E- maile do pana Boga
Wiadomość pierwsza✉
----- Original Message -----
From: Alicja
To: Julia
Sent: Tuesday, January 22, 2003 18:52 AM
Subject: najlepsza jaką znam
Pewnie Cię zdziwi ta
wiadomość. Przecież wczoraj rozmawiałyśmy prawie dwie godziny przez telefon. O
wszystkim. Ale nie tak do końca nie byłam z Tobą, Julka szczera. Wyczułaś to, za
dobrze mnie znasz. Nawet się zapytałaś, dlaczego mam taki dziwny głos. I miałaś
rację. Mój głos był inny niż zwykle. Martwy.
Julka… Jestem chora na
białaczkę i nie wiem czy dożyję lata. Jeżeli Bóg istnieje nie jest doskonały i
też popełnia błędy. Może opamięta się w porę i cofnie wyrok? A jeżeli nie zdąży?
To moje nagłe
zniknięcie zaraz po nowym roku, nie było służbowym szkoleniem w Krynicy. Ja już
wtedy wiedziałam.
Kiedy leżałam w
szpitalu podłączona cały czas do kroplówek pomyślałam sobie, że napiszę do Was
wszystkich e- maile. Wszystkich, którzy są mi bliscy najbardziej na świecie. Do
Ciebie piszę pierwszej, bo jesteś najlepszą jaką znam. Julka, Julietta, zawsze
razem odkąd pamiętam. Przez te wszystkie lata
Teraz mój świat
skurczył się niewyobrażalnie. Ograniczył się do sterylnych sal szpitala i domu.
Wyobrażasz to sobie? Mnie? Żyjącą na najwyższym poziomie adrenaliny. W swoim
zwariowanym świecie pracy, Aleksandry, muzyki. Pijącą w nocy piwo i piszącą
opowiadania. Wypisującą maile do wszystkich przyjaciół świata.
To wszystko wydaje mi
się teraz takie nierealne, jakbym nie była to ja, tylko ktoś zupełnie inny,
obcy. Często wracają mi różne obrazy. Tak jak w starym kinie. W zwolnionym
tempie i wszystkie są biało – czarne. Nie słyszę dźwięków. Kolory pojawiają się
tylko w dniu narodzin Aleksandry, w błękicie nieba. I może jeszcze trochę w
dniu, kiedy razem z Polem odbieraliśmy z lotniska Mateusza. On był chyba darem
od losu w tej końcówce. Bo przez te dziesięć dni, które z nim spędziłam byłam w
niebie. A po nowym roku wszystko przestało się liczyć. Niedokończony protokół w
pracy, spalona żarówka, ludzka głupota, moja samotność, tęsknota za Mateuszem.
Przestało istnieć. O ludzkim życiu decydują ułamki sekund. I wcale nie zawsze
przy stole operacyjnym czy zderzeniu czołowym. Na mnie zapadł wyrok, kiedy na
początku stycznia pielęgniarka wprawnym ruchem wkłuła się do mojej żyły i
utoczyła do przezroczystej strzykawki parę centymetrów gęstej czerwonej krwi. W
tym momencie już zapadł wyrok. Tylko, że ja jeszcze o tym nie wiedziałam. I
miałam darowany jeszcze tydzień swojego zakręconego życia. Potem stało się
białaczką.
Wiesz, Julka, w
szpitalu poddałam się. Chciałam umrzeć. Od razu natychmiast. Bez walki. Myślałam
o samobójstwie. Ale to już minęło. Będę walczyć o każdy dzień, o każde tchnienie
życia w moim napromieniowanym chemicznym ciele. Może uda mi się przechytrzyć
pana Boga.
Na sąsiedniej sali
leżała młoda dziewczyna. Śliczna. Młoda. Umierała. Dane jej było przeżyć jeszcze
mniej niż mnie. Nie doświadczyła cudu poczęcia i narodzin, smaku nieba i piekła.
Ona powiedziała mi „ Walcz, nie poddaj się. Człowiek żyje dotąd, póki ma
nadzieję.” Zmarła w dniu, kiedy wyszłam do domu.
