Małgorzata Karolina Piekarska
Też miałam 19 lat...
Siegnelam wtedy po raz pierwszy po te listy. Dlaczego też? Bo tyle samo miał również ich autor. Czy to przypadek? Zrządzenie losu? Do dziś się nad tym zastanawiam.
Wtedy byłam tuż po maturze, nie dostałam się na studia i podjęłam prace w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Po 2 miesiącach pracy w słabo ogrzewanym BUW-ie rozchorowałam się i leżąc z temperatura w pościeli
przypomniało mi się, ze na polce u ojca widziałam książkę Znaczy Kapitan Karola Olgierda Borchardta. Koleżanka z pracy polecała mi ja kiedyś jako rewelacyjna lekturę na chorobę z gorączką, kaszlem i katarem do pasa.
Pobiegłam do obszernej biblioteki Ojca. Gdy wieczorem wrócił on do domu, a ja z wypiekami czytałam opowieść o Mamercie Stankiewiczu rozpoczęliśmy rozmowę. To wtedy usłyszałam:
– Na Lwowie pływali Czesiek i Zbyszek. Moi stryjowie.
– Bracia dziadka Bronka?
– Tak. Ja ci zaraz dam listy Zbyszka. Piękne listy, które pisał ze Szkoły Morskiej w Tczewie.
I tak ułożone równiutko w szarej teczce listy wylądowały na moim łóżku. Połknęłam je zaraz po tym jak przeczytałam inne publikacje Borchardta. Dotarłam do ostatniego Zbyszkowego listu i... dlaczego nie ma dalszych? Co
się z nim stało? Ze Zbyszkiem oczywiście. Ja jestem wnuczka jego najstarszego brata Bronisława. Alek i Grzesiek są wnukami Czesława, a Zbyszek? Nie miał chyba dzieci, bo bym je znała lub znała dzieci jego dzieci. Gdzie wiec urywa się po nim ślad? Na
pewno przed wojna, bo w innym przypadku opisałby go tata w swojej książce - wspomnieniach z czasów wojny, ale ... Taty nie ma w domu. Nie ma kogo spytać... czekam niecierpliwie. wreszcie umęczony praca zjawia się Ojciec:
– Co się stało ze Zbyszkiem?
Ojciec przez chwile nie wie o co w ogóle pytam, ale widząc w moich rękach teczkę z listami zakapuje:
– Umarł – odpowiada.
– Jak to?
– Na serce czy coś...
"Czy coś"... Phi! "Coś!"style="mso-spacerun: yes"> To "coś" mi nie pasowało. Pobiegłam do mieszkającej niedaleko cioci Steni Krosnowskiej. Ciocia Stenia z domu Ruszczykowska była
córka Stanisława Ruszczykowskiego rodzonego brata prababci Zosi czyli mamy Zbyszka, Czesia i Bronka. No i jako pasjonatka rodzinnych tajemnic znała ich cale mnóstwo.
Wpadłam do niej jak bomba i z trudem łapiąc oddech zaczęłamstyle="mso-spacerun: yes"> opowiadać o listach. Znała je. Jakże ciocia Stenia mogłaby ich nie żnąc? Obie ciocia Hania Mioduszewska z domu Ohde
na prośbę mojego ojca przepisywały te listy na maszynie. Skoro znała losy wiedziała też sporo o ich autorze. O Zbyszku. Gdy spytałam wiec o niego to ciocia opierając wskazujący palec z sygnetem o rączkę laski konspiracyjnym szeptem poinformowała
mnie:
– To było samobójstwo w hipnozie!
– Też coś takiego słyszałam - oddala ciocia Hanka, która akurat była tam również z wizyta. – Ale to były takie czasy. Moda na psychoanalizy, hipnozy i seanse spirytystyczne.
– Podobno ktoś mu powiedział, ze dzisiaj o 10 się powiesisz i on to zrobił. – powiedziała ciocia Stenia.
– Ale czekaj Steniu! czekaj - przerwała ciocia Hanka. – słyszałam też, ze Bronek ożenił się z jego narzeczona i to dlatego. Nie ma nawet dzisiaj kogo spytać... ani bronek ani Janka nie żyją...
