| lista poetów | powrót do strony tytułowej: miasto literatów 2000++ | strona danuty błaszak: http://danutabe.tripod.com  

Justyna Kwiatkowska - Właściwie  nie  wiem co  mogę  o  sobie  napisać...Z pozoru  jestem poukładaną osobą...dyrektorem  szkoły  dla  dzieci niepełnosprawnych ruchowo...logopedą...w  małym prowincjonalnym miasteczku osoba  publiczna, ważąca każde  wypowiedziane  słowo i  gest. Po  godzinach wulkan  emocji, najprzeróżniejszych. Pisanie  pomaga  mi  rozładować  negatywne  emocje, jest  ucieczką  od  świata  zwenętrznego w  głąb  siebie. Dojrzewam  do  zmian, nie  mogę stać  cały  czas  w  jednym  miejscu. Mam 37  lat i  coraz  częściej  poczucie  upływającego  czasu.Opowiadanie  "E-maile  do pana  Boga" napisałam rok  temu, podczas  pobytu w  szpitalu, otarłam się  o  śmierć.Piszę  pod  wpływem  chwili, wtedy  wyłaczam  się, nie  istnieję  dla  świata, córki. Nie  jestem  poetką, choć w  mojej  prozie  jest  wiele  poezji :-) Zresztą  sama  zobacz i  oceń. Lubie  poznawać ludzi, ciekawe  znajomości  wnoszą  stymulujące  bodźce  w  nasze życie.           email: jomi9@interia.pl

 
  wiadomość pierwsza      wiadomość czwarta
  wiadomość druga           wiadomo
ść piąta  
  wiadomość trzecia
 
   
 

 E- maile do pana Boga 


 
Wiadomość pierwsza
 
----- Original Message -----

From: Alicja  
To: Julia
Sent: Tuesday, January 22, 2003 18:52 AM
Subject: najlepsza  jaką  znam


