| |
|
|
|
| |
|
warszawa,
12 września 2007
Jurata Bogna Serafińska – wywiad z dr Leszkiem
Szymańskim
Dr Leszek Szymański (doktorat z
historii, PUNO, Londyn, U.K. bakelorat z polonistyki London University, U.K.
magisterium z politologii California State University, USA) – literat,
dziennikarz, założyciel i pierwszy redaktor naczelny legendarnego
pisma „Współczesność”. Po wyjeździe z Polski w roku 1958
trafił przez Indie, Filipiny, Australię i Anglię do USA, gdzie
mieszka obecnie. Na jesieni 2006r. odwiedził Polskę z okazji obchodów
pięćdziesięciolecia powstania „Współczesności”. W lipcu 2007roku dr Leszek Szymański
otrzymał przyznaną mu przez „Miasto Literatów” nagrodę im
Josepha Conrada Korzeniowskiego. Uroczystość wręczenia nagrody
odbyła się 22 lipca w Orlando na Florydzie.
1.
JBS. – Leszku, jeśli pozwolisz –
chciałabym zadać Ci kilka pytań na temat Twojej
działalności i publikacji, jakich dokonałeś przez
kilkadziesiąt lat przebywania poza granicami Polski. Są to sprawy o
których nie uczono w szkołach i przez wiele lat nie pisano w gazetach i
byłoby dobrze gdyby przedstawiciele młodego pokolenia mogli
dowiedzieć się czegoś na ten temat bezpośrednio od Ciebie,
a nie z suchych podręcznikowych omówień. A więc
wyjechałeś z Polski przeszło pięćdziesiąt lat
temu jako młody pisarz, publicysta, redaktor. Przebywałeś w
Indiach, na Filipinach, w Australii, Wielkiej Brytanii, w Stanach Zjednoczonych
Ameryki. Zacząłeś pisać po angielsku. Już kiedyś
się zdarzyło, że, wyjechał z Polski młody
człowiek i stał się pisarzem anglojęzycznym. To Joseph
Conrad Korzeniowski. Czy wyjeżdżając miałeś
świadomość, że wstępujesz w jego ślady?
L.Sz. – Nie, nigdy nie kojarzyłem siebie jako
pisarza z Korzeniowskim. Może bardzo powierzchownie. Pamiętam,
że pewnego razu, będąc na Cejlonie, siedząc pod olbrzymim
wachlarzem śmigłowym, zdałem sobie nagle i ostro sprawę,
że wędruję śladami Conrada, że oglądam resztki
imperium brytyjskiego, podziwianego przez Korzeniowskiego za czasów świetności,
że może on siedział pod tym samym wachlarzem, na tej samej
werandzie popijając herbatę, lub coś mocniejszego. .... Prócz
tego decyzja Korzeniowskiego pobytu za granicą była tylko pół-polityczna.
Moja zdecydowanie polityczna.
2.
Słyszałam,
że jest wiele faktów w Twoim życiorysie, które są bardzo podobne
do faktów z życia Conrada. Podobnie, jak on, wyjechałeś z kraju
i nauczyłeś się języka angielskiego w wieku dojrzałym
i tak jak on zachowałeś charakterystyczny akcent. Wreszcie, tak samo
jak on, przestałeś pisać po polsku. Swoje utwory tworzyłeś
już tylko w języku angielskim. Czy możesz powiedzieć
coś więcej na temat tych zadziwiających zbieżności,
których jest podobno dużo więcej?
Wyjechałem z Polski do Indii
mając skromny, ale ostry dorobek literacki w języku polskim, i
osiągnięcia, z których nie zdawałem sobie nawet sprawy. Teraz po
przeszło 50 latach okazało się, że prąd literacki i
pismo „Współczesność” stały się rozdziałem w
Literaturze polskiej, a nawet jak niektórzy uważają epoką, a ja
wyrosłem na.... legendę! No i co już gorsze stałem się
seniorem politycznych polskich pisarzy emigracyjnych
Z angielskim byłem osłuchany od
czasów gimnazjalnych. Mój ojciec Kazimierz, świetnie władał tym
językiem. Duży wpływ miało na mnie, że mój serdeczny
przyjaciel (i członek grupy literackiej „Współczesność”)
Hindus, Kedar Nath, choć jego mową rodzinną był Urdu,
pisał po angielsku. Pokazało mi to, że można coś
osiągnąć w literaturze w cudzym języku. Obecnie i wtedy
zjawisko w Polsce wprost unikalne. Dość dużo pisałem rzeczy
publicystycznych i dziennikarskich. Najważniejsze były w „Kulturze” i
„Wiadomościach (tam też parę opowiadań). Jest to rozsiane
po pismach polonijnego świata, zwłaszcza, że o przedrukach
redaktorzy nie fatygowali się mnie zawiadamiać.
3.
Podobno aby pisać w
obcym języku trzeba zacząć w nim nie tylko mówić ale i
myśleć? Czy tak właśnie było w Twoim przypadku?
Korzeniowski twierdził, że od
lat nim zaczął pisać już myślał po angielsku,
że jego pierwsze utwory literackie były w tym języku. Na pewno
dużo czytał po angielsku, ja też. Ja zacząłem wpierw
tłumaczyć swe opowiadania na angielski, wygładzał mi to
zawodowy agent literacki J.C. Walls, któremu wiele zawdzięczam. Pierwszym
takim korektorem jeszcze w Polsce był Kedar Nath, doskonały stylista!
W pewnym momencie, nagle sobie zdałem sprawę, że łatwiej mi
jest pisać po angielsku, choćby z błędami, niż
tłumaczyć z polskiego. Często myślałem i
myślę po angielsku.
4.
A co z Twoim warszawskim
akcentem? Podobno zachowałeś go do dzisiaj?
Jeśli chodzi o polski akcent,
zachowałem go do dziś dnia. Wystarczy mi powiedzieć dzień
dobry – „good morning” by pytano mnie z jakiego jestem kraju. Podobnie jak
Korzeniowski nie potrafię wymówić dźwięku „th”.
Zresztą i po polsku nie wyzbyłem się warszawskiego akcentu i
pisząc po polsku często się łapię na tym, że
piszę fonetycznie. W angielszczyźnie do tej pory nie uporałem
się z rodzajnikami, których brakuje w języku polskim. Wbrew prostym
regułom jest tyle wyjątków i idiomatycznych zastosowań, że
nie mogę się obyć bez pomocy, kogoś urodzonego w tym
języku. Chyba dlatego, że nie jest to mój język ojczysty i
muszę się stale korygować, jestem uważany za świetnego
stylistę. Choć moja metoda pisarska, a zwłaszcza stylistyka
są wprost przeciwieństwem techniki konradowskiej.
5. Zauważyłam, że mówisz
Korzeniowski a nie Conrad. Czy ma to dla Ciebie jakieś głębsze
znaczenie?
Tak. Jozef Korzeniowski wystartował
jako Joseph Conrad. Jego narodowości jest trudno się
domyślić na postawie powieści i opowiadań. Ja na odwrót w
literaturze (nawet w amerykańskich i australijskich słownikach pisarzy)
jestem odnotowany jako Leszek Szymanski. Natomiast w życiu prywatnym
jestem Dr Leslie Shyman. Nazwisko zmieniłem, gdyż jako Polak w
Australii, w latach 60-tych nie mogłem dostać lepszej pracy. Pewnego dnia, jakaś
sekretarka mi oświadczyła, że mam alfabetyczną zupę
zamiast nazwiska. Gdy zmieniłem nazwisko, przynajmniej docierałem
do „interviews”. Korzeniowskiemu ani w życiu prywatnym, ani w zawodzie
marynarskim nazwisko nie przeszkadzało. Na pewno by mu przeszkodziło
w starcie literackim. Konrad było imieniem symbolicznym. Wbrew intencjom
rodziców Jozef Teodor ...... Konrad nigdy nie stal się KONRADEM.
.... Ciekawe, ze Korzeniowski/Conrad,
który nienawidził Rosji, Rosjan i ich literatury, nazwał swego syna
Borys. Imieniem kojarzącym się bardziej z Rosja niż
Ukrainą, ale już wcale z Polską....
6. Tak imiona kryją czasem
tajemnice, czasem przysparzają kłopotów. Słyszałam, że
miałeś kłopoty z powodu swojego imiennika?
Moje imię Leszek, nadane mi w roku
1933 było wtedy dość rzadkie i długo mylone z Lechem.
Dziś od Leszków aż się roi, ale skąd się w Polsce wzięli
tak liczni Dariusze intryguje mnie do tej chwili. Nota bene, kiedyś
miałem przez te swe pierwsze imię trochę kłopotów.
Otóż w Londynie krył się w szpitalu dla psychicznie chorych mój
imiennik, który się produkował rzewliwymi religijnymi opowiastkami w
„Dzienniku Polskim”. Prasa w PRL miała duży ubaw z domniemanego
przestawienia przez mnie chorągiewki. Nawet Jerzy Giedroyć w to
uwierzył. Jak się sprawa wyjaśniła była to już
musztarda po obiedzie.
