| lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++  | strona danuty błaszak: http://danutabe.miastoliteratow.com |
 
 
Piotr Listkiewicz


Informacje o autorze dostępne na portalu:

Piotr (Peter) Listkiewicz
STUDIO "ZA PRÓG"
http://www.uq.net.au/zaprog
 Australia 2010
Piotr Listkiewicz

fragment książki „Tajemnica Wiszącej Skały”. (5)

Aborygeński „Czas snu” to codzienne życie na granicy światów fizycznego i metafizycznego do tego stopnia, że ta granica już w dzieciństwie przestaje zupełnie istnieć i często Aborygen sam nie wie, w jakim stanie i świecie się znajduje. To naturalnie rodzi wielkie zamieszanie zwłaszcza w zetknięciu z cywilizacją białych, bo Aborygen interpretuje fizyczne fakty w sposób metafizyczny i vice versa. Biali od ponad dwustu lat nie rozumieją mentalności Aborygenów, ponieważ dla nich istnieje jedynie twarda, fizyczna rzeczywistość, w której nb. też nie potrafią się znaleźć ze względu na brak wiedzy o nieustannym przenikaniu się światów widzialnych i niewidzialnych oraz o konsekwencjach jakie z tego faktu wynikają. Biały człowiek – niezależnie od swoich wierzeń i wykształcenia – również żyje w dwóch światach jednocześnie, z tą jednakże różnicą, że o metafizycznym albo ma mgliste pojęcie, albo w ogóle o nim nie wie. Ortodoksyjna nauka wszczepiła ludziom naszej cywilizacji wiedzę jedynie o horyzontalnej egzystencji, podczas kiedy egzystencja każdej żywej istoty posiada jeszcze pionowe, o wiele ważniejsze spectrum. O ile prawdziwi Aborygeni żyją na co dzień według pionowego schematu: dusza, umysł, psyche i ciało, o tyle biali żyją na horyzontalnym poziomie umysłu i sfery uczuciowo-emocjonalnej, a jedynym ich aspektem pionowym jest ciało znajdujące się o pół piętra niżej. Z tego względu przeciętny biały człowiek nie ma wstępu do wyższych światów i mówienie o ewolucji świadomości, „uduchowieniu” lub „postępie duchowym” w większości przypadków jest jedynie farsą. (...)

Zaiste trudno się dziwić, że idea „Czasu snu” jest tak skomplikowana i niewiarygodna dla białego człowieka. Jednakże z punktu widzenia odwiecznej mistycznej gnozy wszystkie aborygeńskie koncepcje są zrozumiałe i świadczą o pojmowaniu metafizycznych światów, które przenikają nasz poziom fizyczny. Brak rozróżniania pomiędzy rzeczywistością obu poziomów, który z punktu widzenia chrześcijańskich ideologii spycha Aborygenów na margines pogaństwa, z punktu widzenia mistycyzmu świadczy jedynie na ich korzyść jako ludzi żyjących praktycznie i świadomie w pionowym spectrum universum. Między innymi dlatego dzielimy religie na kategorie: materialistyczne, w których światy wewnętrzne nie
odgrywają żadnej roli w życiu wiernego i choć teoretyczna wiedza (na ogół bardzo szczątkowa) o nich istnieje w księgach, nikt nie traktuje jej poważnie oraz duchowe, w których wierny świadomie przywiązuje wagę do życia duchowego w takim wymiarze, do jakiego dorósł i dojrzał w wyniku uprawiania odpowiednich praktyk duchowych. Religie drugiej kategorii prowadzą wiernego coraz wyżej w dziedziny najpierw umysłowych, a następnie duchowych światów, co powoduje, że istnieje postęp duchowy, który pewnego dnia doprowadzi go do zbawienia. Religie pierwszej kategorii prowadzą wiernego donikąd, a ich gwarancje osiągnięcia „nieba” są nie do wyegzekwowania. (...)