Pewnie Cię zdziwi ta wiadomość. Przecież wczoraj rozmawiałyśmy prawie dwie godziny przez telefon. O wszystkim. Ale nie tak do końca nie byłam z Tobą, Julka szczera. Wyczułaś to, za dobrze mnie znasz. Nawet się zapytałaś, dlaczego mam taki dziwny głos. I miałaś rację. Mój głos był inny niż zwykle. Martwy.
Julka… Jestem chora na białaczkę i nie wiem czy dożyję lata. Jeżeli Bóg istnieje nie jest doskonały i też popełnia błędy. Może opamięta się w porę i cofnie wyrok? A jeżeli nie zdąży?
To moje nagłe zniknięcie zaraz po nowym roku, nie było służbowym szkoleniem w Krynicy. Ja już wtedy wiedziałam.
Kiedy leżałam w szpitalu podłączona cały czas do kroplówek pomyślałam sobie, że napiszę do Was wszystkich e- maile. Wszystkich, którzy są mi bliscy najbardziej na świecie. Do Ciebie piszę pierwszej, bo jesteś najlepszą jaką znam. Julka, Julietta, zawsze razem odkąd pamiętam. Przez te wszystkie lata
Teraz mój świat skurczył się niewyobrażalnie. Ograniczył się do sterylnych sal szpitala i domu. Wyobrażasz to sobie? Mnie? Żyjącą na najwyższym poziomie adrenaliny. W swoim zwariowanym świecie pracy, Aleksandry, muzyki. Pijącą w nocy piwo i piszącą opowiadania. Wypisującą maile do wszystkich przyjaciół świata.
To wszystko wydaje mi się teraz takie nierealne, jakbym nie była to ja, tylko ktoś zupełnie inny, obcy. Często wracają mi różne obrazy. Tak jak w starym kinie. W zwolnionym tempie i wszystkie są biało – czarne. Nie słyszę dźwięków. Kolory pojawiają się tylko w dniu narodzin Aleksandry, w błękicie  nieba. I może jeszcze trochę w dniu, kiedy razem z Polem odbieraliśmy z lotniska Mateusza. On był chyba darem od losu w tej końcówce. Bo przez te dziesięć dni, które z nim spędziłam byłam w niebie. A po nowym roku wszystko przestało się liczyć. Niedokończony protokół w pracy, spalona żarówka, ludzka głupota, moja samotność, tęsknota za Mateuszem. Przestało istnieć. O ludzkim życiu decydują ułamki sekund. I wcale nie zawsze przy stole operacyjnym czy zderzeniu czołowym. Na mnie zapadł wyrok, kiedy na początku stycznia pielęgniarka wprawnym ruchem wkłuła się do mojej żyły i utoczyła do przezroczystej strzykawki parę centymetrów gęstej czerwonej krwi. W tym momencie już zapadł wyrok. Tylko, że ja jeszcze o tym nie wiedziałam. I miałam darowany jeszcze tydzień swojego zakręconego życia. Potem stało się białaczką.
Wiesz, Julka, w szpitalu poddałam się. Chciałam umrzeć. Od razu natychmiast. Bez walki. Myślałam o samobójstwie. Ale to już minęło. Będę walczyć o każdy dzień, o każde tchnienie życia w moim napromieniowanym chemicznym ciele. Może uda mi się przechytrzyć pana Boga.
Na sąsiedniej sali leżała młoda dziewczyna. Śliczna. Młoda. Umierała. Dane jej było przeżyć jeszcze mniej niż mnie. Nie doświadczyła cudu poczęcia i narodzin, smaku nieba i piekła. Ona powiedziała mi „ Walcz, nie poddaj się. Człowiek żyje dotąd, póki ma nadzieję.” Zmarła w dniu, kiedy wyszłam do domu.