A mówiąc jeszcze o narodowości
to obracam się twórczo w kręgu polskim. Choć
większość mych opowiadań i powieści jest osadzona na
egzotycznym tle bohaterami są Polacy. Bo potrafię wczuć się
w psychikę polską, ale nie umiem oddać bohaterów innej
narodowości. Osadzić ich w realiach. Conrad wybrnął z tej
trudności stwarzając niejako abstrakcyjne postacie, ponadczasowe i
stale stosując technikę narratora. Egzotyczne tło to dla niego
dekoracja.
7.
Jest jeszcze jedna
zbieżność – podobnie jak Joseph Conrad nie wybrałeś
sobie na żonę Polki. Czy to był świadomy wybór, czy
też głos serca.?
Korzeniowski już jako Conrad
przyznawał się, że pociągały go orientalne kobiety,
ale że nie odważył się przekroczyć granicy. W ogóle
przez przeszło dwadzieścia lat był kawalerem. Mnie te rasowe
granice nie przerażały, przekraczanie ich było fascynujące.
8.
Teraz pytanie z rodzaju
trudnych. Joseph Conrad spotykał się z zarzutami współczesnych. Krytycy zarzucali mu brak patriotyzmu, wytykali, że
porzucił kraj dla korzyści materialnych, że sprzeniewierzył
się obowiązkowi narodowemu odchodząc od ojczystego języka i
pisząc po angielsku w czasach, gdy ojczyznę zniewolili zaborcy Eliza
Orzeszkowa oburzała się, że Korzeniowski wzbogaca kulturę
Anglosasów, "którym nawet ptasiego mleka nie brakuje". Czy Ty
też spotykałeś się z zarzutami wynikającymi z faktu,
że dla swej twórczości wybrałeś język angielski?
Zarzuty Orzeszkowej są idiotyczne,
zresztą nie tylko jej, bo zabrała glos w ramach szerszej dyskusji, o
ucieczce talentów z Polski. Korzeniowski wyjechał z Krakowa jako
kilkunastoletni chłopak. O Polsce mało co wiedział. Podobnie jak
o życiu ludzi między, którymi spędzał urlop na mniej lub
więcej egzotycznym lądzie. Wiec jak mógł pisać powieści
z polskim tłem? Pisarzem został, gdy żaglowce wyszły z mody
i liczył na utrzymanie się z pióra. Gdyby został w Polsce nie
wiadomo, czy w ogóle byłby pisarzem. Ojciec Apollo był literatem, ale
zasłynął jako niefortunny polityk i konspirator. Zarzuty za
wyobcowanie się, padły dopiero, gdy Conrad stal się sławny.
Wątpię, aby w Polsce kiedykolwiek stal się sławnym. ...
Jeśli o mnie chodzi, to zacząłem pisać po angielsku
idąc miedzy innymi za radami Giedroycia i Grydzewskiego. Rynki zbytu dla
prawdziwych pisarzy ciągle się kurczyły. Dla pisarzy
emigracyjnych piszących po polsku nie istniały. Nigdy nie stałem
się sławny. A w Polsce byłem unicestwiony przez cenzurę,
więc prawie nic o mnie nie pisano. A tym bardziej o moich sukcesach, które
odnosiłem u krytyków ale nie czytelników.
9.
Joseph Conrad
Korzeniowski naraził się też rodakom swoim ironicznym stosunkiem
do twórczości Henryka Sienkiewicza, którego „Trylogię” nazwał w
jednym z listów do Kazimierza Waliszewskiego „Heroiczną
ewangelią św. Henryka”. Czy
w tym przypadku Twoja opinia jest również zbieżna z opinią
Conrada?
Moje i Conrada gusty literackie są
bardzo różne. Ale w tym wypadku się pokrywają. Gdy czytałem
ponownie „Trylogię” jako dorosły człowiek uznałem to za
bzdury. Z trudem i z obowiązku dobrnąłem do końca tego
dzieła.
10.
Myślę, że
polscy czytelnicy chcieliby się dowiedzieć czegoś więcej na
temat Twojej twórczości z okresu po wyjeździe z Polski. Są to
wszystko dzieła, które napisałeś po angielsku. W Polsce nie
ukazały się dotychczas tłumaczenia. Może więc opowiesz
nam o swoim dorobku literackim.
Zacznę od tego, ze nie jestem powieściopisarzem
i nowelistą sensus strictum. Jestem także historykiem i politologiem.
Napisałem monografie „Casimir Pulaski in America”. Pokazałem
olbrzymią rolę jaką odegrał Pulaski w amerykańskiej
wojnie domowej, podkreślam, że to była wojna domowa. Pokazałem
jego konflikt z Waszyngtonem. Wyciągnąłem
mnóstwo nieznanych dokumentów. Ustaliłem szczegóły i szczególiki. Daty,
nazwiska, a nawet jak wyglądały guziki w Legionie Pułaskiego.
Kopalnia wiadomości dla „Pułaskologów.
Następnie opracowałem
historię „Solidarności” z punktu widzenia systemowego.
Książka znakomicie przyjęta przez zawodowych politologów.
„Living with the Weird Mob” to eseje na temat Australii, Anglii i
Filipin. Parę
lat temu ukończyłem, proszę mi wybaczyć samochwalstwo,
rewelacyjną biografię, choć nie monografię, Pawła
Strzeleckiego.
Z książek ściśle
literackich wydałem zbiór opowiadań ”Escape to the Tropics”. Seria
dłuższych opowiadań połączonych osobą bohatera
Jana Skrzetuskiego (pseudonim Akowski) to „On the Wallaby Track” – Na Kangurzym
Szlaku. Pisane w stylu londonowskim i dzieje się w tropikalnej Australii i
na Nowej Gwinei. Opowiadania cieszyły się dość dużym i
międzynarodowym powodzeniem, ale nigdy się nie ukazały w formie
książkowe. Największe powodzenie zdobyły w Holandii.
„Warsaw Aflame” to historia niemieckiej okupacji
Polski”, graficznie współpracował ze mną Czesław
Banasiewicz.
„Narzeczone” to ‘romans’ sydnejski z lat
60-tych. Było to drukowane odcinkowo w paru pismach emigracyjnych. Po
polsku jest również broszurka „Pulaski Bohater Nieznany”.
W maszynopisach pozostaje jeszcze
parę powieści po angielsku i dwa skrypty filmowe.
11.
A nad jakimi
dziełami pracujesz teraz? Wiem, że jednym z nich jest monografia Jose
Rizala – bohatera filipińskiego. Poza tym słyszałam, że
piszesz traktat filozoficzny dotyczący tajemnicy istnienia. Kiedy te
dzieła będą wydane i czy ukażą się w języku
polskim?
Moja biografia Jose Rizal’a będzie,
mam nadzieję, czymś niezwykłym. Nie chodzi tu tym razem o fakty,
opieram się głównie na znanych źródłach, ale są tam
liczne interpretacje, tło historyczne i dygresje w sfery filozoficzne i literackie.
Staram się też łączyć biografię Filipińskiego
bohatera ze sprawami polskimi i ogólnymi. Mam nadzieję, że przez to
będzie to książka interesująca nie tylko dla
Filipińczyków i Polaków, ale dla międzynarodowego czytelnika.
Co do traktatu filozoficznego to raczej
zamierzony „opus”, gdzie „opisuje” swą religio-filozofie. Chcę to
opracować bardzo solidnie i w miarę możliwości naukowo, to
jest bez sztucznych założeń
i prawd objawionych, najwyżej znajdą się tam intuicyjne domysły
– prawdy, których nie mogę udowodnić, stąd wynika me określenie
religio-filozofii. Nie mogę się tym zająć na serio nim
ukończę Rizala. Nie potrafię pisać na raz dwu rzeczy. Jestem
jednotorowy.. Staram się nasiąknąć XIX wiekiem...
W ogóle mam dużo planów literackich.
Zobaczymy, albo nie, co z tego wyjdzie. Jak na razie przekonałem się,
po krótkim wypadzie do Polski, po 50 latach !, że na rynek polski nie mam
co liczyć, więc ostanę się przy języku angielskim jako
narzędziu literackim, więc w tym miejscu kłaniam się panu
kapitanowi Jozefowi Korzeniowskiemu zwanemu Conradem.
Na zakończenie chciałabym złożyć Ci gratulacje z
powodu przyznania Ci w lipcu bieżącego roku przez ”Miasto Literatów”
nagrody im. Josepha Conrada Korzeniowskiego.
Dziękuję za rozmowę i życzę dalszych sukcesów.
Wywiad przeprowadziła Jurata Bogna Serafińska
Warszawa, dnia 12.IX. 2007r.
|
|
| |
|
|
|
| |
|
warszawa,
5 września 2007
Jurata Bogna
Serafińska – wywiad z Bronisławem
Tumiłowiczem

Bronisław Tumiłowicz – dziennikarz. Studiował rybactwo morskie na WSR w
Szczecinie i dziennikarstwo na UW. Pracował w Red. Zagranicznej
PAP, Sztandarze Młodych, Argumentach. Płomieniach, Motorze, Rynkach
Zagranicznych, Przeglądzie Tygodniowym, Przeglądzie, III Programie P.