Byłam blado zielona. Wysłuchałam tych opowieści z przerażeniem i ... rozpacza. czemu ojciec mi nie powiedział? Pojechałam do brata ojca - stryja bronka, mojego ojca chrzestnego. Wprawdzie urodził się w Częstochowie w 1944
roku po upadku powstania, ale ... znał prababcię Zosię. Może coś wie?
– Znasz listy Zbyszka Piekarskiego?
– Mojego stryja? Znam.
– Co się z nim stało?
– Powiesił się. W Szkole Morskiej w Tczewie. Podobno dlatego, że kochał się w mojej mamie, a mój ojciec się z nią ożenił...
Do domu wróciłam załamana. Płakałam nie tylko nad Zbyszkiem, ale i nad sobą, bo może to wydać się komuś głupie, jednak czytając te listy, które pisał chłopak w tym wieku w jakim ja wówczas byłam, zaprzyjaźniłam
się z nim. Choć w sumie to mój dziadek. Płakałam też nad babcia i dziadkiem. Myślałam, ze może to iż w powstaniu stracili syna to jakaś kara czy klątwa? Może przechodzi ona i na mnie? Ojcu zrobiłam awanturę!
– Małgosiu, ja się balem, ze ty się zdenerwujesz.
– przecież wiedziałeś, ze tak czy inaczej się dowiem. Wiec po co?
Tu nastąpiło długie milczenie i wreszcie padła odpowiedz:
– nie wiem.
– I naprawdę kochał się w babci? I przez nią to?
– Oj! A kto się tego teraz dowie? Wszyscy trzej się w niej kochali. Czesiek nawet list przysłał z morza napisany na desce! Zaczynał się od słów: "aniele niebieski pisze do ciebie na kawałku deski", ale list
szlag trafił w czasie wojny...
Przez następne lata imając się rożnych zajęć i zdając na studia przekopałam wszystkie książki o Szkole Morskiej jakie znalazłam w bibliotekach. Dowiedziałam się z nich, ze Roland Liedtke, Albin Serbinowicz i inni
koledzy Zbyszka zginęli w obronie Kępy Oksywskiej. Więc pewnie nawet gdyby nie jego śmierć w szkole to i tak nigdy byśmy się nie spotkali.
Listy Zbyszka i sam Zbyszek dostarczył mi wielu wzruszeń jeszcze kilka razy. Oto w 1990 roku pojechałam nad morze i stamtąd zrobiłam sobie wycieczkę do Tczewa. Obejrzałam księgę parafialną z zapisem o zgonie Zbyszka.
Odwiedziłam jego grób w cmentarzu. Obejrzałam budynek Szkoły Morskiej, w której odebrał sobie życie, a w Gdyni gdzie teraz owa szkoła się mieści zwiedziłam muzeum szkolne, do którego przed laty tata ofiarował zbyszkową legitymację szkolną.
Po śmierci ojca, gdy jego biurko i biblioteka ze swoimi tajemnicami stanęły przede mną otworem znalazłam teczkę Zbigniew piekarski. Teczkę, która wielokrotnie miałam w ręku. W niej tkwiła szara zalakowana koperta. Bałam
się jej, bo miała napis: "śmierć Zbyszka", ale ... w końcu zawsze chciałam to wiedzieć. Dlaczego to zrobił? Naprawdę dlatego, ze mój dziadek Bronek, a jego brat żenił się z moja babcia Janina Adamska?
Otworzyłam. Wypadły stamtąd telegramy zawiadamiające o śmierci, odpis zeznań kolegów ("Zbyszek dostał list od brata, w którym ten napisał, że się żeni") i jego wychowawcy pana Kosko. Wypadły też dwa zdjęcia
Zbyszka w trumnie, rachunek za pogrzeb oraz spis rzeczy, które po sobie pozostawił...