Walczę. Każdego dnia, kiedy budzę się rano mam poczucie wszechogarniającej  radości, że udało mi się otworzyć oczy. I mimo tego, że każdy ruch sprawia mi niewyobrażalny ból podnoszę się, powoli, powoli, starannie planując każdy ruch mięśni, rąk, nóg, głowy. I to jest moje zwycięstwo i walka jednocześnie. Oglądam szare niebo, szary śnieg na ulicy, wyleniałego kota mojej sąsiadki i w tej brzydocie widzę piękno. Julka, czy jesteś w stanie to pojąć? Ale czując na swoim karku zimny oddech śmierci chłonę całą sobą te okruchy życia. I przynajmniej widzę za oknem zimę. Wcześniej wszystkie pory roku zlewały mi się w rok kalendarzowy. I najbardziej się boję, że mogę nie dożyć lata. A chciałabym, choć na chwilę zatopić się w tym błękicie nieba, jakie można zobaczyć tylko latem. I potem, jeżeli Bóg nie zmieni swojej decyzji, umrzeć. Pamiętasz Julka, ubiegłoroczne lato i jedną z naszych piwnych sobót. Priorytety problemów zmieniają się. Sami o tym nie wiemy. Wtedy piłyśmy zimnego stronga w moim samochodzie na parkingu pod Twoim blokiem, słuchałyśmy Cohena, liczyłyśmy gwiazdy na szafirze czerwcowego nieba i ryczałyśmy jak bobry w swojej samotności. Dwie kobiety po trzydziestce. Rudi zgarnął nas nad ranem, zatargał do domów, a my nie rozumiałyśmy zupełnie, dlaczego na nas krzyczy i wyzywa od egzaltowanych panienek. Już wiem, że miał rację. Nie byłam wtedy samotna, bo mogłam z Tobą liczyć gwiazdy. A teraz moim nieodłącznym towarzyszem jest ból. I pytanie w oczach pielęgniarki czy żyła wytrzyma wkłucie wenflonu, by przez niego kropelkami sączył się w moje ciało życiodajny chemiczny płyn.    
 Nie boję się śmierci, nie żal mi tego, czego już nie doznam i nie przeżyję. Boję się bólu, on jest teraz moim wrogiem. Bo odbiera wolę walki.
Julka jesteś najlepszą, jaką znam. Wiem, że mnie zrozumiesz i przekonasz pozostałych. Chcę pozostać w Waszej pamięci taką jak wcześniej. Bez opuchniętej twarzy, bez niegojących się żył po wkłuciach wenflonów i bez chusteczki na głowie kryjącej placki pozbawione włosów. Wiem, że to uszanujesz. Jeżeli wygram sama się odezwę i znowu będziemy mogły liczyć gwiazdy na szafirze czerwcowego nieba. A jeżeli, nie … to Julka, dopilnuj bym miała przy sobie zdjęcia Was wszystkich i błękitną apaszkę taką jak moje oczy i letnie niebo. Może istnieje trzeci wymiar i stąpając po jego soczystej zieleni będę mogła znieść rozpacz rozstania mając Was przy sobie.
Julka, wiem, że wierzysz w Boga, więc módl się za mnie, bym po śmierci nie została upadłym aniołem, tylko aniołem. Stróżem. Mojej Aleksandry.
                                                                                             Alicja.  
 