R. i dzienniku Metropol. W latach 1998-2002 był redaktorem
naczelnym miesięcznika "Życie Muzyczne". W okresie 1980-85
pracował jako adiunkt na Politechnice Warszawskiej oraz SGGW,
prowadził zajęcia w Wyższej Szkole Dziennikarskiej im. Melchiora
Wańkowicza, a od 2000 roku w ID UW. Jest członkiem Klubu Publicystów
Morskich SDP i SDRP. Nagrodzony odznakami: Zasłużony Pracownik Morza
i Zasłużony dla Pomorza Zachodniego.
- JBS. – Przeprowadzam serię wywiadów z ciekawymi
ludźmi – pisarzami, poetami reżyserami, malarzami, ekologami…
Pan jest dziennikarzem, którego pasją jest muzyka.. Istnieje opinia,
ze to Pan mógłby wskazać kierunek odpowiedni dla wypromowania
Polski w Europie i Świecie. Czy możemy porozmawiać na ten
temat?
Br. T. – Możemy. Zajmuję
się naraz tyloma najróżniejszymi sprawami, że także
promocja Polski w świecie, skądinąd sprawa niezmiernie
ważna, też może być tematem rozmowy.
- Jeśli zastanowimy się co pozytywnego dostrzegają u
nas nasi współeuropejczycy – to stwierdzimy, że widzą
dobrych hydraulików, pielęgniarzy, kierowców i dobre, bo jeszcze
naturalne i ekologiczne produkty żywnościowe. Grzyby, jagody,
żurawiny. Czy naprawdę to musi być tylko tyle? Dlaczego nie
potrafimy promować naszej kultury?
- Myślę, że to, co
Europejczycy widzą w nas, nie da się ująć jednym zdaniem.
Produktami o pewnej renomie są np. polska wódka, polska szynka, ale
też...polski papież, polski prezydent Lech Wałęsa, polski
piłkarz Zbigniew Boniek. Mamy również przykłady wręcz
karygodne, jak np. „polskie obozy koncentracyjne”, które dziś w istocie
są ...produktem kulturalnym, obiektami turystycznymi. Czy nie potrafimy
promować naszej kultury? Tutaj też odpowiedź nie jest
jednoznaczna. Z dziedziny plastyki na świecie liczą się dwa –
trzy nazwiska Roman Opałka i Magdalena Abakanowicz. W Centre Pompidou w
Paryżu w ekspozycji stałej są np. prace Katarzyny Kobro. A
Katarzyna Kozyra też jest naszą wizytówką. Silnie za
granicą promuje się polski teatr, choćby Lupa, Jarzyna. W
muzyce niekwestionowaną pozycję ma Krzysztof Penderecki, Wojciech
Kilka Henryk Górecki. Właściwie można by wymieniać nazwiska
w nieskończoność, bo wielu artystów na własną rękę
przebija się do świadomości europejskiej na własną
rękę.
-3. Powinniśmy tworzyć wizerunek,
uwzględniający nasze narodowe atuty. Czy Pana zdaniem możemy
być postrzegani jako kraj melomanów? Czy możemy promieniować
kulturą muzyczną? Mamy przecież dorobek w tej dziedzinie –
Międzynarodowy Konkurs Chopinowski, Warszawską Jesień,
szkolnictwo muzyczne, kompozytorów od Gomółki, poprzez Moniuszkę po
Góreckiego, Pendereckiego, Kilana, wspaniałych śpiewaków operowych…
- Krajem melomanów to na pewno nie
jesteśmy i nie będziemy przez najbliższe 50-100 lat.
Umiejętność muzykowania domowego, czy choćby śpiewania
amatorskiego została dokumentnie pogrzebana w naszym
społeczeństwie w wyniku fatalnych decyzji oświatowych w
przeszłości. Wyrugowanie z programów szkolny zwykłych, pospolitych
lekcji śpiewu miało takie fatalne skutki, które objęły
już kilka pokoleń. Najbardziej masowy styk Polaka ze śpiewem,
to kościół i uroczystości patriotyczne. Śpiewać w
kościele nikt już poza starymi babciami nie chce, a księża
też są nie przygotowani aby „muzycznie promieniować” na
wiernych. Na uroczystościach państwowych Hymn Polski z reguły
wykonuje się ... z taśmy. O czym my tutaj mówimy. Promieniować
kulturą muzyczną możemy jedynie w wąskich kręgach
profesjonalnie zainteresowanych muzyką, ale nie masowo.
- A może powinniśmy skoncentrować się na
którymś z naszych Wielkich? Ale nie poprzez pomysły typu
wymyślania nazwy z nazwiskiem dla następnego alkoholu czy
bombonierki. Może powinniśmy wykorzystać n.p. olbrzymie
zainteresowanie muzyką Chopina w krajach azjatyckich, zwłaszcza
w Japonii?
- Absolutnie tak. Jako państwo, jako
społeczność powinniśmy się skoncentrować,
właśnie na Fryderyku Chopinie – i to stara się robić
Narodowy Instytut Fryderyka Chopina. W 2010 roku cały wysiłek oficjalnej
kultury będzie nacelowany na to nazwisko, z okazji 200 rocznicy urodzin, i
wtedy się okaże czy umiemy promować , czy nie. Bo ze
stereotypami walczyć trudno, a europejski obywatel uważa pewnie,
że Chopin był Francuzem... Alkohol „Chopin”, żaglowiec „Chopin”,
lotnisko
Chopin, nagrody Fryderyka, to
wciąż jeszcze za mało, aby całemu światu
odsłonić potęgę polskiej kultury, choć są to
działania idące w dobrym kierunku.
- Podobno w Europie jesteśmy uważani za potęgę w
dziedzinie jazzu. Kurylewicz, Urbaniak, Namysłowski,
Ptaszyn-Wróblewski. Może to pomysł na zainteresowanie u innego
pokolenia odbiorców?
- Tak pewnie jest, ale jazz to jednak
margines, dosyć wąska i specjalistyczna dziedzina. Niektórzy
mówią, że „ślepa uliczka muzyki”, trochę już
wyeksploatowana przez różne próby komercyjne.
- Mamy też tzw. regiony muzyczne. Muzyka i kultura góralska,
Podhale… Wiele miast małych i dużych, wiele miejscowości
mogłoby skutecznie przyciągać turystów i inwestorów poprzez
umiejętną promocję swoich walorów. Brakuje nam
właściwej koncepcji. Dlaczego pomimo atutów w postaci wielkich
nazwisk i znanych imprez naszym ośrodkom kulturalnym daleko do rangi
chociażby Salzburga czy Majorki?
- Patrzę z pewnym niepokojem na to,
co się dzieje w polskiej branży turystycznej. Ile czasu zajmuje walka
o właściwy status Polskiej Organizacji Turystycznej, która
mogłaby profesjonalnie i finansowo koordynować poczynania
Regionalnych Organizacji Turystycznych, i w ogóle regionów, lokalnych
stowarzyszeń i organizacji pozarządowych, które mają wiele
ciekawych pomysłów. W POT znajduje się być może klucz do
tego, o czym Pani mówi. Góralszczyzna, Kurpiowszczyzna, Kaszuby – to tylko trzy
przykłady regionów kulturalnych mających potencjał do
zainteresowania i zadziwienia całej Europy, ale na szczeblu rządu
ważniejsza jest walka o strefy wpływów, o stanowiska, stołki.
POT nie ma wciąż prezesa, a po odejściu Andrzeja
Kozłowskiego nie znalazł się jeszcze nikt, kto dysponowałby
jakąś całościową wizją promocji Polski poprzez
turystykę.
- Podobno od dziesięcioleci istnieje projekt stworzenia
propozycji turystycznej obejmującej trasę szlakiem Chopina.
Zmienia się tylko co jakiś czas nazwa określająca ten
projekt – folder, oferta, produkt. Za trzy lata powinniśmy być
przygotowani do uroczystego obchodzenia dwusetnej rocznicy urodzin
Fryderyka Chopina. To powinny być uroczystości rangi
światowej. Jak na razie rok 2010 jest w mediach wspominany
głównie jako rok w którym powinny być gotowe obiekty sportowe do
Euro 2012. Czy ma pan sposób na to aby Polacy interesowali się
kulturą przynajmniej w takim stopniu jak sportem?
- Mam. Obowiązkowe, od pierwszej
klasy do matury, lekcje rysunku i śpiewu we wszystkich szkołach.