Walczę. Każdego dnia,
kiedy budzę się rano mam poczucie wszechogarniającej radości, że udało mi
się otworzyć oczy. I mimo tego, że każdy ruch sprawia mi niewyobrażalny ból
podnoszę się, powoli, powoli, starannie planując każdy ruch mięśni, rąk, nóg,
głowy. I to jest moje zwycięstwo i walka jednocześnie. Oglądam szare niebo,
szary śnieg na ulicy, wyleniałego kota mojej sąsiadki i w tej brzydocie widzę
piękno. Julka, czy jesteś w stanie to pojąć? Ale czując na swoim karku zimny
oddech śmierci chłonę całą sobą te okruchy życia. I przynajmniej widzę za oknem
zimę. Wcześniej wszystkie pory roku zlewały mi się w rok kalendarzowy. I
najbardziej się boję, że mogę nie dożyć lata. A chciałabym, choć na chwilę
zatopić się w tym błękicie nieba, jakie można zobaczyć tylko latem. I potem,
jeżeli Bóg nie zmieni swojej decyzji, umrzeć. Pamiętasz Julka, ubiegłoroczne
lato i jedną z naszych piwnych sobót. Priorytety problemów zmieniają się. Sami o
tym nie wiemy. Wtedy piłyśmy zimnego stronga w moim samochodzie na parkingu pod
Twoim blokiem, słuchałyśmy Cohena, liczyłyśmy gwiazdy na szafirze czerwcowego
nieba i ryczałyśmy jak bobry w swojej samotności. Dwie kobiety po trzydziestce.
Rudi zgarnął nas nad ranem, zatargał do domów, a my nie rozumiałyśmy zupełnie,
dlaczego na nas krzyczy i wyzywa od egzaltowanych panienek. Już wiem, że miał
rację. Nie byłam wtedy samotna, bo mogłam z Tobą liczyć gwiazdy. A teraz moim
nieodłącznym towarzyszem jest ból. I pytanie w oczach pielęgniarki czy żyła
wytrzyma wkłucie wenflonu, by przez niego kropelkami sączył się w moje ciało
życiodajny chemiczny płyn.
Nie boję się śmierci,
nie żal mi tego, czego już nie doznam i nie przeżyję. Boję się bólu, on jest
teraz moim wrogiem. Bo odbiera wolę walki.
Julka jesteś
najlepszą, jaką znam. Wiem, że mnie zrozumiesz i przekonasz pozostałych. Chcę
pozostać w Waszej pamięci taką jak wcześniej. Bez opuchniętej twarzy, bez
niegojących się żył po wkłuciach wenflonów i bez chusteczki na głowie kryjącej
placki pozbawione włosów. Wiem, że to uszanujesz. Jeżeli wygram sama się odezwę
i znowu będziemy mogły liczyć gwiazdy na szafirze czerwcowego nieba. A jeżeli,
nie … to Julka, dopilnuj bym miała przy sobie zdjęcia Was wszystkich i błękitną
apaszkę taką jak moje oczy i letnie niebo. Może istnieje trzeci wymiar i
stąpając po jego soczystej zieleni będę mogła znieść rozpacz rozstania mając Was
przy sobie.
Julka, wiem, że
wierzysz w Boga, więc módl się za mnie, bym po śmierci nie została upadłym
aniołem, tylko aniołem. Stróżem. Mojej Aleksandry.
Alicja.
Wiadomość druga
✉
----- Original
Message -----
From:Alicja
To: Pol
Sent: Friday, February 11, 2003 16:09 AM
Subject: niebieski i błękit
Pewnie już wszystko
wiesz. Od Julki. Pol to prawda. Nie ma Boga, wiem to na pewno. Gdyby istniał nie
pozwoliłby sobie w swojej mądrości na taką pomyłkę. Chociaż nikt nie jest
nieomylny, więc może i on czasami gubi się w tym wszystkim i nie umie odnaleźć.
Już raz się pomylił. Z Weroniką. Pol, nie wiem czy dożyję lata. Zobacz jeszcze
kilka miesięcy temu gnaliśmy jak szaleni samochodami w upalny dzień, by choć na
chwilę spotkać się w połowie drogi. Nie wiem, dlaczego to nasze spotkanie tak
zapisało się w mojej pamięci. Dwoje przyjaciół przydrożnym McDonaldzie jedzący
paskudne hamburgery. Sam banał. Obok pędzące ciężarówki, kurz, zapach gorącego
asfaltu i skoszonej świeżo trawy. Zostawiliśmy w domu niedopakowane walizki, na
drugi dzień odpalaliśmy w wakacyjne nieznane, każde w innym kierunku. I pod
szeroko rozpostartym parasolem rozmawialiśmy o smutkach radościach, chwilach
szczęścia, o dzieciach, Mateuszu, Rudim na dalekich antypodach,Weronice, Annie.