W czasie II wojny światowej moi dziadkowie i pradziadkowie, czyli rodzice Zbyszka Ludwik Roch Piekarski i Zofia z Ruszczykowskich mieszkali na Sadybie. Wysiedleni z Warszawy po powstaniu przeszli przez obóz przejściowy w
Pruszkowie. Gdy po wyzwoleniu wrócili do Warszawy z mieszkania zaginęły rożne rzeczy miedzy innymi banknoty, które Zbyszek zbierał, zaginął też zbiór jego pocztówek. Wiem, że zdjęcie Zbyszka wisiało nad łóżkiem jego mamy, a mojej prababci Zosi
do końca jej dni. Dziś wisi u mnie w pokoju razem z guzikami za 2 i pół tysiąca marek, których kupno opisał w liście. Same listy schowane są w jednej z szuflad sekretarzyka. Mam je, bo prababcia Zosia przechowywała to jak relikwie aż do swojego
zwariowanego końca. Bo ta kobieta, która przeżyła trzech synów, wnuka (mój stryj Antoni Piekarski zginął w Powstaniu Warszawskim mając 16 lat) oraz męża nie zmarła ot tak sobie! Zmarła najbardziej zwariowanie jak tylko mogła spowiadając się
sprowadzonemu o 11 nocy z klasztoru przy ulicy Rakowieckiej Jezuicie po ... francusku i mówiąc na koniec zdanie: "ma vie est fini".
Wiem, że w początkach trwania małżeństwa swojego najstarszego syna, a mojego dziadka Bronisława nie lubiła mojej babci. Podobno wymawiała jej, że przez nią Zbyszek nie żyje. Czy miała o to żal do końca życia? Nie
wiem. Wiem, że ostatnie 10 lat spędziła nie wstając prawie z łóżka, jedząc w pościeli posiłki, które przygotowywała, o ironio losu, ta właśnie synowa.
A co do listów Zbyszka to czytałam je fragmentami wielu znajomym. Wszyscy mówili: "musiał to być fajny gość!" i dlatego pewnego dnia podjęłam decyzje: ty też powinieneś poznać "fajnego gościa".
To co robi największe wrażenie przy lekturze tych listów to nie tylko szczegółowy opis dnia w Szkole Morskiej z opisami posiłków, cenami wspomnianych guzików czy książek oraz rozkładem zajęć. To nie tylko fakt, że można
na ich podstawie prześledzić kłopoty z jakimi borykało się szkolnictwo w II Rzeczpospolitej Polskiej, która przecież swoją niepodległość odzyskała po 100 latach niewoli i nie miała tak od razu podręczników. Cudowne jest, że można w tych
listach odnaleźć marynarzy znanych z książek Karola Olgierda Borchardta oraz że na ich podstawie można prześledzić i porównać styl w jakim kiedyś uczniowie pisali listy do rodziców. "Bardzo wielką przykrość zrobiła mi uwaga Tatusia, że do
osób starszych nie pisze się ołówkiem ja to wiem i nigdy nie napisałbym do nikogo ołówkiem gdyby nie brak atramentu. Tatuś może powiedzieć "czemuś nie kupił" i byłoby to zupełnie racjonalne gdyby nie to, że nas na miasto puszczają
tylko w środy i soboty. Bardzo więc Tatusia przepraszam za mój mimowolny nietakt." Jakże to inne od znanego z kawału: "kochane pieniążki przyślijcie rodzice". A najwspanialsze jest to, że to dzięki nim wiem, że bez względu na czasy w
jakich żyjemy mentalność nastolatków jest taka sama. Kochają psikusy, ksywki dla swoich wykładowców i kolegów. Kochają zwariowane piosenki i słowo dupa. To wszystko powiedziały mi te autentyczne przecież listy. Pisane na rożnych kartkach, czasem
nawet zakręcone... w ślimaka! Niektóre pisane były na pocztówkach. Na jednej z nich jest ... Lwów, na którym Zbyszek zawinął do Cherbourga. Lwów - pierwszy polski statek szkolny. Kolebka polskiej marynarki. Pływało nim wielu marynarzy. Wśród nich
z pewnością niejeden "fajny gość". Ale tylko po Zbyszku zostało przeszło sześćdziesiąt listów.