Wprowadzenie dodatkowego kryterium doboru wszystkich kadr w Polsce, od
dyrektora po ministra i prezydenta – musiałyby to być osoby
odpowiednio przygotowane i edukowane kulturalnie, potrafiące przynajmniej
przyzwoicie rysować i śpiewać np. Jeszcze Polska nie
zginęła. Pamiętam , jak przed wieloma laty Jerzy Waldorff
zażądał od kierownictwa Telewizji Polskiej, aby miejsca na
kulturę, a zwłaszcza muzykę było w programach telewizyjnych
wiadomości tyle samo, co miejsca na sport. Przez kilka dni , może
tygodni, tak było, a potem się rozmyło. Oczywiście
telewizją się nie naprawi wszystkich grzechów kulturalnej edukacji,
ale może przynajmniej przekaże się ludziom podstawową
prawdę, że życie bez kultury to ciężki,
śmiertelny grzech.
- Co zrobić abyśmy nauczyli się promować
pozytywnie? Aby promocja pozytywna zastąpiła tę
negatywną i niepochlebną, która ma miejsce w ostatnim czasie?
Może trzeba zacząć od siebie, może powinniśmy
kultywować naszą kulturę najpierw we własnym
społeczeństwie, które jakby zasnęło
oglądając telewizyjne seriale?
- To, o czym mówimy, to zwykłe
wołanie na puszczy. Jest wielu pasjonatów, którzy na swoim odcinku, w
lokalnym kręgu swoich znajomych, sąsiadów czy
współmieszkańców robią bardzo piękne i pożyteczne
rzeczy. O tych ludziach nawet pies z kulawą nogą nie piśnie,
chyba, że jest to „dyrygent chóru chłopięcego” o
skłonnościach pedofilskich. Trudno o gorszą reklamę dla
wspólnego śpiewania, jak właśnie ten szeroko
nagłośniony przypadek. Która matka, który ojciec wyśle teraz
swoje dziecko na zajęcia zespołu śpiewaczego bez drżenia
serca? Co mają teraz robić inni dyrygenci chórów dziecięcych?
Oddać się w ręce organów ścigania? Praca z dziećmi to
oczywiście ogromna odpowiedzialność, ale nie należy
się koncentrować na przypadkach incydentalnych. Chóry dziecięce
powinny być w każdej szkole. Nawet powstał taki ministerialny program,
który krok po kroczku ma zwiększać liczbę odpowiednio
przygotowanych nauczycieli, zachęcać ich do zakładania chórów w
szkołach i obejmować coraz większe połacie kraju. Ale
jakoś od momentu inauguracji programu nikt tego już nie śledzi.
Nikomu nie zależy na tym, abyśmy byli bardziej kulturalni , niż
jesteśmy. Odnoszę wrażenie, że jest wręcz przeciwnie.
- Na zakończenie – pytanie osobiste – Jakie są Pana plany
na najbliższą przyszłość – zawodowe i prywatne?
- Chciałbym zostać
przywódcą dużej, międzynarodowej sekty religijnej, mającej
miliony wyznawców na całym świecie i dysponującej też
ogromnymi możliwościami finansowymi, przy których imperium ojca
Rydzyka byłoby maleńkim ziarnkiem piasku. Sekta owa, będąca
zarazem emanacją nowego, pozytywnego kierunku filozoficznego,
krzewiła by pokój, miłość, kulturę wyższą ,
tolerancję, pracę dla dobra ogółu i oczywiście śpiew.
Nasz hymn mógłby się zaczynać od słów: Usta milczą,
dusza śpiewa.
Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia
się Pana planów i marzeń w jak największym zakresie.
Warszawa, dnia 5. IX.2007r.
Wywiad przeprowadziła Jurata Bogna Serafińska
|
|
| |
|
|
|
| |
|
warszawa,
22 sierpnia 2007
Jurata Bogna Serafińska – wywiad z Leszkiem Szymańskim o podróży do Indii przed
pół wiekiem
Dr Leszek Szymański
(doktorat z historii, PUNO, Londyn, U.K. bakelorat z polonistyki London University, U.K.
magisterium z politologii California State University, USA), - literat,
dziennikarz, założyciel i pierwszy redaktor naczelny legendarnego
pisma „Współczesność”. Po wyjeździe z Polski w roku 1958
trafił przez Indie, Filipiny, Australię i Anglię do USA, gdzie
mieszka obecnie. Na jesieni 2006r. odwiedził Polskę z okazji obchodów
pięćdziesięciolecia powstania „Współczesności”.
Indie - państwo w południowej części
kontynentu azjatyckiego. Obszar 3 287 263 km2.
1080264 tys. mieszkańców. Graniczy z, Chinami i
, z Bhutanem, Myanmar i Bangladeszem. Granice
państwa tworzą też wody Zatoki Bengalskiej i Morza Arabskiego.
Stolica: New Delhi. Większe miasta: Mumbai (dawniej Bombaj), Delhi, Kalkuta, Madras, Bangalore,
Hyderabad, Ahmadabad, Kanpur, Nagpur, Pune, Jaipur,
Lucknow, Indore, Madurai, Surat. Kraj Podzielony administracyjnie na 25 stanów i 7
terytoriów związkowych. Językami urzędowymi są hindi i
angielski .(W Indiach istnieje ponad 700 języków).Waluta narodowa,
rupia indyjska, dzieli się na 100 paise. Klimat zwrotnikowy
monsunowy zwrotnikowy pustynny, w Himalajach i Karakorum podzwrotnikowy górski.
Kiedy czytamy przewodniki po Indiach czujemy się oszołomieni
Czytamy, że to kraj
niezliczonych, błyszczących kolorów:
lśniących wszystkimi barwami posągów Buddy, Szivy i Ramy…kraj fakirów,
guru, ascetów, wędrujących mnichów, kraj kontrastów, tajemnic i
zagadek – oszałamiający i fascynujący. Kraj imponujących
pałaców i świątyń, cudów natury, ogromnych metropolii i
ubóstwa. Świat łączący starożytność i średniowiecze
ze współczesnością… To kraj, po którym przez wiele miesięcy
podróżował w drugiej połowie XX wieku dr Leszek Szymański.
1.
Leszku, w wywiadzie na
temat podróży na Filipiny wspomniałeś, że na emigrację
zdecydowałeś się będąc w Indiach. To był rok
1958. Wtedy było bardzo trudno dostać nie tylko paszport ale nawet
tzw. wkładkę paszportową do krajów socjalistycznych. Wiem,
że do Indii pojechałeś ponieważ dostałeś
nagrodę Teodora Parnickiego. Jak udało Ci się otrzymać
zgodę na wyjazd?
Paszport dostałem z zachętą do wyjazdu przez
KC PZPR, które chciało się mnie możliwie dyskretnie pozbyć
ze "Współczesności" by ją zreformować. Ambasador
Katz nawet obiecał mi osobiście (w Polsce) stypendium. Obietnicy nie
dotrzymal, choc Ambasada „opiekowala” sie mną przez parę dni. Opieka
w cudzyslowie, bo wsadzili mnie do taniego hoteliku, na ktory nawet nie bylo
mnie stać, ponieważ do dyspozycji miałem zaledwie sto funtow, co
wydawało mi się wtedy majątkiem.
2.
Skąd
wzięło się te sto funtów?
Pieniądze miałem z rozmaitych honorariów, a
zwłaszcza z wydawnictwa „Sport i Turystyka”, które podpisało ze
mną umowę na pniu. Bank Narodowy pozwolił mi te sto funtów
wymienić
Nota bene, po tym jak „wybrałem wolność”, juz
w Australii, Sport i Turystyka, groziła mi sądem za niedotrzymanie
umowy. Wiec manuskrypt im wysłałem, Było to jednak zwykle
„harassment”. Książki oczywiście nie wydrukowano. Nosi
tytuł „Pieszo Przez Indie””.
3.
Jakie były dalsze
losy tego manuskryptu?
Chyba jeden egzemplarz w maszynopisie jest gdzieś w mych
papierach, drugi w Bibliotece POSK’u w Londynie. Trzeci został zniszczony
celowo wraz z większością mych maszynopisów i wycinkami z prasy
holenderskiej, gdzie tłumaczono wiele mych opowiadań. Ale to
zupełnie inna historia. Podobnie jak mój i Edwarda Duszy „historyczny”
zatarg z wysłannikiem KC PZPR, Hieronimem Kubiakiem w Stevens Point,
maleńkim miasteczku w Wisconsin, gdzie redagowano i wydawano
istniejącą do dziś „Gwiazdę Polarną”. Byłem tam
redaktorem działu politycznego. Tak ja później ponownie w Australii w
sydnejskiej ABC, w sekcji polskiej. Ale to znów inna historia.
„Pieszo przez Indie”, dziś jest już dokumentem
historycznym bo towarzyszyłem w wędrówce hinduskiemu
„świętemu”, który skłaniał obszarników by dobrowolnie
rozdawali swą ziemie. I robił to skutecznie!
4.
Czy w czasie pobytu w
Indiach powstały jeszcze jakieś Twoje utwory?
Moj artykuł „Biali Sahibowie z Polskiej Ambasady”
był drukowany w większości pism emigracyjnej. Słowo „sahib”
nie zawsze oznacza białego człowieka. Duża część
książki „Pieszo przez Indie”, była pisana na „żywca”. Jako
rodzaj reportaży. Podobnie parę fragmentów kontynuacji „Końca
zgody narodów”. Chciałem utrwalić „koloryt lokalny” choć pewnie
wszystko to wyglądało trochę inaczej parę tysięcy lat
temu.