Ty w szortach, ja w sukience na ramiączkach i potarganych wiatrem włosach w
otwartym oknie samochodu. Przecież widzieliśmy się tysiąc razy, w tysiącu
różnych sytuacji, a jednak to spotkanie utkwiło mi w pamięci. Tyle tylko, że
wszystko powraca czarno- białe. Niebieski jest tylko błękit. Pol, ja powoli
umieram. I chyba czułam to już gdzieś podświadomie tego ostatniego lata. Moje
ciało chłonęło energię promieni słonecznych jak nigdy dotąd. Sam się ze mnie
śmiałeś, że wyglądam jak czekoladka, kiedy przyjechałeś do Julki we wrześniu.
Teraz energii potrzebuję ogromu. Do walki.
Wiem już jak czują
się skazańcy, czekający na wykonanie wyroku w celi śmierci. Ja nie byłam skuta
kajdankami i nie miałam eskorty strażników. Młody lekarz silił się na
dyplomację, kiedy mówił o wynikach badań. A mnie ogarnęły ciemności.
Rozprysłam się na tysiące kawałków i każdy z nich istniał osobno. Jakby na
oddzielnej planecie. I niczego nie pragnęłam jak śmierci. Bez czekania i
odliczania.
Pol, Ty mi już raz
uratowałeś życie, kiedy kilka lat temu byłeś przy mnie razem z Weroniką. Nie
pozwoliliście mi Waszym jestestwem umrzeć w poczuciu pustki, kiedy runął mój
misternie konstruowany małżeński świat. A potem już dzięki Tobie samemu poznałam
smak nieba i szczęścia. I miałam, choć przez chwilę Mateusza. Inaczej i te
dziesięć dni odebrałby mi los. Teraz nie możesz mi pomóc. Wiesz, Pol jaki zapach
ma śmierć? Ciała umierających ludzi. Mdły, słodki i ciepły. I kiedy poczuję tą
woń na swoim ciele, będzie to oznaczało koniec. Wszystkiego. Na razie jeszcze
walczę. Dopóki żyję. Tak bardzo chciałabym doczekać lata i choć przez chwilę
poczuć zapach skoszonej trawy, tak jak wtedy z Tobą pijąc colę przez rurkę w
przydrożnym barze.
Pol, Ty najlepiej
wiesz, że śmierć jest podstępna. Zabrała Twoją Weronikę. Ale ten podstęp to
przyzwolenie pana Boga. Sam doświadczyłeś, że atakuje z znienacka, nie bacząc na
nic. Weronika zna już tajemnicę istnienia. Ja też już niedługo poznam. Pol, ja
umieram każdego dnia. Po kawałku. I nie boję się dnia, kiedy iskierki życia
opuszczą ostatni kawałek. Tylko, co będzie z Aleksandrą? Największym darem, jaki
otrzymałam od losu? Ja może zgniję w drewnianej trumnie. Ale cały czas drzemie
we mnie nadzieja, że spotkam się z Weroniką. Opowiem jej wszystko o Zuzannie i
Piotrze, Tobie. O cząstkach siebie, które zostawiła na ziemi. A ona powie mi,
jak zostać aniołem. Stróżem. Chroniącym Aleksandrę przed złymi ciemnościami.
I o to, Pol możesz się
modlić, kiedy wydaje Ci się, że Bóg jest mądrością nad mądrościami. Mnie
pozostał tylko ból.
Alicja.
Wiadomość
trzecia ✉
----- Original Message -----
From: Alicja
To: Rudi
Sent: Friday, March 22, 2003 12:52 AM
Subject: słońce na antypodach
Pewnie już wiesz. Od
Pola i Julki. I pewnie czujesz się tak samo bezradny jak oni. Może nawet
bardziej, bo z racji swojej profesji, wiesz jak wygląda każdy etap po kolei.
Opowiadałeś mi czasami o śmierci, kiedy skonany wpadałeś do mnie na kawę,
wracając z dyżuru. To było poza zasięgiem mojej wyobraźni. Teraz jesteś tak
daleko, tysiące kilometrów stąd. Inni trochę bliżej, ale też daleko. Chcę, by
zapamiętali mnie sprzed. Wiesz przecież dobrze, jak białaczka zniekształca.