 

Wiadomość druga
 
 
----- Original Message -----

From:Alicja  
To: Pol
Sent: Friday, February 11, 2003 16:09 AM
Subject: niebieski i błękit

 
Pewnie już wszystko wiesz. Od Julki. Pol to prawda. Nie ma Boga, wiem to na pewno. Gdyby istniał nie pozwoliłby sobie w swojej mądrości na taką pomyłkę. Chociaż nikt nie jest nieomylny, więc może i on czasami gubi się w tym wszystkim i nie umie odnaleźć. Już raz się pomylił. Z Weroniką. Pol, nie wiem czy dożyję lata. Zobacz jeszcze kilka miesięcy temu gnaliśmy jak szaleni samochodami w upalny dzień, by choć na chwilę spotkać się w połowie drogi. Nie wiem, dlaczego to nasze spotkanie tak zapisało się w mojej pamięci. Dwoje przyjaciół przydrożnym McDonaldzie jedzący paskudne hamburgery. Sam banał. Obok pędzące ciężarówki, kurz, zapach gorącego asfaltu i skoszonej świeżo trawy. Zostawiliśmy w domu niedopakowane walizki, na drugi dzień odpalaliśmy w wakacyjne nieznane, każde w innym kierunku. I pod szeroko rozpostartym parasolem rozmawialiśmy o smutkach radościach, chwilach szczęścia, o dzieciach, Mateuszu, Rudim na dalekich antypodach,Weronice, Annie. Ty w szortach, ja w sukience na ramiączkach i potarganych wiatrem włosach w otwartym oknie samochodu. Przecież widzieliśmy się tysiąc razy, w tysiącu różnych sytuacji, a jednak to spotkanie utkwiło mi w pamięci. Tyle tylko, że wszystko powraca czarno- białe. Niebieski jest tylko błękit. Pol, ja powoli umieram. I chyba czułam to już gdzieś podświadomie tego ostatniego lata. Moje ciało chłonęło energię promieni słonecznych jak nigdy dotąd. Sam się ze mnie śmiałeś, że wyglądam jak czekoladka, kiedy przyjechałeś do Julki we wrześniu. Teraz energii potrzebuję ogromu. Do walki.
Wiem już  jak czują się skazańcy, czekający na wykonanie wyroku w celi śmierci. Ja nie byłam skuta kajdankami i nie miałam eskorty strażników. Młody lekarz silił się na dyplomację, kiedy mówił o wynikach badań. A mnie ogarnęły ciemności.  Rozprysłam się na tysiące kawałków i każdy z nich istniał osobno. Jakby na oddzielnej planecie. I niczego nie pragnęłam jak śmierci. Bez czekania i odliczania.
Pol, Ty mi już raz uratowałeś życie, kiedy kilka lat temu byłeś przy mnie razem z Weroniką. Nie pozwoliliście mi Waszym jestestwem umrzeć w poczuciu pustki, kiedy runął mój misternie konstruowany małżeński świat. A potem już dzięki Tobie samemu poznałam smak nieba i szczęścia. I miałam, choć przez chwilę Mateusza. Inaczej i te dziesięć dni odebrałby mi los. Teraz nie możesz mi pomóc. Wiesz, Pol jaki zapach ma śmierć? Ciała umierających ludzi. Mdły, słodki i ciepły. I kiedy poczuję tą woń na swoim ciele, będzie to oznaczało koniec. Wszystkiego. Na razie jeszcze walczę. Dopóki żyję. Tak bardzo chciałabym doczekać lata i choć przez chwilę poczuć zapach skoszonej trawy, tak jak wtedy z Tobą pijąc colę przez rurkę w przydrożnym barze.
Pol, Ty najlepiej wiesz, że śmierć jest podstępna. Zabrała Twoją Weronikę. Ale ten podstęp to przyzwolenie pana Boga. Sam doświadczyłeś, że atakuje z znienacka, nie bacząc na nic. Weronika zna już tajemnicę istnienia. Ja też już niedługo poznam. Pol, ja umieram każdego dnia. Po kawałku. I nie boję się dnia, kiedy iskierki życia opuszczą ostatni kawałek. Tylko, co będzie z Aleksandrą? Największym darem, jaki otrzymałam od losu? Ja może zgniję w drewnianej trumnie. Ale cały czas drzemie we mnie nadzieja, że spotkam się z Weroniką. Opowiem jej wszystko o Zuzannie i Piotrze, Tobie. O cząstkach siebie, które zostawiła na ziemi. A ona powie mi, jak zostać aniołem. Stróżem. Chroniącym Aleksandrę przed złymi ciemnościami.
I o to, Pol możesz się modlić, kiedy wydaje Ci się, że Bóg jest mądrością nad mądrościami. Mnie pozostał tylko ból.
                                                                     Alicja.    
 