Moja książka „Living with the Weird Mob” przedstawia
życie emigranta w , Australii, Anglii i USA”, lecz oczywiscie nie w
Indiach.. Dobrze przyjęta przez krytykę, gorzej przez czytelników.
Zostało mi w pamięci, że określono ją jako mocną,
gniewną i gorzką. Czyli to co cechowało
„Współczesność” w Polsce. Tylko bez dwuznaczników i pisania pod
cenzurę.
5.
Jak doszło do tego,
że otrzymałeś nagrodę Teodora Parnickiego? Czy
miałeś kontynuować jego „Koniec Zgody Narodów”?
Jako redaktor „Współczesności” usiłowałem
nawiązać kontakt z pisarzami emigracyjnymi. Nota bene, byl to
dział Jerzego Czajkowskiego, który się koncentrował na poetach.
Ja natomiast wolałem prozę. Już nie pamiętam jak i od kogo
dostalem adres Parnickiego, który był w Meksyku. Chyba od Teresy Englert,
dyrektorki wydawnictwa „PAX’u.
PAX wydawał Parnickiego i innych pisarzy emigracyjnych,
którzy zamierzali powrócić do PRL, ale ja o tych „knowanmiach” nie
wiedziałem. W każdym razie Parnicki mial, mnóstwo złotówek w
Polsce, których tylko część mógł wymienić na DOLARY.
Wiec oglosil konkurs na powieść z tematyką historii starożytnej. Ponieważ
„Koniec Zgody Narodow” wydawał mi się niedokończonym
dziełem – zaproponowałem kontynuację.
Mam chyba kilkaset listów Parnickiego. (oryginaly są w
Bibliotece Narodowej, kopie w Jagiellońskiej). W każdym razie Parnicki
przyznał mi stypendium/nagrode na wyjazd do Indii.
6. Jakie prace miałeś prowadzić w
Indiach w ramach stypendium?
Chciałem przeprowadzić wizję lokalną i
zobaczyć co zostało z dawnej kultury indyjskiej po kilkuset latach panowania
państewek greckich w dzisiejszych północnych Indiach.
Prócz tego, prawdę mówiąc, rozglądałem
się za możliwością wyjazdu z Polski, bo było dla mnie
jasnym, że dni względnej wolności „Współczesności”
były na ukończeniu. Miałem też możliwość
wyjazdu do Berlina, ale wybrałem Indie. A później Australię.
7. Jakim środkiem lokomocji
podróżowało się z Polski do Indii pół wieku temu?
W moim wypadku samolotem „Lot’u dotarłem do Moskwy. W
Moskwie przesiadłem się bodaj na „Aeroflot” lecący do New Delhi.
Samolot pompował benzynę w Samarkandzie, czy tez Taszkencie. Ku memu
zdumieniu zaobserwowałem stado osiołków obarczonych chyba beczkami
benzyny. Jeden z nich ryczał tak donośnie, ze zagłuszał
jakieś przemówienie, prawdopodobnie Chruszczowa, z głośników w
samolocie. Jakie podobne glosy, pomyślałem bluźnierczo.
8.
Jakie było Twoje
pierwsze wrażenie po tym jak wysiadłeś z samolotu?
Moim pierwszym wrażeniem było gorące,
tropikalne powietrze, gdy stanąłem w wyjściu samolotu.
Powietrze przesycone jakimiś dziwnymi woniami. Do dzis dnia doświadczam
podobnego uczucia wysiadając z samolotu w tropikalnych krajach, czy na
wyspach Pacyfiku, zwlaszcza francuskich. Pamiętam „vestige” francuskiego
kolonializmu. Gwardie dorodnych Polinezyjczyków we wspaniałych mundurach w
czakach, orkiestrę wojskową i z samolotu „Air France” wysiadalo dwu
francuskich dostojników, też w galowych mundurach z odznaczeniami, które
błyszczały tak wspaniale, że mogłem to obserwować z
(okna) mej kabiny. Marsze, czy też „Marsyljanka”, nie dorownaly jednak
potęgą głosu rykowi towarzysza osła z Samarkandy a może
z Taszkientu?.
9.
W jakich warunkach
mieszkałeś w Indiach?

Tak jak to zwykle czynię. Nigdy nie byłem
turystą. Zawsze tubylcem, albo emigrantem. Z mego krótkiego pobytu w
hoteliku, pamiętam gościa hotelowego, grubego Hindusa, który głośno
protestował przeciw zupie pomidorowej i przeze mnie usiłował
nawiązać stosunki handlowe z Polską, zamierzając
eksportować tam nieznane mi „cashew nuts”. Not my cup of tea! Pewnego
wieczora zobaczyłem przeraźliwie wyglądającego pająka
na moim łóżku. Przerażony wezwałem pomocy.
Służący Hindus zjawił się natychmiast i starannie
umieścił potwora na dłoni i wyniósł w bezpieczne miejsce.
Jak mnie zapewniał pracownik ambasady, któremu o tym wydarzeniu
wspomniałem, Hindus mógł uważać, że w pająku tkwi
duch jego pradziadka. W Indiach jak i w Australii nie ma niejadowitych
węży. Pamiętam jak kiedyś mieszkający u mnie Kedar
Nath wyskoczył przerażony z łóżka, gdy odkrył tam
podrzuconego przeze mnie węża z gumy.
10.
W Encyklopedii
Powszechnej znalazłam informację, że w Indiach panują
aż trzy różne klimaty – zwrotnikowy monsunowy, zwrotnikowy pustynny i
chłodny podzwrotnikowy górski. Na czym polegały te klimatyczne
różnice i co z nich wynikało? Jakie ubranie było Ci niezbędne
w czasie pobytu
Nie bardzo znam się na klimatologii. Podczas mego pobytu
w Indiach było bardzo gorąco w New Delhi i Kalkucie oraz Benares. U
podnóży Himalajów chłodno. Ubranie miałem akurat takie jak w
lecie w Polsce. Na zdjęciu grupowym z Shivananda jestem uwieczniony w
polskiej wiatrówce z potężną plamą czerwonego atramentu, z
czasów redaktorskich. Później czytałem, że każdej zimy w New
Delhi zamarza kilkuset bezdomnych osób.
11.
Spędziłeś
podobno kilka miesięcy w aszramie, Guru, Shri Shwami Shivananda o stóp
Himalajów i w New Delii. Czy możesz rozszyfrować te nazwy?

Byłem w Ashramie, Shri Swami Shivananda U
źródeł Gangesu, u podnóża Himalajów. Byłem też w
Benares. Do Shri Shvami Shivananda zarekomendowala mnie slynna Wanda Dynowska,
ktora miala wlasny aszram w Madrasie. Nota bene, wtedy slowa guru, aszram,
szwami byly w Polsce nieznane. Guru to nauczyciel, aszram to rodzaj
klasztoru-uniwersytetu, szwami to „swietobliwy”, shri to grzecznosciowy tytul
jak wielmozny pan. Malo znane wyrazenia nawet w Anglii.
12.
Czy
podjąłeś studia w jednym z klasztornych uniwersytetów?
Shri Shvami Shivananda, potężny człowiek,
zawsze w dlugim europejskim plaszczu byl doktorem oftamologii. W klinice leczyl
za darmo. W aszramie gościł i karmił każdego, kto miał
ochotę studiowania jego nauk. Ale ani uczestnictwo w wykladach, ani joga
nie były obowiązkowe.
Ponieważ ani filozofia hinduizmu z naciskiem na Shive mi
nie odpowiadala, a do jego jogi nie potrafilem nagiąć kości, po
kilku miesiacach zrezygnowałem ze studiów. Do dziś dnia jestem
wdzięczny Shri Shvami Shivananda za jego gościnę.
Jako ciekawostkę dodam, że po drugiej stronie
Gangesu, tam plytkiego i wąskiego, ale o przeczystej wodzie byl aszram
przeciwnika Shivanandy – Vishnunandy. Mimo różnic ideologicznych obaj
„święci” bardzo się lubili. Tworzyli też humorystyczną
parę, Shivananda wysoki i tlusty zupełnie łysy olbrzym i
Vishnunand mały chudy i całkowicie zarośnięty z włosami
chyba do ziemi i bodaj nagi, przykryty wspaniałą kruczo czarną brodą.
13.
Czy byłeś
zadowolony z prowadzonych badań naukowych?
Trudno to określić jako badania naukowe, widzialem
ruiny zabudowań i fortyfikacji greckich najlepiej zachowanych w Taxili w
Pakistanie, trochę rzeźb greckich lub pod wpływem greckich, ale
przede wszystkim zobaczyłem i odczułem topografię i klimat kraju.