Zmienia człowieka w bezkształtną masę. Puchniesz, wychodzą ci włosy, pękają Ci
żyły od wkłuć wenflonów i zmieniają się w nie gojące rany. Ciało nie pachnie już
swoim zapachem, tylko tym słodko- mdłym odorem śmierci. Oddychasz z trudem,
łuszczy Ci się skóra. I walczysz. O każdy oddech, krok, ruch ręki. O kolejny
dzień. Na początku z wolą wygranej, nadzieją na odwołanie wyroku, potem każdy
dzień przynosi rezygnację. Bo uświadamiasz sobie, że wróg jest nie do pokonania
i w ostatecznej rozgrywce i tak Cię zwycięży.
Ostatni raz widziałeś
mnie na lotnisku. Śmiałeś się ze mnie, że wyglądam jak rusałka, która na chwilę
wyszła z wody w tych swoich błękitach. I taką mnie zapamiętaj. Błękitną. Jak
niebo, stokrotki i moje oczy. Rudi ja nie dożyję lata. I nie zapamiętam tych
wszystkich odcieni błękitu, jakie można zobaczyć na niebie tylko latem. I nigdy
z Julką nie policzymy spadających gwiazd.
Pamiętasz jak kilka
lat temu byliśmy nad morzem? Wściekłam się na Ciebie, bo obudziłeś mnie o
trzeciej rano, bo chciałeś zobaczyć wschód słońca…Siedzieliśmy w milczeniu
zatopieni w chłodzie poranka. Morze miało kolor grafitu, słońce powoli wynurzało
się z niego niczym ognista kula z otmętu, a niebo stawało się coraz bardziej
niebieskie. Rudi, potrafię nazwać te wszystkie kolory i ich odcienie, ale
pamiętam obraz w bieli i czerni. Jak na starych fotografiach. Tych naszych z
liceum. Podniszczonych, nadszarpniętych zębem czasu. Wszystko pamiętam, ale
rozróżniam tylko biel i czerń. I zobacz jak przewrotny potrafi być los. Ja
szalona, energetyzująca wszystkich swoją witalnością kobieta, umiera. Powoli, z
każdym dniem. Mimo walki. Niby żyję według wcześniejszego schematu. Rozmawiam z
Aleksandrą, słucham muzyki, czytam książki, wstaję, kładę się, uśmiecham się.
Tylko, że nie jestem to już ja. Czuję się tak jakbym stała obok i patrzyła na
zupełnie obcą osobę. Kobietę w moim ciele. Przecież Rudi, znasz mnie tyle lat i
wiesz, że jeżeli już coś robiłam, to całą sobą, każdym kawałkiem swojego ja.
Pracowałam, przyjaźniłam się, kochałam, śmiałam, cieszyłam. Teraz robi to
automat zaprogramowany wcześniej. Wykonuje te czynności sterowany pilotem.
Bez życiodajnej energii, wspomagany jedynie okruchami życia.I mimo, że jeszcze
nie umarłam czuję na sobie zimny oddech śmierci. I marzę tylko, by choć na
chwilę zatopić się błękicie letniego nieba. Ale to marzenie jest teraz tak
nierealne, jak szansa na wygraną w totolotka. Przewrotne bywają marzenia.
Szczególnie te, których już nigdy i nikt nie będzie mógł spełnić, choć kiedyś
były w zasięgu ręki. Gdyby istniał Bóg nie mógłby się tak pomylić i nie
pozwoliłby mojej Aleksandrze nie poczuć już nigdy więcej matczynego pocałunku na
swoim czole. A jeżeli istnieje, to w swych decyzjach jest nieludzki. Więc po co
istnieje? I tylko głupcy wierzą, że to mądrość nad mądrościami. Albo ci, którzy
w nie doznali bólu, który tkwi w każdym twoim kawałku i mimo całej woli życia
nie jesteś w stanie go pokonać. I on zwiastuje demona śmierci, który czai się w
twoim obolałym ciele.
Kiedy leżałam w
szpitalu na sąsiedniej sali umierała młoda dziewczyna. Godnie i z pokorą.
Ostatnia umiera nadzieja powiedziała mi. Miała rację. Tej nadziei jest we mnie
coraz mniej, z każdym wydychanym powietrzem, gestem, uśmiechem. Rudi, ja po
prostu umieram. I te wszystkie maile wysyłane do różnych części świata są
ostatnimi, jakie napiszę. Nadchodzi nieubłagalnie czas mojej finałowej dogrywki.
Jest już wiosna, a lata już nie będzie. Dla mnie.