 

 Wiadomość trzecia   
 
 
----- Original Message -----

From: Alicja  
To: Rudi
Sent: Friday, March 22, 2003 12:52 AM
Subject: słońce na antypodach

 
Pewnie już wiesz. Od Pola i Julki. I pewnie czujesz się tak samo bezradny jak oni. Może nawet bardziej, bo z racji swojej profesji, wiesz jak wygląda każdy etap po kolei. Opowiadałeś mi czasami o śmierci, kiedy skonany wpadałeś do mnie na kawę, wracając z dyżuru. To było poza zasięgiem mojej wyobraźni. Teraz jesteś tak daleko, tysiące kilometrów stąd. Inni trochę bliżej, ale też daleko. Chcę, by zapamiętali mnie sprzed. Wiesz przecież dobrze, jak białaczka zniekształca. Zmienia człowieka w bezkształtną masę. Puchniesz, wychodzą ci włosy, pękają Ci żyły od wkłuć wenflonów i zmieniają się w nie gojące rany. Ciało nie pachnie już swoim zapachem, tylko tym słodko- mdłym odorem śmierci. Oddychasz z trudem, łuszczy Ci się skóra. I walczysz. O każdy oddech, krok, ruch ręki. O kolejny dzień. Na początku z wolą wygranej, nadzieją na odwołanie wyroku, potem każdy dzień przynosi rezygnację. Bo uświadamiasz sobie, że wróg jest nie do pokonania i w ostatecznej rozgrywce i tak Cię zwycięży.
Ostatni raz widziałeś mnie na lotnisku. Śmiałeś się ze mnie, że wyglądam jak rusałka, która na chwilę wyszła z wody w tych swoich błękitach. I taką mnie zapamiętaj. Błękitną. Jak niebo, stokrotki i moje oczy. Rudi ja nie dożyję lata. I nie zapamiętam tych wszystkich odcieni błękitu, jakie można zobaczyć na niebie tylko latem. I nigdy z Julką nie policzymy spadających gwiazd.
Pamiętasz jak kilka lat temu byliśmy nad morzem? Wściekłam się na Ciebie, bo obudziłeś mnie o trzeciej rano, bo chciałeś zobaczyć wschód słońca…Siedzieliśmy w milczeniu zatopieni w chłodzie poranka. Morze miało kolor grafitu, słońce powoli wynurzało się z niego niczym ognista kula z otmętu, a niebo stawało się coraz bardziej niebieskie. Rudi, potrafię nazwać te wszystkie kolory i ich odcienie, ale pamiętam obraz w bieli i czerni. Jak na starych fotografiach. Tych naszych z liceum. Podniszczonych, nadszarpniętych zębem czasu. Wszystko pamiętam, ale rozróżniam tylko biel i czerń. I zobacz jak przewrotny potrafi być los. Ja szalona, energetyzująca wszystkich swoją witalnością kobieta, umiera. Powoli, z każdym dniem. Mimo walki. Niby żyję według wcześniejszego schematu. Rozmawiam z Aleksandrą, słucham muzyki, czytam książki, wstaję, kładę się, uśmiecham się. Tylko, że nie jestem to już ja. Czuję się tak jakbym stała obok i patrzyła na zupełnie obcą osobę. Kobietę w moim ciele. Przecież Rudi, znasz mnie tyle lat i wiesz, że jeżeli już coś robiłam, to całą sobą, każdym kawałkiem swojego ja. Pracowałam, przyjaźniłam się, kochałam, śmiałam, cieszyłam. Teraz robi to automat  zaprogramowany wcześniej. Wykonuje te czynności sterowany pilotem. Bez życiodajnej energii, wspomagany jedynie okruchami życia.I mimo, że jeszcze nie umarłam czuję na sobie zimny oddech śmierci. I marzę tylko, by choć na chwilę zatopić się błękicie letniego nieba. Ale to marzenie jest teraz tak nierealne, jak szansa na wygraną w totolotka. Przewrotne bywają marzenia. Szczególnie te, których już nigdy i nikt nie będzie mógł spełnić, choć kiedyś były w zasięgu ręki. Gdyby istniał Bóg nie mógłby się tak pomylić i nie pozwoliłby mojej Aleksandrze nie poczuć już nigdy więcej matczynego pocałunku na swoim czole. A jeżeli istnieje, to w swych decyzjach jest nieludzki. Więc po co istnieje? I tylko głupcy wierzą, że to mądrość nad mądrościami. Albo ci, którzy w nie doznali bólu, który tkwi w każdym twoim kawałku i mimo całej woli życia nie jesteś w stanie go pokonać. I on zwiastuje demona śmierci, który czai się w twoim obolałym ciele.
Kiedy leżałam w szpitalu na sąsiedniej sali umierała młoda dziewczyna. Godnie i z pokorą. Ostatnia umiera nadzieja powiedziała mi. Miała rację. Tej nadziei jest we mnie coraz mniej, z każdym wydychanym powietrzem, gestem, uśmiechem. Rudi, ja po prostu umieram. I te wszystkie maile wysyłane do różnych części świata są ostatnimi, jakie napiszę. Nadchodzi nieubłagalnie czas mojej finałowej dogrywki. Jest już wiosna, a lata już nie będzie. Dla mnie.
 Rudi, wiem, że nie będzie Cię na moim pogrzebie, ale Pol ma dać wszystkim znać. Popatrz wtedy w niebo na antypodach. Właśnie takie były moje oczy. I życz mi bym mogła strzec Aleksandrę przed złem. W postaci anioła. Stróża.
 
                                                          Alicja.
 