Ktoś może w tym miejscu powiedzieć, że tego typu naiwne interpretacje ukształtowania krajobrazu świadczą o prymitywizmie Aborygenów. Nie możemy jednak zapominać, że jest to interpretacja mitologiczna, czyli mistyczne fakty ubrane w mitologiczną fabułę, która pozwala na lepsze zapamiętanie przekazywanej przez pokolenia z ust do ust gnozy. Jak wcześniej powiedziano, mistyczna esencja aborygeńskich opowieści znana jest tylko nielicznym, którzy otrzymali inicjację najwyższego stopnia. Nie możemy również zapominać, że wiele antycznych narodów, których nie nazywamy prymitywnymi – np. Sumerów, Greków, Rzymian, Persów, Hindusów i Chińczyków – posiadało swoje mitologie równie zawikłane i niezrozumiałe dla laików. Żydzi mają Stary Testament, który jest w dużej części zbiorem mitów osnutych na mistycznych faktach. Wszystkie mitologie wszystkich narodów na wszystkich kontynentach posiadają wspólny mianownik, który potwierdza ich prawdziwość – jest to ten sam element mistyczny przedstawiający kosmologię, czyli powstanie wszechświata w ten sam mniej więcej sposób oraz kodeksy etyczno-moralne i zasady współżycia społecznego. (...)

Wiele świętych miejsc zostało zbezczeszczone. Dla Aborygenów wejście do takiego miejsca w innym celu niż odprawienie ceremonii powoduje zanik jego świętości. Wisząca Skała jest odwiedzana przez tysiące wycieczek, rodzin z małymi dziećmi, turystów, ale również wandali. Większość z nich to ludzie, którzy chcą zaliczyć jeszcze jedną atrakcję turystyczną, zwabieni reklamą opartą na książce Lindsay i filmie Weira. Choć dziwna moc jest tam nadal wyczuwalna, dla Aborygenów miejsce to nie ma już żadnego sakralnego znaczenia i wartości – zresztą plemiona, do których kiedyś należało, zostały dawno temu zlikwidowane. Podobnie jak na Wyspie Magnetycznej oraz w okolicach Uluru, chociaż w tym ostatnim miejscu są obszary, do których turyści nie mają wstępu i nadal odbywają się tam aborygeńskie ceremonie. Praktycznie biorąc, każda piędź australijskiej ziemi jest święta i może być zbezczeszczona przez niepowołane osoby, które nie wiedzą jak się na niej zachować. Tak się stało w tej części kontynentu, którą zajęli biali koloniści. Sakralnych miejsc nie tylko nie uszanowano, ale wiele grup skalnych i gór zamieniono na kamieniołomy, gdzie kruszono granit do budowy dróg i linii kolejowych. Nietrudno sobie wyobrazić, co by się działo, gdyby zburzono jakiś kościół chrześcijański w tym samym celu – bylibyśmy prawdopodobnie świadkami następnej krwawej krucjaty. (...)

W 1854 roku osadnik o nazwisku Hubert de Castella pisał następująco o zamieszkałej na jego terenie grupie rodzinnej z plemienia Wurrunjerri:

Czarni rozbijają obóz zawsze w przyjemnym miejscu nad brzegiem strumienia lub rzeki w cieniu wielkich eukaliptusów, które również dostarczają im różnych rodzajów pożywienia. Czasami zatrzymują się na dłużej na otwartych brzegach rzeki Yarra i wtedy mieszkają raz na naszych terenach, kiedy indziej zaś na terenach naszych sąsiadów. To oni dostarczają nam dzikich kaczek i ryb, w zamian za co dostają od nas narzędzia i pożywienie. Gdy przychodzą i proszą o coś u kuchennych drzwi, nigdy nie odchodzą z pustymi rękami. Ich powolny, luźny chód ma w sobie coś szlachetnego. Stawiają stopy na ziemi uroczyście i dostojnie, co przypomina mi poruszanie się aktorów na scenie. Gdy o coś proszą, robią to po prostu, z podniesioną głową, często przypochlebnym tonem, ale nigdy nie robią niczego, co zasługiwałoby na pogardę. Na moje pytanie, kim Aborygeni zostają po śmierci, jeden ze Starszych powiedział, że po śmierci stają się białymi ludźmi. Jesteś moim bratem, który zmarł dawno temu – powiedział z przyjaznym szacunkiem – wszyscy jesteśmy biali w tym życiu lub innym.