Rudi, wiem, że nie
będzie Cię na moim pogrzebie, ale Pol ma dać wszystkim znać. Popatrz wtedy w
niebo na antypodach. Właśnie takie były moje oczy. I życz mi bym mogła strzec
Aleksandrę przed złem. W postaci anioła. Stróża.
Alicja.
Wiadomość czwarta
✉
----- Original Message -----
From: Alicja
To: Mateusz
Sent: Sunday, April 19, 2003 13:52 AM
Subject: niebo
Jest taka piękna
wiosna za oknem. Zielona i soczysta. Moja pora roku. Nie dożyję lata… Pewnie już
o tym wiesz. I moje kilkumiesięczne milczenie nie było zapomnieniem. Nie
potrafiłabym. O Tobie. Było walką. O życie. Rosyjską ruletką. Z tym, że stawka
do wygrania była wielka. I trafiło mi się parę wygranych… Kilka lepszych
morfologii i dni lepszego samopoczucia. Ale już przy następnej grze krupier- Bóg
zabierał wygraną i nie dawał nadziei na następne. Cały czas gram, w świadomości,
że cuda się zdarzają. Chociaż szanse na wygraną maleją z dnia na dzień. Czuję,
że powoli umieram…Ja, żyjąca na pełnych obrotach, szalona, wiecznie
uśmiechnięta. Teraz też się uśmiecham, tyle tylko, że moje oczy są puste.
Zakręcony Kwiatek, tak mnie nazywałeś. Zazieleniła się trawa, niedługo będą
kwitły wszystkie drzewa. Dobrze, że chociaż to mogę chłonąć swoim chemicznym
ciałem. Bo letniego nieba już nie zobaczę. Pisanie sprawia mi coraz większą
trudność. Komputer się wiesza, taka jestem napromieniowana.Nie czuję już żadnych
zapachów i nie rozróżniam kolorów. Wszystko jest czarno białe. Potrafię
przywołać jedynie parę kolorów w obrazie narodzin Aleksandry.
Wiesz, czasami
spełniają się marzenia. To nasze spotkanie na lotnisku wymarzyłam sobie z
detalami. Tysiąckrotnie. Każdy gest, uśmiech, zapach, Ciebie. I dlatego odrobina
koloru pojawia się w obrazie szarej płyty lotniska, kiedy po raz pierwszy
wziąłeś mnie w ramiona. Byłeś po Aleksandrze największym darem losu, jaki dane
mi było otrzymać. W tej końcówce. Bo wyrok już wtedy zapadł. Ale nieświadomość
jest zbawieniem. Bo dzięki niej mogłam przez te dziesięć dni śmiać się, kochać
się, przytulać się do Ciebie i dawać kuksańce. Być w niebie. Choć już wtedy
demon śmierci czaił się we mnie. Jeden z lekarzy powiedział mi, że każda
przyjemność jakiej doznajemy w życiu musi być okupiona cierpieniem. Czy za
Aleksandrę i Ciebie musiałam zapłacić aż tyle? Wiem już na pewno, że nie ma
Boga. Gdyby istniał podarowałby mi jeszcze trochę życia. A nawet, jeżeli
istnieje i się pomylił, miał wystarczająco dużo czasu, by naprawić ten błąd.
Więc dlaczego mnie ukarał? Mateusz, ja nie dożyję lata…
Pamiętasz jak w
Krakowie na rynku piliśmy grzane wino z plastikowych kubków, szczękając zębami z
zimna w ten grudniowy słoneczny dzień. A potem robiliśmy sobie zdjęcia. Grał
hejnał, świeciło słońce. I to było niebo. Czułam wszechogarniające ciepło, mimo
kilkustopniowego mrozu. Już wiem, że nie zrobię więcej zdjęć. Tylko one mi
zostały po Tobie. I odrobina koloru na płycie lotniska. Mateusz,
wiem, że nie wierzysz w Boga. Życz mi tylko, bym nie stałą się upadłym aniołem,
tylko Stróżem. I strzegła Aleksandry przed demonami. Ciemności.
To już ostatni mail,
który wysyłam. Do najlepszych, jakich znam. Pozostały mi tylko e-maile. Do pana
Boga.
Pol wyśle Ci
wiadomość Pomyśl sobie wtedy, że zimowe niebo w Krakowie miało błękit lata.
Alicja
Wiadomość
piąta
✉
----- Original Message -----
From: Marcelina
To: Alicja
Sent: Monday, May 14, 2003 13:52 AM
Subject: no subject
Wrote: Podane konto nie istnieje.
|