 

Wiadomość czwarta  
 
 
 
----- Original Message -----

From: Alicja  
To: Mateusz 
Sent: Sunday, April 19, 2003 13:52 AM
Subject: niebo

 
 
Jest taka piękna wiosna za oknem. Zielona i soczysta. Moja pora roku. Nie dożyję lata… Pewnie już o tym wiesz. I moje kilkumiesięczne milczenie nie było zapomnieniem. Nie potrafiłabym. O Tobie. Było walką. O życie. Rosyjską ruletką. Z tym, że stawka do wygrania była wielka. I trafiło mi się parę wygranych… Kilka lepszych morfologii i dni lepszego samopoczucia. Ale już przy następnej grze krupier- Bóg zabierał wygraną i nie dawał nadziei na następne. Cały czas gram, w świadomości, że cuda się zdarzają. Chociaż szanse na wygraną maleją z dnia na dzień. Czuję, że powoli umieram…Ja, żyjąca na pełnych obrotach, szalona, wiecznie uśmiechnięta. Teraz też się uśmiecham, tyle tylko, że moje oczy są puste. Zakręcony Kwiatek, tak mnie nazywałeś. Zazieleniła się trawa, niedługo będą kwitły wszystkie drzewa. Dobrze, że chociaż to mogę chłonąć swoim chemicznym ciałem. Bo letniego nieba już nie zobaczę. Pisanie sprawia mi coraz większą trudność. Komputer się wiesza, taka jestem napromieniowana.Nie czuję już żadnych zapachów i nie rozróżniam kolorów. Wszystko jest czarno białe. Potrafię przywołać jedynie parę kolorów w obrazie narodzin Aleksandry.
Wiesz, czasami spełniają się marzenia. To nasze spotkanie na lotnisku wymarzyłam sobie z detalami. Tysiąckrotnie. Każdy gest, uśmiech, zapach, Ciebie. I dlatego odrobina koloru pojawia się w obrazie szarej płyty lotniska, kiedy po raz pierwszy wziąłeś mnie w ramiona. Byłeś po Aleksandrze największym darem losu, jaki dane mi było otrzymać. W tej końcówce. Bo wyrok już wtedy zapadł. Ale nieświadomość jest zbawieniem. Bo dzięki niej mogłam przez te dziesięć dni śmiać się, kochać się, przytulać się do Ciebie i dawać kuksańce. Być w niebie. Choć już wtedy demon śmierci czaił się we mnie. Jeden z lekarzy powiedział mi, że każda przyjemność  jakiej doznajemy w życiu musi być okupiona cierpieniem. Czy za Aleksandrę i Ciebie musiałam zapłacić aż tyle? Wiem już na pewno, że nie ma Boga. Gdyby istniał podarowałby mi jeszcze trochę życia. A nawet, jeżeli istnieje i się pomylił, miał wystarczająco dużo czasu, by naprawić ten błąd. Więc dlaczego mnie ukarał? Mateusz, ja nie dożyję lata…
Pamiętasz jak w Krakowie na rynku piliśmy grzane wino z plastikowych kubków, szczękając zębami z zimna w ten grudniowy słoneczny dzień. A potem robiliśmy sobie zdjęcia. Grał hejnał, świeciło słońce. I to było niebo. Czułam wszechogarniające ciepło, mimo kilkustopniowego mrozu. Już wiem, że nie zrobię więcej zdjęć. Tylko one mi zostały po Tobie. I  odrobina koloru  na płycie lotniska. Mateusz, wiem, że nie wierzysz w Boga. Życz mi tylko, bym nie stałą się upadłym aniołem, tylko Stróżem. I strzegła Aleksandry przed demonami. Ciemności.
To już ostatni mail, który wysyłam. Do najlepszych, jakich znam. Pozostały mi tylko e-maile. Do pana Boga.
 Pol wyśle Ci wiadomość Pomyśl sobie wtedy, że zimowe niebo w Krakowie miało błękit lata.
 
Alicja
 
 

  Wiadomość piąta  
 
 
----- Original Message -----

From: Marcelina
To: Alicja
Sent: Monday, May 14, 2003 13:52 AM
Subject: no subject

 
 
Wrote: Podane konto nie istnieje.