Uzupełniłem swą lekturę. Zwykle pisząc rzeczy
historyczne staram się zastosować „osmozę’
nasiąknąć czasami, geografią, historią okresu, o
którym piszę. Staram się też wyłączyć od
współczesności. Gdy pisałem biografię Strzeleckiego, o
zniszczeniu Twin Towers w New Yorku dowiedzialem sie parę dni
później. Nie interesowały mnie wybory w Stanach Zjednoczonych.
Obecnie pracuję nad Rizalem i ledwo wiem, kto kandyduje na urząd
prezydencki
14.
Czy wyniki badań
odsyłałeś do Polski czy też masz je do dzisiaj ze
sobą? Jeśli tak to czy masz zamiar je opublikować?
Nie tyle wyniki badań, co ukończoną
olbrzymią i epicką wersję angielską posłałem Parnickiemu,
który akurat powrócił do PRL. Teraz ja byłem pisarzem emigracyjnym i
Parnicki mnie zlekceważył. Wysyłałem reportaże do
„Współczesności”, ale podobno tekst i fotografie walały się
po podłodze redakcji. Nic nie wydrukowano, choć przecież, nie
byłem jeszcze oficjalnie na emigracji. Zapowiedź przyszłości?
Obecnie złożyłem podanie o stypendium do Ministerstwa Kultury i
jeśli je dostanę - opracuję uaktualnioną wersję
polską. Nowe wątki i obserwacje psychologiczne. Te same tlo
historyczne i główni bohaterowie.
15.
Czy
interesowałeś się religiami Indii – buddyzmem, hinduizmem?
Jakiego wyznania byli twoi sąsiedzi Hindusi?
Tak, interesowałem się i interesuję
Hinduizmem, ale znacznie bardziej Buddyzmem, a wlasciwie jego wersją
Mya......??? Zamierzam napisać pracę naukową „Na Tropach
Historycznego Buddhy”. Mieszkałem u swego przyjaciela Mahometa Islam Raj
Puta. Nasz sąsiad Hinduista budził nas w nocy parę razy
chrząkaniem (czyszczeniem gardła i nosa) i śpiewami sutry.
Kąpałem się u źródeł Gangesu. Woda uleczyła
wszelkie zanieczyszczenia ciala. Lecz w New Delhi okoliczni mieszkańcy
myśleli, że zwariowalem, gdy po wstepnej gimnastyce zanurzyłem się
w Gangesie Chyba krokodyli tam nie bylo, ale węże wodne.. Raj Put
wytłumaczył zaniepokojonym obserwatorem, że to
część mojej religii. W Benares nie odważyłem się
zanurzyć w Gangesie. Zbyt dużo spławianych trupów.
Chociaż do każdej religii mam szacunek, to raczej
zadziwił mnie widok całkowicie nagich świętych. Czy
też derwiszy, których całym rynsztunkiem, była miseczka,
którą dobrzy ludzie od czasu do czasu wypełniali pożywieniem. Większość Hindusów ma
religijny szacunek do życia. Ma to religijne uzasadnienie u Braminów przez
wiarę w karmę i inkarnacje. Przeciętny Hinduista ma raczej
znikome pojecie o teorii i po prostu stosuje się do zwyczajów i
rytuału. Wyznawcy religii Parsów noszą
zawoje na nosie i ustach by nie zabijać mimowolnie mikroskopijnych owadów.
16.
Czy odwiedzałeś
indyjskie biblioteki i czy badałeś teksty mówiące o wimanach – starożytnych
indyjskich statkach kosmicznych napędzanych m .in. metodą
antygrawitacyjną?
Tak, bardzo to mnie intryguje, ale przyznam sie, że znam
to nie z muzeow i tekstow, a głównie z wersji Von Denikena.
17.
Czy uważasz
opowieści o wimanach za opisy faktów jakie naprawdę miały
miejsce czy też za fantazję literacką?
Wygląda to na legendy oparte na faktach. Ale dokladnie
tego nie badałem.
18.
Czytałam, że na
współczesnych konferencjach poświęconych lotom kosmicznym
poruszany bywa temat wimanów. Na przykład na Konferencji Kosmicznej w
Bangalore, która odbyła się 22.X. 1988 roku był wygłoszony
referat o starożytnym wimanie o kształcie przypominającym
dzisiejsze sterowce, napędzanym energią słoneczną. Czy nie
uważasz, że jest to bardzo ciekawy temat, nad którym warto byłoby
popracować? Czy nie prowadzili na ten temat wykładów uczeni w
klasztornych uniwersytetach?
Moi „profesorowie” to byli znawcy sanskrytu, filozofowie,
mnie więcej odpowiednicy dzisiejszych profesorskich badaczy Biblii. Wtedy osiągnięcia
kosmiczne ani książki Von Denikena nie były jeszcze znane. To co
sie dziś wydaje uderzającą analogią do współczesnych
czasów, n. p rysunki Inków wyglądające na wnętrza komputerów, postacie
przypominające kosmonautow, czy ich rakiety, napisy widziane tylko z paru
tysiecy mil w górze, było po prostu niezauwazane. Fantastyczne wzmianki
traktowanao jak cuda Mojżesza. Analogia do odkrycia homeryckiej Troi. W
aszramacie byli i są, filozfowie, kaplani, mistrzowie jogi, nie wiem jak
to okreslic, ale nie naukowcy. Ci są na normalnych uniwersytetach i na
pewno zwrócili uwage, na te sprawy. Ale powtarzam, jestem tu laikiem.
19.
Czy widzisz związek
pomiędzy kulturą starożytnych Indii, a wcześniejszą kulturą
sumeryjską?
Tak i kultura Egiptu i Krety, a moze i „Atlantydy”. Nie
żartuję, ale to nie moja specjalność.
20.
Czy
interesowałeś się do jakich kast należą Twoi hinduscy znajomi?
Czy mógłbyś o tym opowiedzieć?
Postaram się przesłać Ci materiał o Kedar
Nath'cie jeśli jest w komputerze. Ma caly rozdział w „Księdze
Współczesności”. Był najwyższej kasty braminem, ale nie
afiszował się tym. Sonny byl Kshatryą, czyli należał
do klasy arystokratyczno-wojskowej. Natomiast George Vaurghise byl
Rzymskim-Katolikiem z Madras. Katolicyzm zostal tam wprowadzony bodaj przez
św. Tomasza, grubo nim dotarl do Polski. Pamietam, że w Londynie
Vaurgise byl w szpitalu na tej samej Sali co Tadeusz Bielecki i Bielecki
informowal mnie ze zdumieniem, ze Vaurgise jest katolikiem. ! Wszyscy trzej
‘nasi’ Hindusi byli czlonkami założycielami „Współczesności”.
W Indiach w New Delhi opiekowal sie mną młodszy brat Kedara, Badri
Nath. W Indiach było ważne do jakiej kasty się
należało i właściwie było to oczywiste. Jeden z mych
znajomych, Hindus zaprosil mnie na kolacje. Eskortował mnie mój przyjaciel
Raj Put, ktory przedstawil sie jako „M”, „I”, Raj Put. Gospodarz nalegał
by dowiedzieć się co się kryje za inicjałami. Gdy
usłyszał, że to Mahomet Islam, pozostał grzeczny, ale w
stanie szoku. Jak mi wyjasnil Rasj Put wszystkie talerze z których jadł
zostały zniszczone, lub „puryfikowane”.
Oczywiscie podejcie zeuropeizowanych Hindusów jest zupełnie
inne, tak jak ich odzież. Jednak większość kobiet, bez
wzgledu na wykształcenie i zawód pozostaje przy „sari”. Nawet w USA,
Anglii i Australii.
21. Czy zdarzało Ci się
widywać Hinduski ubrane w stroje europejskie?
Nie przypominam sobie aby kobiety w Indiach ubierały
się inaczej niż bardzo tradycyjnie. Zresztą podobnie
postępują przebywające poza granicami swego kraju. Nie dalej jak
wczoraj widziałem w super markecie dwie Hinduski w "sari".
Zadziwiające jak Hinduski trzymają się swego tradycyjnego
ubioru, który się nie zmienił od tysięcy lat!
Fashion Designers z Paryża by tam zbankrutowali, no i brak
zabawy z podnoszeniem i obniżaniem sukienek!
22.
W czasie tak
długiego pobytu na pewno brałeś udział w życiu
kulturalnym. Czy możesz opowiedzieć o hinduskich kinach, teatrach,
występach estradowych?
Na udział w życiu kulturalnym nie miałem ani
czasu ani pieniędzy. Czytałem dość dużo autorów
hinduskich po angielsku i prasę w tym języku. Parę moich
opowiadań i artykułów było drukowanych w rozmaitych gazetach.
Raczej grzecznościowo. Filmy są popularną rozrywką. Do
dziś dnia kręci się ich kilkaset rocznie. Byłem na paru
recytacjach - konkursach poezji. Poeci nie tyle recytowali co śpiewali swe
utwory. „Nasz” Kedar Nath zadziwiał taką metodą naszych
uczestników spotkań literackich w Polsce. Jeśli się nie
mylę, Roman Śliwonik dość , to obcesowo określił
jako wycie poezji. Ale to tradycja paru tysięcy lat!