Powyższy fragment napisany został niewątpliwie przez człowieka wrażliwego, który bywał w teatrze, zanim przybył do Australii, a także interesował się życiem po śmierci. Pani Aeneas Gunn w swoim pamiętniku z końca XIX w. pisze:

Jak to zwykle bywa w przypadku spotkań w bora, każdy uczestnik zobowiązuje się do pozostawienia w domu wszelkich zadrażnień i wstępuje do sanktuarium w pokojowym nastroju. Każdy krok od miejsca zamieszkania w kierunku bora jest wzmocnieniem tego najświętszego zobowiązania. Zanim wyruszy w drogę ma się pogodzić nawet z największym osobistym wrogiem.

Trzeba w tym miejscu dodać, że ktoś, kto nie był całkowicie czysty wewnętrznie, tzn. wolny od nienawiści i agresji, nie był wpuszczany do sanktuarium, nie mógł uczestniczyć w ceremonii i oczywiście okrywał wstydem swoich współplemieńców, za co groziło mu często wygnanie z plemienia – była to kara gorsza od kary śmierci. Starsi i szamani mieli swoje sposoby, aby „zajrzeć” do mentalnego wnętrza takiego osobnika i nie dopuścić go do ceremonii. Można również przypuszczać, że nie był on w stanie przedostać się przez niewidzialną ścianę negatywnej energii. Jednakże takie przypadki zdarzały się niezmiernie rzadko, bo Aborygen nie polemizuje z nakazami zwyczajowych, odwiecznych praw i zasad. Jest to ciekawe zagadnienie, bo porusza sprawę zdolności telepatycznych Aborygenów. Wygnany członek plemienia otrzymywał „wilczy bilet”, który szedł przed nim, dokądkolwiek się udał. Nawet gdyby chciał przyłączyć się do jakiegoś plemienia o tysiące kilometrów dalej, jego opinia już tam była wysłana wcześniej „w eter” przez Starszych jego rodzinnej grupy. Po natychmiastowym rozpoznaniu przez plemię, osobnik był bez pardonu wypędzany i musiał iść dalej traktowany jako intruz na nie swojej ziemi. Innymi słowy, tak wielka Australia stawała się dla niego za mała. Oczywiście dla białych brzmi to jak bajka, bo obecnie ktoś „spalony” w jednym miejscu może wynieść się 100 km dalej lub wyemigrować do innego kraju i zostanie bez zastrzeżeń przyjęty przez tamtejszą społeczność, znajdzie pracę i będzie żyć do końca dni swoich. Próby integracji w nowej społeczności były jednak czymś bardzo rzadkim i na ogół człowiek ten musiał być w ekstremalnej sytuacji, np. przez wiele dni nie mógł znaleźć jedzenia i wody. W takim przypadku bywał nakarmiony, ale po posiłku nakazywano mu odejść, na co musiał się zgodzić, bo jeśli nie posłuchał, groziła mu śmierć. Były to jednak wyjątkowe przypadki, bo każdy dorosły Aborygen dobrze wiedział jak szukać wody i pożywienia, i – co najważniejsze – raczej nie zapuszczał się na pustynie, choć wędrówka przez bogatsze w środki do życia regiony była niebezpieczna ze względu na ich dość gęste zaludnienie. Wchodząc na teren jakiegoś innego plemienia naruszał prawa terytorialne i zasoby żywności, w związku z czym bywał przepędzany, ponieważ z punktu widzenia miejscowych był po prostu złodziejem i pasożytem. Tego typu konsekwentnie egzekwowane kary były najlepszym środkiem wychowawczym i zapewniały utrzymywanie surowej dyscypliny w plemionach. Decyzja Starszych była wyważona, sprawiedliwa, ostateczna, bez prawa apelacji. Posłuszeństwo wobec Starszych zabezpieczało bowiem harmonijne współżycie społeczności, bez względu na to, jak była ona mała lub wielka. Wyłamywanie się spod praw i zasad stawiało winnego nie