat radio nie dziala, wiec jest zupelnie odcieta od swiata. Dla niej to kolejny powod narzekania na meza. Nam jednak zrobilo sie go zal. Blad w wyborze partnera kosztuje go pewnie wiele. Widac jednak, ze uwaza, ze zeni sie tylko raz i na cale zycie.

 

3 lipiec 97 (czwartek)

Rano poplynelismy pozegnac sie z Debbie. Zajelo to jednak chwile a w tym czasie zaczely na wodzie robic sie grzywacze. Trzeba wiec bylo poczekac. Z wysokosci jej domu, stoi na wysokiej skarpie, obserwowalismy fale. Niestety zamiast malec sie zwiekszaly. Musielismy wiec siedziec u niej i sluchac jej narzekan na meza i rozwazan, co to by ona nie dokonala gdyby on ja popieral. Jednym z jej dziel sa scenki na trykotowych koszulkach. Mogloby i nawet byc ale niepotrzebnie dodaje zloto. Twierdzi ze to nadaje bizantyjski styl, ja mysle ze robi sie szmirowate. Wyjawila nam tez, ze jej druga pasja to spiewanie. Wystepuje w okolicznych miasteczkach, na roznych fiestach i walkach kogutow. Spiewa meksykanskie piesni ludowe? Jej marzeniem jest nagranie kasety na co nie ma pieniedzy i znowu wini za to meza, ktory wedlug niej jest po prostu zazdrosny. Na to stwierdzenie Piotr az uniosl brwi. O tym jak bardzo Debbie buja w oblokach swiadczy jej zamiar stworzenie w tym odludnym miejscu "Centrum Kultury". Nie wyjasnila jednak jakiej. Spytalismy sie jej tez dlaczego chcac byc artysta wybrala wlasnie to miejsce. Byloby jej przeciez duzo latwiej robic kariere w kibucu, lub tam skad pochodzi, czyli w Nowym Jorku. Stwierdzila, ze zachwycila ja natura a miala do wyboru dwa miejsca na ziemi, Baja, gdzie byla juz wczesniej z grupa hippiesow, lub kibuc w Izraelu. Ta druga mozliwosc nieco nas zaskoczyla mimo, ze wiedzielismy, ze jest zydowka. Wyjasnila, ze chciala przywracac stare zydowskie ziemie jej prawowitym wlascicielom. W owym czasie myslala, ze to jest jej powolanie. Teraz twierdzi, ze dzialalnosc artystyczna. Stale zresza uwaza, ze nie byloby zle gdyby wybrala kibuc. Ma racje, tam pasowalaby duzo bardziej. Moglaby wystawiac swoje dziela w miejscowym domu kultury i sztuki na ziemiach okupowanych. Malujac na koszulkach bochaterskie zmagania z palestynczykami. Kolo 4-tej fale lekko zmalaly. Postanowilismy sie rozstac. Bylismy juz zreszta zmeczeni ta wizyta. Na koniec jeszcze Debbie spytala sie, czy nie mamy zbednego jedzenia. Oczywiecie mialam. Zapas konserw byl spory i chetni czesc z nich oddam. Ucieszyla sie ogromnie. Powiedziela, ze dzisiaj dzieci beda mialy uczte, bo od dluzszego czasu jedza tylko fasole. Rece mi opadly. Dodalam wiec i kilka batonikow i dropsy. W koncu wiec wyruszylismy dalej. Po przeplynieciu chyba z dwoch mil fale zrobily sie olbrzymie, z 5 stop. Jedna z nich wdarla sie na poklad i zalala znowu wszystko. Poza wiatrem i falami doszly duze swells. Zaczelo wygladac zle. Tworzy sie tu podobne zwezenie jak przy La Ventana gdzie omalze nie doszlo do nieszczescia. Nie ryzykowalismy. Piotr przybil do najblizszej zatoczki. Niebezpiecznie bylo plynac dalej. Zostalismy tu na noc pilnujac glebokosci. Uwazalismy aby nie osiasc na ostrych kamieniach ktore sterczaly z wody. Odplyw w tym miejscu jest 6-7 stop.

 

4 lipiec 97 (piatek)

.
 

.
       kortez16.jpg (11419 bytes)

 

| lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com |