23.
Czy
interesowałeś się faktem, że Hindusi są zarówno biali
jak i ciemnoskórzy?
Barwa skóry mieszkańców Indii była i jest dla nich
bardzo ważna. Cytuje z pamięci, ale chyba słowo kasta pochodzi
od barwy.
Z grubsza w Nepalu i na Północy Indii mieszkańcy
są prawie biali, lub nawet biali. Im bardziej na południe tym
ciemniejsi, aż dochodzimy do Drawidians, oryginalnych negroidalnych
mieszkańców Południowych Indii zwłaszcza Madrasu i Kerala.
George Vaurgise wyglądał jakby był
czarnoskóry.
24.
Co możesz
powiedzieć na temat hinduskiej kuchni? Czy jest to przede wszystkim kuchnia
wegetariańska? Co jada przeciętna średniozamożna hinduska
rodzina?
Ze względów religijnych jest to kuchnia przeważnie
wegetarianska. Jest tam tyle potraw, że nie pamiętam ich nazw.
Pamiętam natomiast, że zadziwiłem znajomych Hindusów jedząc
smażone strączki pieprzu, gasząc ogień miejscowym kefirem
„curd”. Skoncentowane masło „ghee’ jest powszechnie używane. Kura
pieczona w glinie „banduri” jest przesmaczna. Nie wszyscy Hindusi są
wegeterianami. Ale żaden z nich nie tknie befsztyka. Do wszystkiego dodaje
sie nie tylko pieprz, lecz szafran/curry. W Londynie po zapachu mozna bylo
dotrzec do hinduskich restauracji, od których aż się roilo. Sa tam
wegetarianskie i miesne potrawy. Gandhi za swych czasow mial trudnosci w
znalezieniu wegeterianskiej jadlodajni. Takze po tym zapachu można
było osądzić narodowość mieszkańców apartamentów
i domów, bez zaglądania do środka.
25.
Czy miałeś
problemy ze znalezieniem taniego baru czy jadłodajni z posiłkami
możliwymi do zaakceptowania?
Ponieważ jadam to co Tubylcy włączając
kanibali, nigdy nie mialem kłopotu z posiłkami, a nawet ich
trawieniem. Dyzenteria, jak do tej pory, mnie ominęła. Raczej
miałem problem ze znalezienien pieniędzy na posilki. W Indiach
żyłem głównie na diecie z bananów i mleka kokosowego. Biedacy
ginęli z głodu na ulicach New Delhi, mimo ze liczne
świątynie rozmaitych religii oferowały darmowe jedzenie.
Podstawa jedzenia w North India jest „czapati” rodzaj placka ze zboża, w
Południowych Indiach ryz.
26.
Czy to prawda, że
krowy są w Indiach wyprowadzane na spacer i jest rzeczą zupełnie
zwyczajną, że można spotkać się niespodziewanie z
krową na chodniku i na jezdni?
Tak, ale ponieważ, bezpańskie krowy chociaż
są świętymi zwierzętami, nie są karmione, najwiecej ich
jest na bazarach, gdzie starają się ściągnąć
jarzyny ze stoisk. Oczywiście właściciele je odstraszają,
choć bez drastycznych metod. Więc biedne krowy są na pół
zagłodzone. Zabicie krowy jest poważnym przestępstwem. W Indiach
jest do tej pory wielu Muzułmanów, którzy nie jadają wieprzowiny ale
nie mają szacunku do wolowiny i bywają czasem oskarżani o
świętokradztwo.
27.
Czytałam, że na
ulicach miast indyjskich można spotkać nie tylko krowy ale i inne
samodzielnie przemieszczające się zwierzęta n.p. małpy. Czy
miałeś może jakieś interesujące „spotkanie” tego typu?
Z krowami spotykałem się dość
często, ale nie były groźne. Są „święte" małpy
po niektórych świątyniach, łączy się to z legendami
religijnymi. Są czciciele węży.... Dzikie słonie i tygrysy
mieszkają w dżunglach. Byłem w dżungli, ale nie przypominała
opisów z Kiplinga, które raczej były zbliżone do wyglądu dżungli
na Filipinach. Pełno ptaków z których
odróżniałem tylko papugi. Na tygrysy nadal się poluje, ale zdaje
się przestano już łapać dzikie słonie....
węże jak słyszałem są bardziej niebezpieczne niż tygrysy
i pantery...
W miastach natomiast jest mnóstwo sępów, które
spełniają rolę sanitarną.
"Bawół wodny" (carabao) jest podstawą
małych gospodarstw (w których czasem szarańcza niszczy zbiory). Konie,
wielbłądy i osły to zwykłe juczne zwierzęta. Z
domowych zwierzaków jak zwykle psy i koty, z tym, że jak są
traktowane zależy od właścicieli. Muzułmanie na ogół
nie lubią psów. Chyba to ma jakieś uzasadnienie religijne,...
28.
A czy
zauważyłeś, że muzułmanie dobrze traktują koty?
Podobno Mahomet uznał, że koty nie są nieczyste i nakazał
dobrze się z nimi obchodzić. Istnieje legenda mówiące o tym,
że kot uratował życie Proroka, kiedy został on zaatakowany
przez węża i druga legenda o kotce Muezzi, która usnęła na
jego szacie. Mahomet kazał wtedy odciąć kawałek szaty aby
nie budzić ukochanej kotki. Podobno wyznawcy islamu mają
obowiązek karmienia przynajmniej jednego bezdomnego kota. Czy jest to
zgodne z Twoimi obserwacjami?
Tak, rzeczywiście zauważyłem, że u
wszystkich moich indyjskich znajomych wyznających Islam były w domu
koty. Zwierzaki wyglądały na zadowolone, z czego wniosek, że
były dobrze traktowane. Chyba w Mahometańskim raju jest tradycyjnie
parę zwierząt, ale nie pamiętam szczegółów poza wielorybem,
który nie strawił proroka Jonasza.
29.
Jak i kiedy
zakończył się Twój pobyt w Indiach? Czy masz może zamiar
odwiedzić swoich hinduskich znajomych?
Po tym jak dotarły do mnie wiadomości o „reformach”
we „Współczesności” i po tym, jak ani jeden z mych reportaży nie
został wydrukowany, domyślałem się co się
święci. Wtedy to właśnie spotkałem w New Delhi,
Bolesława Wierzbiańskiego, przyszłego założyciela „Nowego
Dziennika” w Nowym Jorku I Arthura Koestlera. Obaj mnie namawiali do pozostania
za granicą. Koestler przedstawił mnie przewodniczącemu miejscowego
oddziału „Kongresu Wolności Kultury”, Prabhagar Padhya, który
wystarał się o pieniądze na bilet samolotowy, a Robert Menzies
,Premier Australii mnie zaprosił. Pomógł też trochę Jerzy
Giedroyć, płacąc mi zaliczkę za ksiazke, której nigdy potem
nie wydrukował. Ale to znów inna historia. Książka (zbiór opowiadań
z czasów „Współczesności” plus opowieści z życia polskich
emigrantów w Australii) miała mieć tytuł „Escape to the
Tropics”. Cieszyła się dużym powodzeniem u krytyków i
umiarkowanym u czytelników. Z Raj Putem stracilem kontak od lat. Jeśli żyje
ma około 90 lat. Kedar Nath stal się znanym pisarzem i zmarl
parę lat temu, śmiercią pisarza, tzn na atak apopleksji. Sonny
został znanym działaczem partyjnym, podobno partii Aryjskiej. George
Vaurgise wykładał na uniwersytecie w Madrasie i
osiągnął jakąś pozycję w stanowym rządzie
Jagi Singh, z którym przyjaźniłem się w Londynie stał
się zamożnym kupcem (jest też bohaterem mojej i Kedara
powieści detektywistycznej „Trzecie Oko Boga Sziwy). Mam gdzieś jego
adres, ale kontakt się jakoś zatracił. Indie chętnie bym
odwiedzil, ale tym razem jako turysta, na co mnie nie stac.
Dziękuję za rozmowę i życzę wielu ciekawych
podróży, a także zrealizowania planów wydawniczych.
Warszawa. 22.VIII.2007r.
Wywiad przeprowadziła Jurata Bogna Serafińska
|
|
| |
|
|
|
| |
|
warszawa,
21 sierpnia 2007
Jurata Bogna
Serafińska – wywiad z Jerzym Napieraczem
Jerzy Napieracz – malarz, grafik, twórca plakatów,
ekslibrisów, kolaży, ilustracji, laureat trzydziestu nagród i dwudziestu
wyróżnień, długoletni główny plastyk miasta Krakowa.
JBS. – Przeprowadzam serię wywiadów z ciekawymi ludźmi –
pisarzami, poetami reżyserami, malarzami, ekologami. Pan jest nie tylko
znanym artystą, ale również członkiem Krakowskiego Klubu
Przyjaciół Kota „Filemon”. Ten ostatni fakt bardzo mnie ucieszył,
ponieważ na początku bieżącego roku ja również
zostałam przyjęta do tego Klubu. Czy zgadza się Pan
odpowiedzieć na kilka pytań?