tylko poza marginesem jego grupy rodzinnej, klanu i plemienia, ale jak przekonaliśmy się z powyższego opisu, całej ówczesnej populacji Australii. Nikt nie polował, nie łapał ryb i nie zbierał pożywienia roślinnego na własną rękę, za wyjątkiem przypadków, gdy z jakichś względów miał odbyć samotną wędrówkę lub przez jakiś czas pozostawać w osamotnieniu. Takie przypadki zdarzały się często, gdy Starsi wysyłali młodego mężczyznę z „mówiącym patykiem” do sąsiednich plemion; gdy niewielka grupa mężczyzn szła w awangardzie przed przemieszczającym się wolno plemieniem oraz gdy chłopiec lub dziewczyna przechodzili samotne próby życia w buszu w procesie przygotowania do inicjacji. Poza tymi wyjątkami każda zdobycz była dzielona między wszystkich. Uczciwość i prawdomówność były naczelnymi zasadami i wyłamanie się groziło surowymi karami. Jedną z nich była utrata zaufania współplemieńców, którzy od złapania na pierwszym kłamstwie lub nieuczciwości, zawsze już nie wierzyli temu osobnikowi, który i tym razem sam stawiał się na marginesie społeczności. Patrząc na kłamstwo i kombinatorstwo z mistycznego punktu widzenia, rodzi się ono zazwyczaj z tchórzostwa. Obawa przed ośmieszeniem i konsekwencjami jest przejawem silnego, ale strachliwego ego. Nieuczciwość powstaje wtedy, gdy człowiek chce więcej niż może mieć oraz dąży do czegoś, co mu się nie należy. W zasadach aborygeńskich widzimy zatem odwieczną walkę z pięcioma obsesjami człowieka: pożądaniem, gniewem, chciwością, przywiązaniem i egotyzmem. Życie w trudnych warunkach, zmaganie się z żywiołami, współistnienie w grupie, wymagało bezwzględnego podporządkowania się dawno temu ustalonym obyczajom i bieżącym decyzjom Starszych, którzy wiedzieli lepiej i patrząc z wyższej perspektywy ludzi doświadczonych i mądrych, widzieli jakie są skutki niewłaściwych działań. Naturalnie przybycie białych kolonizatorów, zesłańców i osadników wprowadziło poważne zakłócenia w harmonijne życie Aborygenów. W XX-wiecznych rezerwatach mało kto słucha Starszych, dostępny jest alkohol, którego spożywanie prowadzi prosto do anarchii. Pijany mąż bije żonę i maltretuje dzieci, które z kolei biją się między sobą, kradną i kłamią. Kobiety kłócą się i biją między sobą; wśród mężczyzn wybuchają bójki o byle co; młodzież tworzy chuligańskie gangi. Nie można już wykluczyć kogoś z plemienia, bo oznaczałoby to wyrzucenie z rezerwatu, a nad tym czuwają już inne, rządowe czynniki. Nawet totalny bojkot kogoś, kto się źle zachowuje i nie przestrzega plemiennych praw, nie skutkuje, bo każdy Aborygen jako pełnoprawny obywatel może zamieszkać w innym rezerwacie lub wynieść się do dużego miasta, gdzie dostanie zasiłek, dach nad głową, a czasem nawet pracę. Jeśli będzie chciał żyć na wolności w miejskim parku, ojczyzna i tak mu nie da zginąć przywożąc mu pod nos posiłki trzy razy dziennie. Na szczęście są jeszcze niedobitki Aborygenów preferujące życie takie jak przed tysiącami lat. Ich izolacja od współziomków w rezerwatach i białych pozwala na zachowanie tradycji i gnozy oraz praw i zasad. Nadal odprawia się ceremonie w sanktuariach; nadal przy wieczornym ognisku Starsi opowiadają te fragmenty odwiecznej wiedzy ubrane w fabułę legend i baśni, jakie są odpowiednie dla szerokiego grona; nadal panuje nastrój pokoju, zgody, wzajemnego zrozumienia i miłości. Jak długo? (…)