- Kiedy
zaczął Pan tworzyć, czy było to już w
dzieciństwie, czy dopiero później? W którym momencie poczuł
Pan ten impuls, tę konieczność?

J.N. – Tak naprawdę to
„rozrysowałem” się dopiero w szkole podstawowej, zwłaszcza w
tzw. tematach dowolnych, ale moja również dowolna kolorystyka
wzbudzała sprzeciw nauczycielki (polonistki prowadzącej zajęcia
plastyczne). Moje fantazje zacząłem sprowadzać do czerni i rozdawać
je kolegom. Czyli sprawa impulsu to nie tylko wypowiadanie się rysunkiem,
ale chęć dzielenia się tym co robię i to mi pozostało
do dzisiaj.
- Ma Pan olbrzymi dorobek, który był dotychczas prezentowany w
Polsce i na świecie na 650 wystawach, z czego 58 to były wystawy
indywidualne. Która wystawa była dotychczas tą
najważniejszą, dającą najwięcej satysfakcji?
Przy moim rozproszonym, różnorodnym i
kiepsko inwentaryzowanym dorobku, bałbym się używać
słowa olbrzymi. Poza tym podziwianie prawdziwych wielkości w sztuce
uczy pokory! Po prostu dużo pracuję, staram się być samokrytyczny,
a ostatnio prowadzę wyścig z moim pogarszającym się stanem
zdrowia (oczy, kręgosłup).
Wystawa? Może to moja retrospektywa z
roku 1988 w Biurze Wystaw Artystycznych w Krakowie w dzień
Święta Wolności – (ponad 1000 prac i 300 gości na
wielogodzinnym wernisażu), a może bieżąca skromna wystawa w
Miejskiej Bibliotece Publicznej w Sanoku p.t. „Kobieta w grafice i malarstwie
Jerzego Napieracza” (150 grafik, ilustracji, ekslibrisów, obrazów i plakatów).
- Znalazłam w Internecie informacje, że jest Pan
twórcą ponad dwustu plakatów, pięciuset ekslibrisów,
osiemdziesięciu obrazów… Co można jeszcze dodać do tego
wyliczenia aby był to chociaż w przybliżeniu obraz Pana dorobku
artystycznego?
Nie ja dawałem te informacje do
Internetu, ale są raczej wiarygodne, chociaż liczby rosną, bo
się uwijam jak tylko mogę, a nawet zdobyłem za tę
aktywność 33 nagrody i 21 wyróżnień. Dodać można
by sporo, bo mój czynny udział w życiu nie ograniczał się
do pracy w atelier… Już w latach 60-tych i 70-tych w ramach
współpracy społecznej z organizacjami studenckimi,
zaprojektowałem oprawy plastyczne pierwszych Festiwali Piosenki
Studenckiej, Juvenalii, obchodów 600-lecia U.J. byłem wieloletnim
pracownikiem Domu Kultury „Pod Baranami” i MDK. Następnie w latach
1972-1990 jako Główny Plastyk Miasta Krakowa prowadziłem akcje
uestetyczniania miasta i województwa, przygotowywałem koncepcje oprawy
plastycznej plenerowych imprez kulturalnych, patriotycznych i religijnych na
Rynku Krakowskim, czy konkursów Kapel Ludowych w Niepołomicach.
Zainicjowałem zagospodarowanie placów zabaw na nowych osiedlach i w Parku
Jordana, projektowanie elementów przestrzennych przy „wlotach” do Krakowa,
Nowego Targu, Krościenka. Bezinteresownie projektowałem tablice
pamiątkowe, obeliski oraz plakietki okolicznościowe.
- Słyszałam, że zajmuje się pan również
fotografią?
Jako namiętny fotografik
(tysiące slajdów) posiadam materiał do wykładów o estetyce,
reklamie czy ciekawych miejscach turystycznych. Osobny rozdział to mój
kącik w kabaretach.
- A jak układa się współpraca z „Dziennikiem Polskim”?
Ponad 50 lat nieprzerwanie rysuję
tzw. kompozycje okolicznościowe na 1-szą stronę „Dziennika
Polskiego”. Mogę jeszcze dodać moje funkcje w Związku Polskich
Artystów Plastyków, komisarstwa wystaw, uczestnictwo w pracach „Sacro Artu” czy
Światowego Stowarzyszenia Kultury Chrześcijańskiej oraz
Stowarzyszenia Marynistów Polskich.
- Która dziedzina z tak wielu przez Pana uprawianych – jest dla Pana
najważniejsza? Albo może inaczej – co odpowie Pan na zadane mu w
środku nocy pytanie – Kim Pan jest przede wszystkim?
Rysownikiem! Te setki szkiców to mój
materiał do grafik, ilustracji, obrazów, reklamowych elementów
przestrzennych, to pamiętnik pomysłów.
- Dostałam w prezencie tomik wierszy Renaty Fiałkowskiej z
pańskimi ilustracjami. Ilustracje świadczą o tym, że
zna Pan bardzo dobrze poetkę - autorkę. Już na samym
początku ekslibris z kotem, maską i piórem. Mam pytanie – czy
łatwiej jest ilustrować książki osób znanych czy
też może paradoksalnie jest właśnie na odwrót?
Trudność ilustrowania przy moim
zacięciu realistycznym polega raczej na trudności zobrazowania
tekstów, które w swym założeniu uciekają od elementów
konkretnych. Przy pracy dla osób znanych nam osobiście często
kierujemy się ich oczekiwaniami odnośnie formy jaką znajdziemy w
naszym arsenale środków. Przy osobach nieznanych istnieje większa
swoboda twórcza, dochodzi jednak równocześnie doping aby w ich tekstach
odkryć coś, co nie tylko pisarza zaskoczy ale pozwoli, ba, zmusi nas
do udoskonalenia środków wyrazu. Powstaje tu jakby równoległa
ścieżka wypowiedzi twórczej.
- Interesuje mnie bardzo, jakie warunki trzeba spełnić, aby
zgodził się Pan zrobić ilustracje do tomiku (wierszy,
prozy, książki dla dzieci)? Czy może to nie kwestia
spełnienia jakichś warunków, ale nastroju, fantazji…?
Praca dla dzieci to duża
odpowiedzialność. Tu wchodzimy w rolę przewodnika po sztuce i
kształtowania gustów. Sami też zostajemy wciągnięci w
świat wyobraźni autora tomiku i jego rozumienia młodego
odbiorcy. Jest to duże wyzwanie ale może też dostarczyć
wiele radości twórczej, sądzę, że podobnej do tej,
jaką miałem prowadząc zajęcia malarskie z maluchami. A
zatem dobra treść pobudzi fantazję wizualną, a nastrój? To
już sprawa ilustratora, jego sposobu pracy: żywioł czy
dyscyplina czy może nawet zanurzenie się w sztuce dziecięcej.
- Na zakończenie – pytanie osobiste – Jakie są Pana plany
na najbliższą przyszłość – artystyczne i
prywatne?
W tym roku uczestniczę w kilku
Międzynarodowych Wystawach Ekslibrisu. Poziom prac, ilość
nadsyłanych prac i surowość jury wzrasta lawinowo. W
najbliższych ekspozycjach chcę dotrzymać kroku w tej dziedzinie
miniatur.
To plan, ale jest też marzenie… o
wykorzystaniu moich doświadczeń w temacie ANIOŁY i zrobienie
ekspozycji wielkoformatowej. Na to trzeba czasu, zdrowia i jednak sponsora.
W moim przypadku plany artystyczne są
równocześnie prywatnymi – rodzinnymi gdyż przymusowa przeprowadzka
połączona z ukończeniem remontu nowej siedziby zapewni mi
odpowiednie warunki do twórczości.
Życzę Panu spełnienia się tych planów i marzeń
w jak największym zakresie.
Warszawa, dnia 21 VIII.2007r.
Wywiad przeprowadziła Jurata Bogna Serafińska
|
|
| |
|
|
|
| |
|
pułtusk,
31 maja 2007
Pragnę z radością poinformować, że w czwartek, 31 maja 2007, obroniłam w Akademii Humanistycznej
im. A. Gieysztora na Wydziale Historycznym w Pułtusku pracę doktorską, otrzymując tytuł doktora
nauk humanistycznych z zakresu historii. Tytuł mojej pracy: "Mieczysław Haiman (1888-1949) -
historyk i działacz Polonii amerykańskiej"; promotor: prof. Izabella Rusinowa (Uniwersytet Warszawski);
recenzenci: prof. Jolanta Daszyńska (Uniwersytet Łódzki), prof. Krzysztof Michałek (Unwersytet Warszawski)
i prof. Romuald Turkowski (Akademia Humanistyczna im. A. Gieysztora w Pułtusku).
Serdecznie dziękuję wszystkim za wsparcie duchowe i wszelką pomoc w tym niezmiernie trudnym przedsięwzięciu.
Pozdrawiam gorąco,
Teresa Kaczorowska
|
|
| |
|
| |